Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/15

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


przez ową właściwą sobie szybkość decyzji, zamiast chorego, zupełnie zdrowe oko zoperował.
Tak, istotnie. Ta sama twarz, jak prorocza, jak natchniona, pełna łagodnego smutku i rezygnacji.
— Doktorze, mistrzu nieprzepłacony, panie wzniosłego serca, miej litość nad sierotą opuszczonym, kaleką bezradnym, ślepcem absolutnym.
Tu gestem znamiennym podniósł stare pudełko od sardynek niemal do wysokości jasnej, wachlarzowo spadającej na piersi, brody pana konsyljarza.
Doktor się obruszył.
— Łotrze, czemuż to łżesz, żeś ślepiec absolutny, skoro mnie poznajesz?
Tamten krzyknął radośnie.
— Ach, ach nareszcie! Nareszcie doczekałem się. Nie zawiódł mnie mój nowy zmysł cudowny:
— Mam przed sobą słynnego doktora Huga, znakomitego lekarza, wielkiego uczonego, obywatela zasług niezmierzonych, a mojego dobrodzieja osobliwego, mojego zbawcę, twórcę mego szczęścia, całej mojej karjery, całej mojej egzystencji. Poznałem cię, doktorze nieoceniony, moim nowym przepotężnym zmysłem, bo że ślepy jestem całkowicie, o tem chyba pan najlepiej wiedzieć powinien, jakoś mi sam własnoręcznie jedyne zdrowe oko z czaszki wyłusknął.