Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Rano zbiegłem do portyera.
Nie ma już ich. Wyjechali wczesnym rankiem.
— Dokąd?
— Nie wiadomo.
— Czy nie można by sprawdzić, dokąd odchodzą pociągi o tej porze?
— Proszę laski pana dobrodzieja — ci państwo odjechali samochodem.
Skończyło się. Może i lepiej. Zagadka Józi mogła by mię zanadto niepokoić i odrywać od pracy, dla której tu przyjechałem.