Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wszystkiego, co się dokoła dzieje. Siedział obojętny, z głową schyloną, z nasuniętym na oczy kapeluszem, to też Stefan nie widział jego twarzy. Młodzieniec zaczął spokojnie jakby do siebie:
— Osobliwa metamorfoza — włosy te w Avricourt były jeszcze jasne, jak złoto.
Stefan zaczerwienił się, zaperzył. Powiódł pytającym wzrokiem po zebranych.
— Nie znam tego pana.
Tamten bąknął niewyraźnie swoje nazwisko.
— Stefan Górecki, rekomendował się, wyciągając dłoń. Pan coś do mnie mówił?
— Tak, zauważyłem dziwne zjawisko. Włosy „cudownej istoty“, które były jasne w Avricourt, w Strasburgu stały się jak noc, jak heban...
— Co to znaczy? Pan widzę powątpiewa o prawdzie słów moich?
— Nie mam najmniejszej wątpliwości, że słowa pańskie nie są prawdziwe, odparł zapytany z chłodnym spokojem.
Stefanowi krew uderzyła do twarzy jeszcze silniej. Zdawało się, że przebije powłokę naskórka i tryśnie z przepełnionych nad miarę naczyń. Przyjął postawę wyzywającą.
— Przepraszam, co pana upoważnia do podobnego wnioskowania?
— Logiczna dedukcya — mówił tamten z an-