Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


doznań rzeczywistych z zakresu tego wcale nie było, lub że zostały przedstawione nie ściśle.
— Przyznaj się, Funiu, żeś zełgał, jak komiwojażer — zawołał ze śmiechem Brodowicz.
— Słowo honoru daję...
— Więc gadaj: blondynka, czy brunetka?
— Szatynka.
— Ha, ha! — huknęło wśród zebranych — wybrał drogę pośrednią. Niech żyje złoty środek!
— W średnim wieku?
— Średniej tuszy?
— Prażony ogniem krzyżujących się pytań, kłuty dotkliwie drwinami, starał się bronić.
— No, rzeczywiście, trochę zełgałem — chciałem rzecz upoetyzować, upiększyć.
— Ukoloryzować.
— Ukoloryzować — powtórzył w rozpędzie.
— Bo spotkania żadnego nie było?
— Było, skoro wam powiadam, tylko że... że... we Frankfurcie.
— Nie zatrzymywaliście się?
— Nie.
Zawrzało, jak w kotle.
— Ha, ha, bodajto fantazya!
Stefan bronił się rozpacznie. Uderzył pięścią w stół.
— Otóż kiedy tak, to powiem otwarcie: Osoba jest ze mną w Warszawie. Mogę wam ją