Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/195

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kiwaniach. Siedział nieruchomo, zapatrzony snadź w piękną panią, którą ze swego miejsca mógł widzieć wybornie.
Przerwałem wreszcie zbyt już długie milczenie.
— Przysiągłbym, zacząłem, że znam kobietę, która siedzi tam za mną z owym starym jegomością.
— Hm, pochlebiam sobie, mruknął z jakimś dwuznacznym uśmiechem.
— Jakto?
— No, znasz ją.
— Ja?
— Z całą pewnością.
Nachylił się nad talerzem, i dłubał po nim widelcem, niby z wielką uwagą.
— Nie pamiętasz Józi? spytał, nie podnosząc głowy.
— Józi?
— No, Józi... od Barońskich... cztery, pięć lat temu?..
Teraz przypominam sobie wszystko. Znalazłem nareszcie przyczynę złudzeń. Państwo Barońscy, u których dość często bywaliśmy na rautach, mieli kiedyś pokojówkę uderzająco podobną do naszej interesującej nieznajomej. Zachowałem w wyobraźni obraz jej rysów i nagle... Ha, ha. — Rozumiem, wszystko rozumiem! Dziewczyna rzeczywiście była nad miarę piękna, to