Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Szeliga ujął przybyłego pod rękę i zaczęła się ceremonja wzajemnych przedstawień.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Dwa tygodnie ubiegły, a nauczyciel nic osobliwego nie dostrzegł, choć, zdaje się, zdążył poznać dostatecznie panujące w pałacu stosunki. Co prawda, panią domu zgoła inaczej sobie w wyobraźni przedstawiał, niż ukazała to rzeczywistość. Nie znalazł w niej nic z poważnego dostojeństwa dawnej matrony; owszem, była to osóbka na wskroś dzisiejsza, przytem mała, drobna, fertyczna i niesłychanie ruchliwa. Dzięki może swej drobnej postawie, wyglądała nadzwyczaj młodo i sprawiała wrażenie raczej panny na wydaniu, niż matki dorosłych dzieci. Istotnie, prócz chłopca szesnastoletniego, miała pani Marta córkę — pannę dorosłą, która skończyła pensję w Warszawie.
Opiece Mroczka powierzono chłopca, który był trochę niedorozwinięty fizycznie i zlekka umysłowo upośledzony. Edukacja wymagała zatem szczególniejszej staranności i najdoskonalszych metod pedagogicznych. Przy omawianiu tej sprawy nauczyciel miał możność stwierdzić, że zapewnienia pana Szeligi co do wysokiej inteligencji jego siostry nie były bynajmniej przesadzone. Pani Marta mówiła o wychowaniu z ogromną znajomością przedmiotu, wykazując przytem erudycję wcale niepospolitą.