Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tem niejasne przeczucie końca wszelkiej światłości i wszelkiego życia.
Nie zdaje sobie sprawy, lecz jest pełen przykrego uczucia i niewątpliwego zdenerwowania. W tym nastroju ducha zwrócił się znowu ku swojej tafli...
Szkło okopcone, przez które przebijające się promienie słoneczne świeciły krwawo i ponuro, przedstawia się teraz jako wyborne czarne zwierciadło. Snadź przez jakieś mimowolne poruszenie statywu, ustawiło się pod kątem do drzwi balkonowych salonu i z całą dokładnością ukazuje w odbiciu jego wnętrze, aż do rogu, gdzie przy małej kanapce stoją obok siebie Dziunia i Karol.
Zadrżał.
Zdawało mu się, że w lustrze okopconego szkła będzie musiał teraz obserwować zaćmienie własnego szczęścia.
Głupia myśl, głupi nastrój! Skutek to zdenerwowania tym niezwykłym, nieznanym efektem oświetlenia.
Oni stoją przy sobie bardzo blizko, wiodąc jakąś ożywioną rozmowę. Nie obchodzi ich spełnianie się jednego z najciekawszych fenomenów kosmicznych; zajęci sobą żwawo gestykulują rękami.
Dziunia wspaniałą swoją postawą karjatydy przysłania całkowicie smukłą postać mężczyzny.