Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nego ojca rodziny, nad ranem udała się do urzędu policyjnego, gdzie, mimo całej dyskrecyi funkcyonaryuszów, musiała się dowiedzieć o miłej „randce” w kawiarni, co niewątpliwie stało się przyczyną arcy-niemiłych scen domowych.
Chłopcy bawili się w tym wypadku nadzwyczajnie. Wogóle nieoczekiwane, niespodziewane najzupełniej „nakrycie“ całej kompanii wywołało podniecenie nadzwyczajne. Po chwilowem zmięszaniu i przerażeniu nagłem aresztowaniem, po zdenerwowaniu długą i męczącą indagacyą, nastąpiła reakcya, wyrażająca się przez niepohamowane wybuchy wesołości. Zwłaszcza nad ranem diapazon humoru sięgał niebywałego napięcia.
Tak to w grozie położenia, w niepewności losów, w niebezpieczeństwie istotnem ogarnęła ich nieprzeparta potrzeba szalonego śmiechu. Śmiano się też do rozpuku z byle przyczyny i zgoła bez przyczyny. Śmiano się hucznie, wrzaskliwie, aż dyżurujący w sąsiedniej izbie policyant wpadał pełen dostojnego oburzenia zgromić aresztantów, że zachowaniem się swojem obrażają powagę instytucyi i jemu spokojnie spać nie pozwalają.
Po południu parami w kilku dorożkach przewieziono wszystkich do aresztu policyjnego w ratuszu. Przez miasto jechali z paradą pod silną strażą. Prócz Stefana, który miał minę rzadką