Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, nie byłem.
Wydął usta z pogardą.
— A ja był i w Elizawietgradzie, i w Batumie, i w Baku, we Władykaukazie, i Rostowie na Donu, i w Tyflisie, i w Astrachaniu. Kałmyków widział; po wostoku całym od miasta do miasta chodził. Pan myśli, że takie ludzie, jak my? Ale! I ludzie, zaraz na oczy, co innego, i miasta nie takie...
— Szanowny pan w wojsku służył?
— Jaki tam w wojsku! — montierem byłem.
— Ach, mechanik?
Skrzywił się.
— Et, ciepnąłem to do cholery. Gdzieby dziś, panie, człowiek z głową chciał charować przy szrubstaku, albo jak. Jeszcze czego! Interesy mam. Nie zarobi, panie, człowiek dziesięcioma palcami, choćby i ręce do łokcia urobił. Dobre to dla chamów, co chamem jest i chamem będzie. Nie zostanie człowiek panem, póki głową nie ruszy — głupich nie brak.
— Pewnie.
— Eh, panie, ja dziś inżeniera i nie byle jakiego w kieszeń wsadzę, mnie dziś, panie, nie kupi i za sto tysięcy. Nie bój się, drygnitarz jestem!
— Proszę.
Czuć było, że go rozpiera duma, pycha, czy tylko poczucie własnej wartości. Widząc