Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stara, odwieczna historja...
Dobrzy są sobie ci nasi poczciwi starzy. Skoro tylko wejdą w rolę rodziców, natychmiast zapominają o tem, że sami niegdyś wobec rodziców własnych bronili zawzięcie praw serca...
A może ich nigdy nie bronili, tych praw fantastycznych, nieskodyfikowanych przez nikogo na świecie w sposób dość stanowczy; może zacne moje matczysko, posłuszne opiece, oddając mądrze wybranemu panu rękę, nie zastanawiało się, że za ręką serce oddać musi, że musi je zniewolić — serce dziewczyny, które zapala się nagle bez wiedzy i zezwolenia zwierzchności... najbardziej nawet kochanej i poważanej.
Mila ciężką miała przeprawę z sumieniem. Zapewne Władka lubiła bardzo, ale lubiła go jak... brata, jak towarzysza zabaw dziecięcych, jak przyjaciela... Nie rozumiała poprostu, że „takie lubienie to nie to“, że to zgoła w treści swej co inego i całkiem odmiennego.
Zaręczono ich.
Ha, trudno. Była dzieckiem. Jeżeli jednak