Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miętnością — tak, nieprzezornie jest pracownikowi biurowemu żenić się z piękną kobietą, ale stokroć nieprzezornej, pięknej kobiecie wychodzić za człowieka żyjącego z pracy rąk własnych. Ale co pan chcesz, ślepa, nic nigdy nie obliczająca, miłość rzuciła nas sobie w ramiona i związała razem losy nasze na zawsze. Wziąłem ją od rodziców, jak się to mówi, w jednej sukience, ona także nie pytała, czy mam dużo kuponów do obcięcia. Skoro jednak teraz musieliśmy spojrzeć w twarz rzeczywistości na trzeźwo, czyż mogę, proszę pana... czyż mi wolno dla siebie, przez ciasne samolubstwo, przez brudny egoizm... mężowski, przeszkadzać jej w odnalezieniu możliwego wyjścia z sytuacji, w której ja odgrywam dotychczas rolę zawalidrogi?
Niech szuka lepszej, jaśniejszej, a godnej siebie przyszłości! Bo tylko, proszę pana, talent wybitny, piękny, dobrze postawiony głos może w pewnej mierze wyrównać ową straszliwą dysproporcję w skali życiowej; tylko szczęśliwa karjera artystyczna, może zapewnić kobiecie te świetniejsze strony egzystencji, jakie daje majątek osobisty, bogate zamążpójście lub... lub... no... mówiąc otwarcie...
— Więc pani wyjeżdża? — przerwałem.
— Dziś w nocy, kurjerem.
— Na długo?
— Na sześć miesięcy... może więcej...