Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rzenia, ale o chwilę podobną w tych warunkach łatwo nie było.
Nie można jej było ułowić nawet w nocy. Skoro pokładli się na narach w dwa rzędy, wzdłuż dwu ścian przeciwległych, stłoczeni byli tak ściśle inąż przy mężu, że niepodobna było przewrócić się z boku na bok, ażeby nie poruszyć sąsiada.
Wyniesiono lampę naftową z celi na kurytarz i umieszczono ją w zakratowanem okienku nad drzwiami. Rzuca ona na niski sufit cienie krat, które się zbierają koncentrycznie przy okienku, niby szprychy jakiegoś koła. W celi panuje półmrok tajemniczy.
Śpijiny, śpijmy!
Po hałaśliwych wybrykach dnia i wieczoru wszyscy zgodnie uznali potrzebę ciszy bodaj na moment.
Śpijmy, śpijmy!
Ale sen nie przychodzi. Nagła cisza budzi niepokoje wewnętrzne. Niepewność... Niepewność czasu, może życia. Wszystko tu jest tajemnicze i niepewne. Kto może wiedzieć...
Wszystkim aresztowanym u Krutoszewskiego przy badaniach śledczych wmawiają to, że stanowią jakiś komitet centralny.
Jaki?
Niewiadomo.
Czego oni mogą się lękać? Jakie obawy