Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rękach, w samotni wygnań dalekich, przedwcześnie na barki jego sprowadził niedołęstwo fizyczne, ojciec — powiadam — duchem nie wyrósł z dzieciństwa, z wczesnego, pełnego naiwnej, swawolnej bezmyślności chłopięctwa.
Stary nie miał czasu zetrzeć się, jak mawiał, na glanc przy pytlowaniu miałkich zabiegów życia codziennego tam na wolności, to też tu w kozie, skoro go odleci na chwilę tęsknota do utopijnych krain szczęścia bezwzględnego, potrafi jeszcze bawić się swobodnie, jak mały ulicznik — jak wtedy, kiedy był naprawdę małym ulicznikiem i płatał figle głośne na całe Bykowskie przedmieście w Piotrkowie.
On dawał hasło do wszystkich aresztanckich „kawałków”, on dawał też przezwiska wszystkim nowym towarzyszom przymusowego współżycia.
Stefana od wejścia zaraz zamianował „lalusiem” i epitet ten przylepił się już doń na stałe.
Zresztą Stefan stał się wogóle przedmiotem żartów, które doprawdy chwilami przechodziły w dziką drapieżność. Trelski już nie z jakichś względów szczególniejszych dla tego chłopca, ale poprostu przez wrodzoną sobie miękkość uczuć brał go w obronę. To ich zbliżyło. Stefan szukał chwili sposobnej na rozmowę poufną, jakby miał coś niesłychanie ważnego do zwie-