Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




Z góry zastrzec należy, że nie była to rozmowa Platona z Sokratesem, Parmendisem czy innymi mędrcami starej Grecji, toż mędrzec, który wszakże o cnocie nie mniej głęboko nauczał, nie jest jak owi boscy filozofowie udrapowany klasycznie w fałdzisty himation z milezyjskiej wełny, lecz jak na prawego gentlemana przystało, ma na sobie nieskazitelnie poprawny garnitur frakowy. Nie rozstawał się zresztą z nim prawie nigdy wieczorem, o ile oczywiście nie przepędzał wieczorów w wagonie kolejowym, gdyż wtedy napewno przepędzał je w teatrze, lub sali koncertowej. Nie czyniły wyjątku długie podróże morskie, boć i wtedy na współczesnych Titanic’ach, wśród wytwornych rozrywek dla pasażerów pierwszej klasy, znalazło się zawsze miejsce dla jego imprezy. Świetny gentleman bowiem, krótko mówiąc, obwoził po świecie szerokim gwiazdy pierwszorzędnej wielkości i to właśnie było jego zawodem.
Nie trzeba zapewne wyjaśniać, że gwiazdy, o których mowa, nic nie mają wspólnego