Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czonych. Czekali aż skończę lat szesnaście... Twój ojciec był człowiek zacny...
Żachnął się.
— No, daj pokój — ciągnęła — daj pokój, to okoliczność łagodząca. Ojciec twój był zacny, szlachetny, no, był człowiekiem wysokiej wartości moralnej, ale stary, stary, stary...
— Matko!
— Ach, strasznie byłam lekkomyślna — zawsze, całe życie. Impulsywna, nie oglądająca się na nic, idąca za pierwszem poruszeniem uczucia. Żałowałam potem, cierpiałam, ach jak okropnie cierpiałam.
— Matko mów, żeś cierpiała — cierpienie oczyszcza. Mów, żeś cierpiała — cierpienie podnosi. Mów, żeś cierpiała — ja ci przywiązaniem bezgranicznem będę starał się osłodzić resztę dni twoich po dniach twardej ekspiacyi.
— Tak, cierpiałam. Ogłosiliście mnie za umarłą. Odpędzili, jak psa od proga. Tak twój... ojciec odpędził mnie... Musiałam iść w świat sama... sama jedna... Bez środków do życia, bez pomocy.
— Ach!
— A jednak dałam sobie radę, nie zginęłam. A nawet... hm... wiodło mi się. Wiele to razy mogłam wyjść zamąż świetnie, zrobić karyerę pierwszorzędną. Tylko ojciec twój nie