Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




Profesor z Janem, prowadząc się pod ręce, zapamiętale djalogowali mniej więcej o cnocie. Stary mistrz najmilszego ucznia swego umacniał w mądrości, albowiem mędrzec tylko posiąść może najwyższe dobro — cnotę.
Chlapał deszcz ze śniegiem obrzydły, zalewał im oczy, siekł po twarzy dokuczliwie i spływał za kołnierz mętnemi kroplami po nierównych kosmykach filozoficznych włosów. Oni przecież, zda się, nie czuli wprost już nieprzyzwoitych wybryków pogody marcowej i w ferworze dysputy zatrzymywali się na błotnym chodniku przez długie chwile, jak ongi w szczęśliwej Heladzie, zawzięci perypatetycy pod cienistym perystylem gimnazjum łykeońskiego.
Profesor, ukręcając Janowi guzik od palta, dowodził nerwowo, że życie nie jest romansem, ten jednak, wyjątkowo dziś, na przekonywające mistrza argumenty, odporny, stawiał się, jak to mówią, okuniem.
— A, przecież życie jest piękne!
Odporność tą zawdzięczał doskonałej, nie-