Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stefan przeprowadził go wzrokiem do wyjścia. Uczucie ulgi malowało się na jego pucołowatej twarzy.
— Co za zwierz? — zapytał wreszcie, kiedy drzwi zamknęły się za wychodzącym.
— Bagatela — potwór mitologiczny.
— No?
— Sfinks.
— Nie dosłyszałem przy rekomendacyi. Jak się nazywa pospolicie? Jak się nazywa jego tajemnicza mość w oficyalnych spisach ludności, gdyż przecie w policyjnych księgach meldunkowych sfinksowość wszelka jest niedopuszczalna.
— Kolega mój biurowy — objaśnił Trelski — Jan Margiel, współpracownik „Kredytu Polskiego“.
Stefan aż podskoczył na krześle.
— Margiel! On! Psiakość, że też nie dosłyszałem nazwiska przy przedstawieniu się naszem.
— Lapnąłeś coś niepotrzebnego, co?
— Nie, nie — kręcił się — ale to... Ale to podobno straszny dziwak.
— Czy dziwak? Może — mówił Trelski. W każdym razie bardzo dziwny. Jest dla nas wszystkich potroszę zagadką. Już w dzieciństwie robił podobno wszystkim nieprawdopodobne niespodzianki.
Ludwik Kleczko, który znał nietylko Mar-