Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Migają tylko ich białe ręce, jakby bawili się w grę dziecinną, zwaną „łapki“.
Nagle kobieta wymierzyła w rękę mężczyźnie tęgiego klapsa. Ten chwycił dłoń karzącą i przycisnął namiętnie do ust.
Śmieją się. Dochodzi go swobodny, wesoły, prawie bezmyślny śmiech żony.
Widzi w czarnem zwierciadle jej świeże, zarumienione podnieceniem, policzki.
Wtem biała ręka mężczyzny spoczęła na liljowych fałdach szlafroczka. Cała postać kobiety przegięła się, jakby pchnięta jakąś siłą niewidzialną. Głowa w tył odrzucona ukazała białość szyi w miejscu, gdzie najgłębsze wycięcie szlafroczka. Do miejsca tego przywarły usta mężczyzny...
Nie zdążyły odskoczyć od siebie ich głowy...
Pan Józef stał przed nimi, jak gromem rażony. Pragnienie zemsty, krwi, mordu zalewało mu dusze. Szukał przy sobie broni, której nie posiadał.
Ale tamten bynajmniej niestropiony, bezczelny, arogancki, z najlepszą w świecie miną zaczął tym swoim obojętnym tonem.
— Panie radco — mówiłem, że takie zaćmienie niekompletne nie może dać wzruszeń silniejszych i doprawdy na chwilę jedną nie