Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z panem Adamem w czasie jego słomianego wdowieństwa widywałem się często, bo niemal codziennie. Przesiadywał w naszej kawiarni długo w wieczór nad jednem, jedynem piwem, przyczem starał się posiedzenia te przeciągnąć możliwie najdłużej.
Nie śpieszyło mu się do pustego domu.
Opowiadał mi też o nędzy swego opuszczenia, o tęsknotach i cierpieniach samotności, aż raz, po sutszej nieco kolacji, wypiliśmy bruderszaft, odtąd też jesteśmy z sobą na ty.
Rzucił mi się na szyję i ze łzami w oczach dziękował za to tylko, że go słucham cierpliwie.
— Wszyscy inni — mówił z żalem — myślą jedynie o sobie, przechwalają się swojem powodzeniem, swojemi tryumfami, szczęściem, wygraną w karty, lub na wyścigach.
Ciebie za to, że okazałeś trochę współczucia dla mojej nędzy, pokochałem bez granic. Masz moją przyjaźń dozgonną — kończył, ściskając gorąco rękę podaną.
Darzył mię też istotnie zaufaniem bezwzględnem, mówił o kłopotach pieniężnych, gdyż, jak się okazało, żonie musiał posyłać do Paryża różnemi czasy mniejsze i większe sumki, oraz pokazywał jej listy, zresztą dość suche i nader lakoniczne.
Wogóle pani Basia nie jest widocznie zbyt sentymentalna i w posłaniach swoich do męża,