Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zmiernie jasnej i pogodnej sztuce francuskiej, którą właśnie widzieli w teatrze.
— Mam wrażenie, — wołał w zachwyceniu — jakby mnie hyzopem pokropiono.
— Hyzop, Izop, Józefek, roślina z rodziny wargowych...
Profesor z nałogu zaczął już wykład botaniczny, kiedy Jan, uniesiony nastrojeni promiennym, przerwał nowemi okrzykami wesela.
— Mam wrażenie, jakbym się wykąpał w kryształowych przezroczach wód krynicznych, jakbym nagle uczuł się przeniesiony pod lazurowy strop zalanego słońcem nieba Italji, jakbym...
— Hm, można i tak, — zgodził się profesor — autor jest istotnie człowiekiem nad wyraz grzecznym i dobrze wychowanym. Na chwilę jedną nie chciał pozostawić nas pod wrażeniem mniej przyjemnem. Zaledwie przygotował sytuację groźną, prawie tragiczną, prawie ponurą, aliści kiedy ma wybuchnąć katastrofa, zjawia się goniec: „Nic, małe draśnięcie“.
Doprawdy to bardzo uprzejmie z jego strony.
Jan nigdy nie wie z pewnością, czy profesor drwi naprawdę, czy żartami pyta o drogę. Dziś jednak nie da się tymi akuszeryjnymi zabiegami zbić z tropu.
— A tak — woła z przekonaniem.