Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




Dnia tego już od rana Mateuszowa wiedziała, iże ze starym będzie koniec.
Tako ono i ciotka Nastazja mówiła, która, wiadomo, baba była na chorobach się znająca, boć przecie bez mała od pół wieku całką wieś w potrzebie kurowała.
Kurowała ona i Mateusza, jako módz, najlepiej, ile że siostrzanowi rodzonemu starania, choć i bez wielkiej nagrody, nie skąpiła. Zamawiała stara, okadzała, borsuczą tłustością w dołku mazała, ziele święcone, co najskuteczniejsze, a insze, osobliwie na nowiu pod mogiłkami zbierane, dała pić, aże wraz machnęła ręką.
— Dziś, jutro — mówi — bolenie pod serce podejdzie i... „Mocny Boże“ nie pomoże.
Ludzka rzecz: jakby stary — mówi — na siłach opadł, a z barłogu się ruszyć nie chciał, już mu jeno po księdza ślijcie, bo ostatnia jego godzina wybiła.
Poprawdzie próbował Mateusz do dnia z łóżka się zwlec, bodaj cieluchy obrządzić, toż do onej strzechy na stodole by najpilniej się brać,