Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


literata i zapłacę. Ady mam tu takiego jednego... Et, moczygęba! Mówią doktór filozof, czy jakoś...
Uśmiechnął się znacząco.
— Hm, hm. Jako to między mężczyznami, wstydu niema... Powiem prosto: Wziąłem se ja jedną panienkę... niby na... No, wiadomo: krew nie woda, a głównie — stać mnie na to. Jak po pańsku, to po pańsku. Prezes ma, dyrektor ma, jakże mnie, który i prezesa i dyrektora letko za pas zatknę, nie postawić się w takiej rzeczy, jak się patrzy. A dziewczynka jest, powiem panom, cymes, delikatna, wykształcona, bo i klasy, mówią, posiada ukończone i po francusku potrafi, ano więc dalejże go zaraz z wiosny wybierać mi się za granicę.
„Prezes, powiada, wyprawił swoją do Ostendy; dyrektor, powiada, dał swojej monety, jak lodu, na podróż po Włochach, wszystkie jadą na lato, to tu, to tam, jakże mię, powiada, będziesz we skwar w mieście trzymać“?
I w płacz.
Roześmiał się szeroko.
— He, he, nie bardzo ja tam — ciągnął dalej — na beki łechczywy, a ot, po prawdzie, dla honoru miałem jej wynająć willę w Konstancinie, ale jakem się rozpytał dobrze, gdzie, co i jak, zmiarkowałem, że mi się zagranica taniej obleci. Zatem, nie długo gadać, sakum, pakum i wysłałem dziewuchę do Zoppot. No, tam... do