Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chodzący się po pokoju. Zdawało mu się, że głowa oderwana od tułowia boli i kręci się w kółko, to znowu leci w przepaść coraz prędzej i prędzej.
W skroniach łomoczą młoty ogromne, niby w kuźni. Głowa leci gdzieś z szybkością zawrotną, nadzwyczajną, że Janek traci już poczucie ruchu, poczucie wszystkiego...
Wyciągnął rączyny i chwytał powietrze...
Kiedy przyszedł do przytomności, leżał na dworze, a nad nim ludzie jacyś, nachyleni, szeptali do ziębię niezrozumiałe słowa. Nacierali mu ręce i twarz śniegiem, to też ręce i twarz pieką go, jak od dotknięcia rozpalonem żelazem...
Chorował długo.
Ale dłużej jeszcze chorował biedny, ojciec. Przypuszczano nawet, że nie wyjdzie z tej dziwnej niemocy, która mu nie pozwalała niczem zająć się, nic robić. Literalnie przez rok cały chodził z kąta w kąt, jak błędny, i załamywał dłonie.
Bieda zaczynała w domu na dobre doskwierać. Brakowało wszystkiego... Jankiem z litości zajęli się sąsiedzi.
Od roku szkolnego jednak profesor przyjął znowu lekcye matematyki w gimnazyum i potoczyło się to życie z dnia na dzień.