Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A potem z dziwną, niesłychaną, nieznaną dotychczas, tragiczną akuratnością dzień w dzień, o jednej stale porze przychodził list z placu boju. Władysław, snadź wolniejszym rozporządzając czasem, pisał obszernie o sobie, o warunkach, w jakich żyje, o osobliwościach kraju, gdzie przebywa, o zaletach nieprzyjaciela, z którym walczy. Widocznie w dobrym był nastroju, zdobywał się nawet na żart wesoły, a liryczną jedynie nutą dźwięczały ustępy, kiedy się żalił na pewną dziewczynę niedobrą, co zapomniała z kretesem o biednym żołnierzu, walczącym daleko, za siódmą górą, za siódmą rzeką.
Listy z za grobu!
Strasznie było patrzeć na biedną utrapioną matkę, która, w rozpacznem poddaniu się tej tragicznej okropności, co wieczór oczekiwała listu od syna nieżyjącego.
Dni mijały. W mózgu nieszczęśliwej kobiety wytworzyło się jakieś dziwne, niepojęte splątanie pojęć i wyobrażeń. Przestała wierzyć, że syn jej umarł, nie mogła uwierzyć, że żyje. Wszakże pisuje do niej listy, wszak ma codziennie przed sobą jego świeżą myśl żywą, tęsknotę jego ducha, ślad łzy gorącej, która spadła na papier przy pisaniu.
Cóż znaczą czas i przestrzeń, które siłą miłości macierzyńskiej wykreśliła z kategorji swego myślenia.