Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a ósmą rano, choćby w najbardziej rozbawionem towarzystwie. Trzeba się było jednak śpieszyć — czekał nas kierat codzienności.
Na dworze ruch w pełni dnia roboczego. W blaskach słońca lśnią brylanty, wyczarowane na śniegu przez mróz, który tego ranka po raz pierwszy ujął miasto naprawdę serdecznie w swój uścisk sezonowy. Przed restauracją spotykam radcę z nosem zmarzniętym na fioletowo, ale z okiem pałającem.
Istotnie w oczach płoną mu złe blaski. Jest groźny, zaciska pięści.
— Tu ich widziałem. Nie mam wątpliwości. Weszli do gabinetu razem. Nie ujdą...
Starałem się go uspokoić, umitygować.
— Radca może się mylić. Doprawdy, domino bardzo zmienia postać. Przytem może być ktoś podobny z postawy, tuszy, ruchów, uszka. To się zdarza.
Zgrzytnął zębami.
— Mój panie, ja się nie mylę.
Chciałem jeszcze perswadować. Nie słuchał. Bohaterskimi krokami mierzył chodnik przed wejściem do restauracji.
Ha, niech się spełni!

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Po godzinie, przebrany do pracy, wracałem. Jechałem tramwajem. Koło Św. Krzyża wskakuje do tramwaju radca... rozpromieniony.