Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cący i bardziej w skutki owocny, niż gdybym pochłonął stosy zadrukowanej bibuły.
Szkoda czasu.
Pan od bobrów, w czasie tego, przydługiego monologu, ochłonął snadź ze wzburzenia, bo krew powoli odbiegła mu od policzków. Pozostały one jeno w miarę zakolorowane ową czerstwą rumianością zdrowia i dobrobytu.
Potoczył po zebranych dumnem okiem i podniesionym, pewnym siebie głosem zawołał:
— A jakbyś pan wiedział. Co komu po tem, żeby czytał, co drugi osioł napisze. Ja tam panie, prawdę mówiąc, jednej litery nie rozeznam, a, nie bój się, inszego sumograda, co choć i klasy posiada ukończone, w kozi róg zapędzę, jeszcze mi, taka jołopa pięknie podziękuje.
— Powinszować.
Zapalał się, zwłaszcza, że w wagonie cisza się uczyniła i wszyscy słuchali z zajęciem, co mówi dziwny bobrowego futra właściciel, który czytać nie umie.
— Bo, pewnie — ciągnął, rozparłszy się wygodnie — inszy siedzi, panie, jak żydowski małamed w książkach po same dziurki w nosie; niby to mądry, a zapytaj go: w Elizawietgradzie był? Nie był. W Batumie był? Nie był.
— A pan w Elizawietgradzie był? — spytał Kandyda, przygwożdżając go spojrzeniem.