Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/16

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie lubił słynny lekarz wspomnień podobnej natury, to też chciał już cichaczem dziadowi zniknąć z przed owego zmysłu niepojętego, ale ten go ręką za połę świetnych skunksów uchwycił.
— Słówko jedno. Chciałem ci, dobroczyńco mój nieoceniony, złożyć dowód wdzięczności. Jest to poprostu moim obowiązkiem.
Głupie żarty mruknął lekarz z godnością.
— Bynajmniej. Szczera, najszczersza prawda. Wdzięczność rozpiera mi piersi, rozsadza całe jestestwo. Już wtedy, w momencie, kiedy ten fatalny dla was błąd popełniliście na mojej nędznej osobie, porwała mię radość niewysłowiona byłbym skakał, taczał się po ziemi, wył, ryczał, pękał ze śmiechu...
— Myślę, że nie było słusznych powodów do radości zauważył lekarz z właściwą sobie ścisłością rozumowania.
— Wprost przeciwnie — wielkie, bardzo wielkie.
— A jednak...
Żebrak schylił głowę.
— Przyznaję, panie doktorze, żywiłem pewne wyrachowania dość małostkowe. Co pan chcesz? Byłem wtedy ostatnim nędzarzem. Nędza ludzi znikczemnia. Uległem właściwej biedakom meskinerji. Przypuszczałem, że słynny specjalista za swój mały lapsus manu... no, poj-