Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/35

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


by plucha, kiedy nastanie, zgnoić miała — com dzieciom a babie ze świętej ziemi zebrał.
— Do chudobym wyszła prawi dalej Mateuszowa do obrządku domowego, jako mus jest, stanęłam, a on se, biedota, stękający na drabinę polazł. Anim wiedziała, kiedy i jak; anim się obejrzała, anim zmiarkowała... Ale już go niesą chłopy, bo zesłabł okrutnie, nieboraczek, i trza go było ze stodoły z ludźmi zdymać.
Jakoż we drzwiach izby ukazał się Mateusz.
Idzie, nie idzie, a niosą go we czterech.
Gorączka od niego bucha. Ręce bezwładnie zwisły. Zda się i mówić już nie zdoła.
Złożyli go na łóżku. Mateuszowa przyoblekła chłopa w czystą koszulę.
Przystąpił do konającego ksiądz z sakramentami.
Przyklękli ludzie...

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Mateusz, jak wypadało, przed nocą zmarł poczciwie.
Ciotka Nastazja zamknęła mu oczy i złożyła spracowane ręce na piersiach.

. . . . . . . . . . . . . . . . . .

Leży Mateusz W białej, z prostych desek zbitej trumnie, z założonemi na piersiach rękoma.
Odpoczywa.