Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Chodźmy.
Dał się młodzieniec uwieść bez gwałtowniejszych oznak protestu. Bąkał wprawdzie coś pod nosem niewyraźnego, ale wstał i szedł, nie opierając się radcy zbyt energicznie.
Pani Józefowa, jek się okazało, nic też nie miała przeciw temu, owszem — przywitała gościa nader radośnie i tylko przepraszała, że obiadek będzie skromny.
Cudna była pani Dziunia w jasnym liljowym szlafroczku na tle zalanego pełnym blaskiem słonecznym salonu. Świeża, hoża, biała, pulchna, z sutą, jasną, przedziwnie bogatą fryzurą, z djabelstwem jasnych, figlarnie wijących się nad skronią loczków, wyglądała djabelnie ponętnie. Radca, złożywszy szerokiego całusa powitalnego na atłasie jej rumianego policzka, natychmiast wyszedł na balkon, ażeby zająć stanowisko w swojem obserwatorjum.
A nie było to obserwatorjum byle jakie Duża tafla szkła lustrzanego, okopcona starannie i oprawiona w czarną ramę, umieszczona była na ruchomej podstawie drewnianej, tak urządzonej, ażeby taflą manipulować można było swobodnie i dowolnie zmieniać jej pochylenia.
Podstawę według własnego pomysłu i rysunku pan Józef umyślnie kazał zrobić stolarzowi. Chodziło o ustawienie płyty szklanej w ten