Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jaźni swojej, kiedy tam w najgłębszych pokładach duszy, z wątłem światełkiem niedostatecznej wiedzy ludzkiej, błąka się rozpacznie wśród bezmiernej tajemniczości zagadnień bytu.
Tu niema miejsca, ani czasu na chwilę skupionych rozmyślań. Owszem, od rana do wieczora, od wieczora do rana, przez całe dwadzieścia cztery godziny na dobę wre i huczy, jak w noc sabatową na szczycie Blocksbergu. Niby w budzie jarmarcznej, gdzie grzmot bębna, jazgotliwy brzęk talerzy mosiężnych, ostre świsty piszczałek ogłuszają myśl i słowo ludzkie, tak i tu jakiś wściekły, poprostu mechaniczny hałas uniemożliwia wszelką refleksyę, wszelką rozsądniejszą rozmowę.
Ciągle ktoś krzyczy, śmieje się, śpiewa, gwiżdże, ktoś zapamiętale łomocze obcasami w nary, inny blaszanką od herbaty trzaska w imbryk, jak właśnie pajac w owej budzie jarmarcznej talerzami mosiężnymi.
Piekło, albo nieustający kabaret.
Ale bo też najzłośliwszy farsopisarz nie wymyśliłby bardziej nieprawdopodobnych sytuacyi. W małej, o kilku zaledwie metrach kwadratowych, celi zebrano ich tu dwunastu ludzi różnej kondycyi, temperamentu, a nawet wieku.
Co prawda przeważała młodzież i to młodzież inteligentna.
Rzeczywiście, prócz ojca, który dobiegał już