Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bawem jednak rozmowa towarzyska potoczyła się swobodnie, jakby nic osobliwego nie zaszło.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Wieczorem do pokoju Mroczka wchodzi pan Szeliga z olbrzymią pliką papierów pod pachą.
— Widziałeś pan?
— Tak.
— To jest fatalne, to jest tragiczne, to jest nasza tajemnica rodzinna, to jest ten punkt wstydliwy, o którym z panem nie mówiłem, który jednak obecnie poznać musisz gruntownie, ażeby wyrobić sobie należyty sąd o istocie zjawiska... Siostra moja przy całej swej inteligencji, wytworności, wspaniałomyślności, dobroci, obdarzona jest dziedzicznie, jakby małem zboczeniem psychicznem: od czasu do czasu odczuwa niepochamowaną, nieprzezwyciężoną niczem potrzebę... bicia.
Tak — ciągnął dalej — jest to jakby przekleństwo rodowe. Ma to po swojej prababce, starościnie Nieznańskiej. Przyniosłem szanownemu panu niektóre stare akta. Są niesłychanie ciekawe ze stanowiska psychologicznego i historycznego. Skłonność do bicia... nietylko służby, pani starościna zdradzała w bardzo wczesnej młodości, stąd niektóre sprawy o pobicie sięgają jeszcze czasów Rzeczypospolitej.
Potem, po rozbiorach, kiedy Nieznań zna-