Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


te tragiczne, okropne listy z za grobu powinny się już były skończyć stanowczo.
Wszakże przyszedł jeszcze jeden.
— Siedemnasty!
Dnia tego Mila wybiegła otworzyć pocztarzowi. List przyjęła ze drżeniem i, jakby z wahaniem, wręczyła pani Zabrzeskiej, która go chwyciła, jak zwykle teraz, z radosną skwapliwością.
— Poczciwy mój chłopak!
Przetarła okulary i czytała, a potem bez słowa jednego podała list Mili:
„Droga mateczko — pisał Władysław. — Nudno tu djabelnie. Siedzimy w aproszach, ryjemy ziemię, jak krety, i choć armatki kichają tęgo bez ustanku, przecież bez skutku dobrego, bo pociski niosą się nam po nad głowami. Jeden tylko jakiś zwarjowany, idjotyczny szrapnel, zaawanturował się do naszej dziury i narobił trochę bigosu z poczciwych chłopów mazurskich. Zresztą wszystko dobrze, o ile nie należy brać zbyt tragicznie posyłki, jaką otrzymałem dziś zrana od panny Emilji. Zwraca mi słowo i pierścionek. Zerwanie to umotywowane niesłychanie rozsądnie, trzeźwo i przekonywująco, ma pewne dobre strony, bo przestanę nareszcie, siedząc bezczynnie w kreciej jamie, nudzić się wyczekiwaniem na jej listy i dziś jeszcze, dla rozrywki, wyjdę sobie na ochotnika z rekonesansem...