Strona:Tadeusz Jaroszyński - Oko za oko.djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


siebie opuściły nagle pana Szeligę, a on sam załamał się fatalnie w swem jestestwie. Twarz jego przybrała śmieszny, prawie dziecinny wyraz zalęknienia, skoro stanął wobec jakiejś kwestji drażliwej, czy wstydliwej. Oczy rozszerzyły się nadmiernie, usta złożył, jak do gwizdania.
— Zresztą... zresztą — jąkał się — nie jestem upoważniony... są pewne tajemnice rodzinne... powiedziałbym... tragizm rodzinny... Zresztą — ciągnął dalej — jest pan młody, zapewne odważny... Proszę pana, niech pan zobaczy... spróbuje...
Wydobył z pugilaresa banknot storublowy.
— Służę małą zaliczką... na koszty podróży.
Właściwie mówiąc, wzmianka o osobliwości domu, czy o tragizmie rodzinnym, podnieciła tylko ciekawość literacką Mroczka i jeszcze bardziej czyniła pożądaną tę „kondycję“ bajeczną, którą dostawał bez wszelkich słówek łaskawych, bez pełnych gorzkiej dobrotliwości listów rekomendacyjnych, bez protekcji i poleceń.
Był zachwycony. Nie mniej przecież wśród znajomych w Warszawie starał się zdobyć bliższe szczegóły o osobliwym dworze w Nieznaniu. Nikt tam jednak nie słyszał nawet o miejscowości, oddalonej od kolei, jak objaśniał pan Szeliga, o opętanych mil pięć, i to nie wszędzie po dobrej szosie. Dopiero w wagonie, kiedy nuda podróży rozwiązała języki przygod-