Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jektował Brodowicz — trzeba będzie zaprowadzić pewien ład w rozkładzie dnia.
Rzeczywiście, nieustający kabaret w ciągu tych pięciu dni i nocy doprowadził wszystkich do ostatecznego zdenerwowania.
Pełni otuchy zabrali się do porządkowania i wietrzenia „lokalu“, kiedy nad wieczorem z niższego piętra dobiegła wieść hiobowa:
Wysyłają partyę!
—Kogo? Niewiadomo.
—Dokąd? Niewiadomo.
Od celi do celi chodzi starszy dozorca i z listy wywołuje nazwiska aresztowanych!
— Wołano Brodowicza — przynosi ktoś wiadomość. — Wołano Trelskiego.
— A mnie?
— A mnie?
Z paczki nikogo więcej. Nabrali robociarzy. Za Stefanem chodzi papa, za innymi ktoś z rodziny. Brodowiczowi tylko i Trelskiemu nikt nie zapewnił wesołego Eldorada w ratuszu, powędrują więc do Brześcia, Modlina lub w najlepszym razie do cytadeli warszawskiej.
— Zabierać się z „wieszczami“ — komenderuje starszy dozorca.
— Dokąd?
— W krepośt’.
— Do jakiej?
— Zaprowadzą.