Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


On żyje dla niej, bo z nią rozmawia, swoim miłym, nizkim głosem, który tak doskonale słyszy w formie charakterystycznych, żartobliwych zwrotów listu.
— Jakbym go widziała tu, na tym krześle przy stole... Wieczorem pijaliśmy razem herbatę... Właśnie żartował sobie z moich obaw, moich przesądów... Jakże chcecie, ażebym wierzyła w śmierć chłopca mojego, skoro tu siedzi i żartuje, jak zawsze...
A jednak ktoś umarł... rozdarty na strzępy przez szrapnel nieprzyjacielski.
Ubiegło dni czternaście. Mila liczyła skrupulatnie dni, godziny, minuty i niepokój jej wzrastał stopniowo, jak zbliżała się data fatalna — data telegramu.
Dotychczas nic. Kiedyż się nareszcie skończą te listy tragiczne.
Podniecona straszliwie, zgorączkowana niecierpliwem wyczekiwaniem, przybiegała wieczorami do pani Zabrzeskiej i z nią razem nasłuchiwała dzwonka. Nauczyła się rozpoznawać stąpanie roznosiciela pocztowego po schodach.
Terkocze dzwonek u drzwi wchodowych.
— To on — piętnasty.
Tak, ten znany, znamienny stempel na kopercie.
— Szesnasty!
— Rachunek Mili wskazuje niezawodnie, że