Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A ten stary profesor był mężem młodej, wesołej, rozśpiewanej, kolibrzej Miry.
I pamięta noc straszną:
Ojciec nie spał. Nie rozbierał się tej nocy. Budził go kilkakrotnie o różnych godzinach.
— Matki niema.
Załamywał ręce, rwał włosy na głowie. Był biedny, bezradny, godzien najwyższej litości.
— Wypadek jakiś okropny...
I płakał nieszczęsny stary.
Ale na drugi dzień ojciec już nie płakał. Miał oczy suche, upiorne, szklane, obłędne. A tak okropnie patrzył temi oczami, że jego, małego Janka, dreszcz przenikał.
— Matka umarła — mówił, wykrzywiając się brzydko — umarła i nie wróci do nas, a my, synu nie przeżyjemy tej śmierci.
Prawda synu, że chcesz umrzeć wraz ze mną, skoro matki z nami niema.
Było w głosie ojca coś tak groźnego, że Janka zdjął lęk niewypowiedziany i chciał uciekać, ale wszystkie drzwi na klucz były pozamykane.
— Nie bój się chłopcze, ja jestem z tobą — mówił, śmiejąc się w sposób przykry i odrażający — jestem przy tobie i nie opuszczę cię nigdy.
Zgasił gaz, siadł na tej ich ogromnej otomanie i Janka wziął sobie na kolana.
A Janek czuł nieznośny zapach gazu, roz-