Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A kolisko słońca, pochłaniane przez ciemną plamę, maleje, niknie, wypacza się, kurczy, aż oto jeno, jako nikły sierp księżyca, krwawi się jego brzeżek na groźnem tle nieba.
Odwrócił pan Józef oczy od czarnej tafli, I ażeby sprawdzić, jaki efekt na ziemi wywołuje zmniejszenie się wiekuistego źródła światłości.
Owładnęło nim uczucie smutku i niepokoju niewypowiedzianego. Świat cały przysłoniły nieznane, o zimnych, szaro-niebieskich tonach, cienie.
A jednak nie jest to mrok bezsłonecznego dnia pochmurnego, kiedy w rozproszeniu bladej światłości przestrzeń matuje się, niby pod przykryciem mgieł nieuchwytnych. Owszem — mała ta cząstka tarczy ognistej, gorejącej na czystem, bezchmurnem niebie śle na ziemię promienie dziwnie jaskrawe. Zaznacza się to niezwykłą ostrością cieniów rzuconych, jakby pochodzących od skoncentrowanych blasków reflektora elektrycznego.
Oto chuda akacja, stojąca pod balkonem, rysuje na chodniku swoją sylwetę niezmiernie delikatną, cieniutką siatką gałęzi.
Zimno.
Lekki dreszcz wstrząsnął całem ciałem pana Józefa. Może pochodziło to od chwilowego obniżenia się temperatury, a może też było