Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


rozległa. Mam ludzi przeważnie za dość tanią kanalię.
— No, jednakże?
— Do pięćdziesięciu kopiejek.
— Nie wysoko.
— Ba, ale za to w tych granicach ma całe moje zaufanie. Umiem odróżnić plewę od czystego ziarna. Empirycznie doszedłem do stwierdzenia, że naprzykład w każdem jego łgarstwie jest ściśle jedna dziesiąta prawdy. Moi drodzy, na nasze ciężkie czasy dobra i jedna dziesiąta, ale już pewna — murowana. Ot i z tą awanturką...
Nie skończył.
Do kawiarni wkroczyła policya z wojskiem.
— Nie ruszać się z miejsc!
Po przejrzeniu dowodów osobistych i długiej niezmiernie ścisłej rewizyi, jakkolwiek nic podejrzanego nie znaleziono, cale towarzystwo odprowadzono pod silną eskortą do cyrkułu.
Doskonale.
Właściwie można się tego było prędzej czy później spodziewać. Ci wszyscy, którzy u Krotoszewskiego zbierali się tak regularnie co wieczór, byli to ludzie młodzi, przyczem wielu z nich nie posiadało określonego zajęcia.
Po gremialnem opuszczeniu szkół rządowych nie wszyscy znaleźli odrazu drogę odpowiednią.