Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


prusaków. Ale ba... przychodzi list... Żeby cię pokręciło — pismo, jak makiem siał. Cóż, swoim ludziom go pokazać, nie pokażę, jeszcze w takiej kwestji... Dziś, panie, choć mu płacisz czystem złotem, nikomu zawierzyć nie sporo. Jeszczeby tym ładem i żona wiatr nosem poczuła... Poco? Nie głupim! Co robiąc, łapię ja mojego literata i... do baru. A no, przeczytał wszystko ładnie, pięknie, odpisał, co kazałem i dobra. I mam teraz na każdy raz wygodę. A co mnie to kosztuje? No, wódeczka jedna i druga, porcja flaków, jak we czwartek, albo co innego, w inny dzień, no, piwko większe jedno i drugie...
Hi, hi, — zachichotał — drugim razem, powiem panom, to się i gołem piwem oblezie. Co takiemu łątkowi trzeba? Frajer! Człowiek znający wie, panie: gdzie, kiedy, komu, co, ile i jak... Mało to mam interesów...
I znowu toczył po nas wzrokiem pełnym bezgranicznego, rozpierającego go uwielbienia dla siebie.
Nie bój się, cwaniak jestem!
Pociąg zatrzymał się na stacji. Pan od bobrów porwał się z miejsca i wyjrzał przez okno.
— A niech panów djabli... zagadałem się i byłbym swoją stancję przejechał.
Zarzucił futro na ramiona, chwycił walizkę