Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dobrze pięćdziesiątki, wszyscy inni nie przeszli lat trzydziestu. Ojciec też jeden w tej kompanii wychodził ze sfery rzemieślniczej, choć teraz już, przekonspirowawszy wiek swój z kilku następującemi po siebie warstwami studentów i z kilku warstwami studentów siadując po różnych, różnymi czasy więzieniach, zapomniał napewno w jakim pierwotnie pracował fachu. Przynajmniej mówił o tem niechętnie.
Przez oczytanie z broszur agitacyjnych „w robocie”, przez rozmowy z wyjątkowo nieraz inteligentnymi towarzyszami niedoli w kaźni, ojciec nabył wiele, acz powierzchownej wiedzy i zręcznie nadrabiając miną, lub mądrze milcząc w chwilach odpowiednich, umiał dostroić się do tonu rozmów inteligenckich.
Było to zresztą najwyższą jego ambicyą.
Ba, duchem był on pewnie najmłodszy.
Szczególniejszy splot zdarzeń, które jednostkę tę wytrąciły z trybu zwykłego ludzkiego bytowania, z terenu przyrodzonej walki o istnienie i o utrzymanie gatunku a rzuciły w warunki tak nawskroś nieprzyrodzone, uczyniły też zeń coś dziwnego pod każdym względem. Ojciec, pomimo wieku swego, pomimo, iż wiek ten, przynajmniej w znaczniejszej części spędzony w ciemnościach turni wilgotnych, w nędzach kazamat, w dantejskiem piekle więzień przesyłkowych, w znoju przemarszów etapowych z kajdanami na