Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/34

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jadącego ujrzawszy, za onym wraz na obrząd pobożny śpieszyli. Nie wiedzieć zkąd i kiedy kupa się ich przed obejściem zbiegła niemała. Ksiądz poprzedzany przez Kazka wszedł do izby.
Widzi:
Na stole czystą serwetą przykrytym, leżały przygotowane dwie gromnice, łóżko, jak potrzeba, świeżo, czysto obleczone było, wszelako... puste.
Proboszcz zmarszczył brwi surowo.
Jakże to? Do konającego mnię wezwano!
Przez tłum ludu, w izbie zgęszczony, przedziera się zdyszana Mateuszowa. Przypadła księdzu do nóg i za kolana obłapiła.
— Dobrodzieju nasz święty, nie wińcie. Konający on, nieboraczek, prawdziwie; na ostatnich on nogach, chudzina, nie chybi nocki dzisiejszej nie przetrzyma, ledwo już dycha, ledwo zipie... ale się zwlekło chłopisko stodołę poszywać. Na dach mi wlazł, gospodarz mój nieprzepłacony... po drabinie umyślił, niebożątko, w takiej godzinie się czepiać. Taki już był chłop zabiegliwy, taki starowny, taki robotny.
— O dolo-ż ty moja, dolo — wołała, zawodząc — kogóż nam przyjdzie utracić, kogo!
— Na dobrodzieja czekalim... Mówi mój: Nie śpieszno dobrodziejowi, to choć zgrubsza stodołę ogarnę, choć ladajako przysłonię, a zaś-