Jerozolima/Część II/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Jerozolima
Wydawca Księgarnia H. Altenberga
Data wydania 1908
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Felicja Nossig
Tytuł orygin. Jerusalem
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


SELMA LAGERLOF.
JEROZOLIMA
POWIEŚĆ
TŁUMACZYŁA
Dr. FELICYA NOSSIG.
Część II.
W ZIEMI ŚWIĘTEJ.
LWÓW — KSIĘGARNIA H. ALTENBERGA - 1908.






ROZDZIAŁ.
Święty kamień i święty grób.



Gorący był sierpień w Palestynie. Codziennie słońce wznosiło się ponad głowami ludzkiemi wysoko na sklepieniu niebieskiem. Nigdzie nie było chmurki i od kwietnia niepadał deszcz. Nie było to gorzej, niż w każdym innym roku, ale nie mniej było prawie nie do zniesienia. Ludzie nie wiedzieli co robić, aby wytrzymać te upały, ani dokąd uciekać, przed nimi.
Najznośniej było jeszcze w Jaffie, chociaż nie w samem mieście, które z dużymi gęsto zabudowanymi domami wygląda jak olbrzymia forteca na stromych skałach i gdzie z brudnych ulic i wielkich fabryk mydlarskich wznoszą się przykre wyziewy. Lecz miasto leży tuż nad morzem, z którego wieje miły chłód. Otoczenie miasta jest wcale przyjemne, dokoła Jaffy rozlega się bowiem około pięćset ogrodów pomarańczowych, gdzie wiszą niedojrzałe pomarańcze pod twardymi ciemnozielonymi liśćmi, na które promienie słoneczne wcale nie działają.
Lecz jakież upały były nawet i w Jaffie!
Olbrzymie liście rycynusowe skurczyły się i zeschły: nawet odporne pelargonie nie wypuszczały już kwiatów, lecz pokładły się zwieszonemi gałęziami na kupy kamieni i prawie zagrzebały się w piasku. Patrząc zaś na czerwone kwiaty kaktusów, sądziłbyś iż gorąco, które grube pnie kaktusowe wchłonęły podczas lata, wybucha z nich teraz w postaci wielkich czerwonych płomieni. Jak gorąco było, to zrozumiano dopiero, gdy dzieci, pobiegłszy nad rzekę, aby się kąpać w morzu, podnosiły wysoko nogi i krzyczały, ponieważ piękny biały piasek palił im stopy, jak rozżarzone węgle.
Jeżeli więc już w Jaffie nie można było wytrzymać, dokąd więc mieli się udać? Tu było zawsze jeszcze lepiej niż na milowej równinie Saronu, leżącej między morzem a górami. W małych miastach i wsiach rozsianych na równinie, mieszkali wprawdzie także ludzie, jednak trudno było pojąć jakim sposobem przy tych upałach i wśród takiej posuchy mogli pozostać przy życiu. Oni też rzadko tylko wychodzili z swych domowisk pozbawionych okien i nigdy nie opuszczali miejsc, gdzie mury domów i tu i ówdzie stojące drzewa dawały trochę cienia.
Tam zaś na szerokiej wolnej równinie nie znalazłbyś ani zielonego źdźbła, ani człowieka. Wszystkie barwne wiosenne kwiaty, jak czerwone anemony i piwonie, tysiące stokrotek i goździków, pokrywających ziemię gęstym czerwono i biało wzorzystym dywanem — zginęło marnie. Ukończono już zbiory żyta, jęczmienia i pszenicy z uprawnych w pobliżu zamieszkałych okolic, a żniwiarze powrócili do swych wsi wraz z wołami i osłami, śpiewakami i tancerzami swymi. Jako jedyny ślad po wiosennej wspaniałości sterczały jeszcze z ziemi spalonej zeschłe żerdzie, okraszone niegdyś pięknemi, wonnemi liliami.
A jednak wielu ludzi twierdziło, że dla nich lato najznośniejszem jest jeszcze w samym obrębie Jerozolimy. Przyznawali wprawdzie, że miasto jest ciasne i przepełnione ludźmi, sądzili jednakowoż, że ze względu na to, iż leży ono na grzbiecie długiego górskiego łańcucha, ciągnącego się wzdłuż całej Palestyny, każdy najlżejszy nawet powiew wiatru z jakiejkolwiek świata strony, musi darzyć miasto orzeźwiającem tchnieniem.
Lecz mimo tych zachwalanych powiewów i lekkiego górskiego powietrza, upały były i w Jerozolimie straszne. Ludzie spali w nocy na dachach a w dzień zamykali się w domach; musieli zadowolić się cuchnącą wodą, uzbieraną podczas de szczów zimowych w podziemnych cysternach, obawiając się z każdym dniem ich wyschnięcia. Najlżejszy wiatr wznosił w górę gęste chmury wapiennego kurzu, a jeżeli ktoś musiał puścić się białym gościńcem poza obrębem miasta, noga zapadała się w tym gęstym miękkim pyle.
Najgorzej jednak było, że upały letnie odbierały ludziom sen. Wszyscy skarżyli się na zły sen, wielu jednak spędzało nocy zupełnie bezsennie, i ten brak snu był przyczyną iż mieszkańcy Jerozolimy byli za dnia przygnębieni i rozdrażnieni, w nocy zaś mieli straszne wizye i oddawali się dręczącej rozpaczy.
W takiej to nocy pewna amerykanka, która już od kilku lat mieszkała w Jerozolimie, rzucała się niespokojnie na swem łożu, nie mogąc usnąć. Kazała łóżko swe wynieść z pokoju na górną galeryę ciągnącą się dokoła domu, okładała sobie głowę zimnymi okładami, lecz wszystko to nie pomagało.
Pani owa mieszkała o pięć minut drogi od Bramy Damaszku w wielkim pałacowym budynku leżącym samotnie i odlegle. Tu więc powinno być właściwie powietrze świeższe i czystsze, lecz tej nocy zdawało jej się, jakby żar z całego miasta zogniskował się był dokoła jej domu. Wiał wprawdzie lekki wietrzyk, ale przychodził on z pustyni i był tak upalny i ostry, że zdawało się, jakoby przepełniony był ziarnkami kurzu. Prócz tego gromada psów ulicznych wybrała się poza mury miasta i rozdzierała powietrze bezustanem żałośnem wyciem.
Po kilkugodzinnem czuwaniu Amerykanka uległa nieopisanemu przygnębieniu. Usiłowała przypomnieć sobie, że odkąd przybyła do Jerozolimy powołana cudownem objawieniem boskiem Wszystko jej się poszczęściło. Założyła tu gminę i pokonała niezliczone prześladowania i trudności, lecz i ta myśl nie zdołała jej uspokoić, trwoga jej wzrastała z każdą chwilą.
Stopniowo zaczęła wyobrażać sobie, że ją i jej współwyznawców miano wymordować, że wrogowie jej podpalili dom, zamknąwszy poprzednio wszystkie wyjścia. Zdawało jej się, że Jerozolima poszczuła na nią wszystkich swych fanatyków, którzy rzucili się na nich z impentem całej nienawiści i żądzy zniszczenia, zawartej w murach tego miasta.
Starała się odzyskać napowrót zwykłą swą pogodną ufność! Dlaczegóż miała rozpaczać właśnie teraz, kiedy sprawa jej zyskała tak wielkie powodzenia, gdy kolonia Gordońska powiększyła się o pięćdziesiąt doskonałych chłopów szwedzkich, przybyłych z Ameryki, i oczekiwano przybycia jeszcze więcej tych dobrych, niezawodnych ludzi ze Szwecyi. W rzeczywistości przedsięwzięcie ich nigdy jeszcze nie przedstawiało się tak pomyślnie, jak właśnie obecnie.
Aby ujść trwodze wstała nakoniec i wyszła, zarzuciwszy na siebie, biały długi płaszcz. Otworzyła małą furtkę tylną i szła prosto w kierunku ku Jerozolimie. Wnet jednakowoż zboczyła z drogi i weszła na mały stromy pagórek. Ze szczytu jego mogła w nocy księżycowej widzieć miasto z wyzębionymi murami, jakoteż niezliczone wielkie i małe kopuły odbijające się od przejrzystego tła niebios.
Chociaż wciąż jeszcze walczyła z wewnętrzną trwogą i niepokojem, to jednak uroczysta piękność nocy podziałała na nią silnie.
Cały krajobraz był niejako oblany właściwem Palestynie zielonawo białem światłem księżyca, które nadaje wszystkiemu, jakieś czarowne tajemnicze piętno. W tem opanowało ją nagle dziwne wyobrażenie i pomyślała? Jak w starych zamkach są pokoje, gdzie gnieżdżą się duchy, tak może i to starożytne miasto z swemi pustemi wzgórzami mieści w sobie widma starego świata, i jest miejscem, gdzie człowiek musi być na to przygotowanym, że dawno minione wielkości zejdą z gór, a umarli z przed wieków krążyć tu będą wśród cieniów nocy.
Pani Gordon nie była wcale przerażoną, gdy opanowały ją te przedstawienia; przeciwnie była pełną radośnego oczekiwania. Od owej nocy, kiedy doznała rozbicia na okręcie l‘Univers i usłyszała głos Boży przemawiający do niej, zdarzyło się już kilkakrotnie, że otrzymała posłannictwo z pozaziemskiego świata. Zaczynała wierzyć, że i w tej chwili zdarzy się coś podobnego. Zdawało jej się, że mózg jej rozszerza się i że myśli jej pracują z niebywałą jasnością i lekkością. Zmysły jej były zaostrzone, i odczuwała, że noc ta nie była cicha, lecz że pełno w niej było głosów i dziwnych dźwięków.
Zanim zdołała uświadomić sobie zmianę, jaka z nią zaszła, usłyszała iż głos potężny, jakby wychodący z bardzo starego ochrypłego gardła wymawiał szumnie słowa:
„Zaprawdę dumnie wznieść mogę czoło me ponad kurz, ziemski, gdyż nikt nie dorówna mi w potędze, uwielbieni i świętości“.
Zaledwie przebrzmiały te słowa, gdy z kościoła Grobu świętego zadźwięczał potężny ton dzwonu. Był to jeden tylko dźwięk wielkiego dzwonu, ale brzmiał dumnie i ostro jakby protest.
A pierwszy głos mówił dalej:
„Czyż nie jam to świat napełnił bojaźnią bożą? Czyż nie jam to zatamował pęd świata w swym biegu i na nowe sprowadził go tory?
Pani Gordon spojrzała dokoła i głos brzmiał od wschodu, z owej strony miasta, gdzie niegdyś stała świątynia Salomona, a gdzie obecnie odbija się od szarawej zieleni nocnego nieba, moszeja Osmara. Czyż miałby to być jeden z modlących się w Moszei, który wyszedłszy na dach Minaretu, w ten sposób głosił w ciszę nocną swą pieśń pochwalną?
„Słuchaj“, brzmiał dalej głos ze starej świątyni; „Pamiętam to miejsce dawno jeszcze, zanim na górze wzniesiono to miasto. Pamiętam je jako trudny i nieprzystępny grzbiet górskiego łańcucha. Z początku była tu jedna tylko skala, która jednak od wód spływających od stworzenia świata rozszczepiła się na niezliczone pagórki.
„Niektóre z tych pagórków miały lekkie pochyłości, inne tworzyły obszerne wyżyny o stromych ścianach, inne znów były tak wązkie i tępe iż mogły służyć tylko jako mosty między innemi wzgórzami“.
Gdy głęboki głos skreślił ten obraz, zadźwięczało znów kilka krótkich tonów dzwonu od miejsca na którem wznosi się kopuła Grobu świętego, a pani Gordon, której ucho przywykło już do dźwięków przenikających noc, zaczęła pojmować, że i te dźwięki były głosem przemawiającym wyraźnemi słowy. Zdawało jej się, że zrozumiała krótkie zdanie:
„I ja to samo słyszałem“.
Pierwszy głos odezwał się na nowo:
„Przypominam sobie, że na najwyższym punkcie tego grzbietu górskiego wznosiło się wzgórze, które nazywało się Moria. Miało ono wejrzenie ponure i odstraszające, gdy z stromemi swemi ścianami i ostro ściętym szczytem sterczało wśród głębokich, ciemnych dolin; tylko od północy łączyło go szerokie pasmo ziemi, jakby most ze wzgórzami wznoszącemi się po drugiej stronie głębokich dolin“.
Pani Gordon usiadła na małej kupie kamieni. Podparła ręką czoło i słuchała.
Gdy pierwszy głos umilkł, jakby zmęczony z mówienia, zabrzmiało z drugiej strony:
„Pamiętam i ja, jak wówczas wyglądała ta góra.“
I zdarzyło się pewnego dnia“ — odezwał się znów głos z okolicy świątyni, „że kilku pasterzy, przechodzących z trzodami swemi przez tę górską okolicę, ujrzało ten pagórek, ukryty tak dobrze między dolinami i górami, jak gdyby w nim przechowane były wielkie skarby, lub cudowne tajniki. Wdrapali się na szczyt szeroki i znaleźli tu przedmiot nadewszystko święty.“
Lecz teraz głos został nagle przerwany dźwiękiem dzwonu.
„Nie znaleźli nic, prócz bryły skalnej, która leżała ze wschodniej strony góry. Był to wielki kamień okrągły, cokolwiek spłaszczony, który był trochę wzniesiony ponad ziemię przez drugi pod nim leżący, mniejszy kamień, tak że podobnym był do kapelusza olbrzymiego grzyba.“
„Ale pasterze“ — ciągnął pierwszy głos dalej“ — którzy znali wszystkie święte podania od początku świata, przejęci byli wielką radością na ten widok i zawołali: „Oto owa wielka wisząca skała, o której starzy tyle opowiadali. Oto kamień, od którego Bóg rozpoczął stworzenie świata. Stąd rozszerzył powierzchnię ziemi na zachód, wschód, północ i południe, stąd wznosił góry i rozlewał morze aź po nieba granice.“
Głos zatrzymał się na chwilę, jakby czekając na protest, ale dzwon milczał.
„Dziwna to rzecz — myślała pani Gordon, nie mogą to być ludzie, którzy mówią.“ Ale w gruncie rzeczy nie wydawało jej się to wcale dziwnem. W kurzącym wietrze i wśród zielonawo bladej nocy, najcudowniejsza rzecz wydawała się zupełnie naturalną.
„Pasterzy zeszli z góry w największym pośpiechu,“ mówił pierwszy głos dalej, ażeby zwiastować na całą okolicę, że znaleźli kamień węgielny świata. I wkrótce widziałem tłumy ludzi podążających ku górze Moria, ażeby na mnie, na owej wiszącej skale, nieść Panu ofiarę i dziękować mu za wspaniałe dzieło twórcze.“
Wymówiwszy to, głos rozbrzmią! rodzajem śpiewu i zawołał wysoką, płaczliwą intonacyą, w jakiej derwisze wykładają koran:
„Wtedy to po raz pierwszy poznałem uwielbienie i ofiary! Pogłoska o mojem istnieniu rozeszła się szybko i daleko. Godzien prawie widziano długie wijące się karawany, zstępujące z szarawo białych gór i szukające drogi do Morii. Zaiste, mogę z dumą podnieść moje czoło! Z mojej to przyczyny strome to wzgórze przestało być samotnem i opuszczonem. Dla mnie to takie tłumy napływały ku górze Moria, że kupcy wnet uznali za korzystne ściągnąć tu z towarami i sprzedawać je. Przezemnie na wzgórzach osiedlili się stali mieszkańcy, żyjący tem, iż dostarczali ofiarnikom paliwa i wody, kadzideł i ognia, gołębi i jagniąt.“
Drugi głos wciąż jeszcze milczał, lecz pani Gordon podniosła głowę ze zdumieniem. Ten co mówił był widocznie sam owym „świętym Kamieniem?“ To, co słyszała, był głos wielkiej bryły skalnej, która spoczywała pod wspaniałem mozajkowem sklepieniem w moszei Omara.
Lecz teraz zabrzmiało na nowo:
„Ja jestem pierwszym i jedynym, jestem tym, którego nigdy ludzie wielbić nie przestaną!“
Zaledwie jednak wyrzekł te słowa, gdy głośnymi dźwięki odezwała się odpowiedź z kościoła świętego Grobu:
— Zapominasz o tem, iż mniej więcej w pośrodku tej samej wyżyny, gdzie i ty spoczywałeś, znajdował się mały niepokaźny pagórek, pokryty dzikim gajem oliwnym. I zapewne chętnie zapomniałbyś o tem, że stary patryarcha Sem, syn Noego, drugiego praojca ludzkości, przybył pewnego dnia na górę Moria. Pochylony był od starości i stał nad krawędzią grobu; szedł zwolna i wlókł nogi za sobą. Dwóch służących towarzyszyło mu, nosząc narzędzia potrzebne do wykucia grobu w skale.“
Teraz pierwszy głos, stary i ochrypły milczał.
„Udajesz, jakobyś nie wiedział, że Noe, ojciec Sema posiadał czaszkę Adama, pierwszego człowieka i przechowywał ją starannie jako pamiątkę po praojcu ludzkości. Gdy umarł, zostawił czaszkę Semowi, a nie innemu z swych synów, gdyż przewidywał iż z Sema zrodzi się największy naród narodów. A gdy Sem czuł, iż zbliża się ostatnia jego godzina, postanowił zagrzebać tę świętą rodzinną pamiątkę na górze Moria. Że zaś posiadał dar proroczy, nie zagrzebał czaszki pod świętą skałą, lecz pod małym, nieznacznym pagórkiem, porosłym oliwnym gajem a wzgórze to od tego dnia otrzymało nazwę Golgota, czyli miejsce z czaszką.“
„Przypominam sobie to zdarzenie;“ rzekł głos ochrypły „i przypominam sobie także, że ci, którzy wielbili skałę, uważali to za rzecz bardzo dziwną. Sądzili oni, że patryarcha był zbyt starym i bliskim śmierci, tak iż nie wiedział, co czynił.“
Jeden tylko przenikliwy dźwięk zabrzmiał od strony kościoła, a pani Gordon wydawał się on jak krótki szyderczy śmiech.
„Ale cóż znaczy ten nieważny wypadek!“ odezwał się znów głos z Moszei. Wielki kamień wzrastał wciąż w potęgę i świętość. Królowie i narody podążały doń, by składać ofiary za szczęście i powodzenie. Pamiętam także dzień, kiedy górę odwiedził patryarcha większy od Sema. Widziałem Abrahama, jak z białą brodą kroczył pełen godności obok syna swego Izaka. I Abraham nie wybrał ciebie Golgoto, lecz na wiszącej skale ułożył stos i przywiązał doń chłopca.“
Tu gniewnie przerwał głos z kościoła świętego Grobu: „To ci się naturalnie po wieki jako zaszczyt policzy, lecz nie zapominaj, że i mnie się część chwały należy! Czy nie pamiętasz, że patryarcha, któremu Anioł boży wyrwał miecz z ręki, szukał na górze za zwierzęciem ofiarnem i znalazł barana który rogami zawikłał się w krzak oliwny?“
Pani Gordon słuchała wciąż z największą uwagą. Im bardziej jednak wsłuchiwała się w sprzeczkę świętych pamiątek, z tem większem przygnębieniem myślała o własnem swem powołaniu. O Boże, czemuż dałeś mi zadanie głoszenia hasła jedności? kłótnia i zwada są jedyną rzeczą istniejącą od stworzenia świata!“
Nagle stary głos rozpoczął znów:
„Nie zapominam niczego, co warte jest wspomnienia. Nie zapomniałem więc i o tem, że za czasów Abrahama wyżyna ta nie była już pustynią. Było tu miasto i był król, który był zarazem arcykapłanem świętego kamienia i panował nad narodem kapłanów i innych sług świętego kamienia. Królem owym był Melchizedek i on to był pierwszym, który wprowadził regularnie powtarzające się ofiary i piękne święte uczynki, które miały być spełniane na świętej skale.
Szybko padła z drugiej strony odpowiedź:
„Ja również uznaję Melchizedeka jako męża świętego i proroka. I nie ma lepszego dowodu, iż był istotnie wybrańcem Bożym, nad ten, że chciał być pochowanym w grocie skalnej pod Golgotą, tam gdzie leżała czaszka Adama. Czyż nie pomyślałeś jakie prorocze znaczenie leży w tem, iż pierwszy grzesznik i pierwszy arcykapłan pochowani są na tem samem miejscu?“
„Słyszałem, że przywiązujesz do tego wielkie znaczenie/ odrzekł kamień święty, „lecz wiem o czemś, co jest jeszcze ważniejszem. Miasto na górze rosło i rozszerzało się. Doliny i wzgórza dokoła zaludniły się i otrzymały osobne nazwy. I wkrótce już tylko wschodnia strona góry, tam gdzie leżał kamień święty, nazywała się Moria. Wzgórze na południowej stronie zwało się Sion wzgórze zachodnie Gareb, a północne Betzaida.
„Zawsze jednak było to małe miasto na tej górze leżące,“ odrzekł głos z kościoła. „Mieszkali tu prawie wyłącznie pasterze i kapłani. Ludzie nie mieli ochoty osiedlić się w tej nieurodzajnej kamienistej pustyni.“
„Odpowiedź na to była tak ostra i zwycięsko dumna, że pani Gordon aż wstrząsła się, słuchając.
„Widziałem króla Dawida! Widziałem jak w szkarłatnej szacie i błyszczącej tarczy stał i oglądał to miejsce, zanim obrał je za swoją królewską siedzibę. Dlaczego nie wybrał bogatego, wesołego Betlehemu, dlaczego nie Jeryhonu, w urodzajnej lezącego dolinie? Dlaczego nie uczynił z Gilgalu ani z Hebronu stolicy Izraela? Powiadam ci, iż wybrał to miejsce z powodu wiszącej skały. Wybrał je na to, ażeby królowie Izraelscy mieszkali na górze, którą przez wieki ocieniałem swoją świętością.“
I poraź drugi głos począł długimi tonami śpiewać hymn pochwalny.
„Myślę o wielkim mieście, o jego murach i wieżach. Myślę o zamku królewskim z tysiącem gmachów, na górze Sion. Myślałem o namiotach kupieckich i warsztatach, o obronnych murach, wysokich bramach i wieżach. Myślę o rojnych ulicach, o piękności i blasku miasta Dawida!
I myśląc o tem wszystkiem powiedzieć mogę: Wielką jest potęga twa, o Skało! Tyś to wszystko do życia powołała. Dumnie podnieść możesz swe czoło! Nikt nie dorównywa ci w uwielbieniu i świętości!
Lecz ty Golgoto, ty byłaś tylko małym punktem na ziemi, nagim pagórkiem poza murami miasta. I któż ci składał ofiary, któż cię wielbił, któż o sławie twej wiedział?“
Podczas gdy hymn ten wznosił się w nocną ciszę, głos dzwonu przemawiał gniewnie, lecz ciszej niż poprzednio, jakby czcią wielką stłumiony.
„Widać, iż starzejesz się, gdyż przesadzasz wszystko co w młodości swej widziałeś, jak to czynić zwykli staruszkowie. Miasto Dawida rozciągało się jedynie z południowej strony. Nie sięgało nawet po środek góry. Było więc rzeczą zupełnie naturalną, ze musiałem pozostać poza murami miasta.“
Lecz tamten głos śpiewał dalej bez przerwy.
„Największą zaś sławę, o Skało, osiągłaś za króla Salomona! Wznoszący się dokoła ciebie grzbiet górski zamieniono na powierzchnię płaską, i wyłożono ją kamiennemi płytami. I dokoła na gruncie tym wzniesiono kolumnady, jak dokoła sal królewskich. W środku zbudowano świątynię z świętym Przybytkiem. Nad tobą to o kamieniu zbudowano świątynię, i na tobie, na kamieniu węgielnym świata spoczywała Tora z Tablicami Prawa w świętym przybytku!“
Nie ozwał się protest od strony kościoła i słychać było tylko stłumione łkanie, podobne do skargi.
„I za czasów Salomona sprowadzono z głębi dolin wodę na wyżyny jerozolimskie, gdyż Salamon był z królów najmądrzejszym. I z suchych szarawo-białych gór wyrosły drzewa, a z pomiędzy kamieni wykwitły róże. W jesieni zbierano z ogrodów, pokrywających góry, figi i winne grona, granaty i oliwy ku radości Salomona. Ale ty Golgoto byłaś wciąż jeszcze nagim pagórkiem poza murami miasta. Byłeś tak mizernym i niepłodnym pagórkiem, że żaden z bogaczy za czasów Salomona nie byłby cię objął w obrębie swego ogrodu i żaden ubogi nie byłby na tobie posadził swej winnej latorośli.“
Pobudzony tą ponowną napaścią, przeciwnik zdobył się na obronę:
„Zapominasz jednakowoż, że właśnie w tym czasie stało się coś, co Golgocie zapewniło trwałą sławę. Wówczas bowiem mądra królowa Saba przybyła w odwiedziny do Salomona, a król przyjął ją w pałacu zwanym „Domem Libanonu“ ponieważ zbudowanym był z belek pochodzących z dalekiego Libanonu.
Gdy król pokazał królowej arabskiej ten nadzwyczajny budynek, któremu równego nigdy nie widziała, uwaga jej spoczęła na jednym belku wystającym z muru. Był on niezwykłej grubości, a gdy mu się przyjrzano bliżej, okazało się, iż składał się z trzech zrośniętych z sobą pni.
Mądra królowa zadrżała, widząc, iż drzewo to posłużyło do pałacu królewskiego i szybko opowiedziała jego historyę. Opowiedziała królowi, że anioł, który po wygnaniu pierwszych ludzi strzegł wejścia do raju, wpuścił raz był Seta, syna Adamowego do wspaniałego ogrodu.
Wolno mu było wejść tak daleko, iżby ujrzał drzewo życia. A gdy Set opuścić musiał ogród, dał mu anioł trzy nasienia z cudownego z drzewa. Ziarnka te wsadził Set do ziemi na Adamowym grobie, na górze Libanon, i wyrosły z nich trzy, pnie, które stanowiły razem jedno drzewo.
I oto ten pień — rzekła królowa — rębacze króla Hizama ścięli dla cię, o królu i wmurowanego w ścianę twego królewskiego pałacu. Lecz powiedzianem było, iż na tym pniu kiedyś umrze człowiek, a gdy się to stanie, Jerozolima upadnie i wszystkie pokolenia Izraelskie rozsypią się po świecie.
Ażeby zaś nie spełniła się nigdy ta zła przepowiednia, królowa poradziła królowi, ażeby zniszczył ów pień, i Salomon kazał go wyjąć z ściany pałacu i wrzucić do stawu Betesda.“
Po tej długiej mowie nastała zupełna cisza i pani Gordon sądziła, iż już niczego nie usłyszy.
Po chwili jednak głos dzwonu rozpoczął na nowo:
„Myślę o ciężkich czasach. Przypominam sobie, iż świątynię zniszczono, a lud cały zabrano w niewolę. I gdzież była twa sława i twój blask w onym czasie o kamieniu!“
Po chwili dopiero przyszła odpowiedź od skalnego kamienia:
„Czyż jestem wszechmogącym! Lecz chociaż upadłem, zawsze podniosłem się napowrót z upadku. Czy pamiętasz o blasku, który opromienia! mnie za czasów Heroda? Czy pamiętasz te trzy przedsionki które otaczały świątynię? Czy pamiętasz o ogniu, który w dzień wznosił się potężnym płomieniem z ołtarza całopalenia, tak iż oświecał całe miasto? Czy pamiętasz bramę świątyni Herodesa, zwaną „Piękną“ gdzie on postawić kazał przeszło sto porfirowych kolumn? Czy pamiętasz woń kadzidła, która rozchodząc się z świątyni przy wietrze zachodnim sięgała aż do Jerychonu? Czy pamiętasz z jakim hałasem otwierały się bramy z miedzi? Czy pamiętasz zasłonę babilońską nad świętym Przybytkiem, przetkaną różami i litem zlotem?“
Krótko i gniewnie zabrzmiało od strony kościoła.
„Pamiętam to wszystko, lecz pamiętam ponadto, że w owym czasie Herodes kazał oczyścić staw Betesda i przypominam sobie, że robotnicy jego znaleźli na dnie drzewo życia, które niegdyś wmurowane było w pałac Salomona, i że wyrzucili gruby pień na brzeg“.
„A czy przypominasz sobie jeszcze“, mówił głos głazu z radosną dumą, „czy przypominasz sobie wspaniałe miasto, gdzie mieszkali książęta Judy na Sionie, Rzymianie zaś i cudzoziemcy w okolicy Betzaidy? Czy przypominasz sobie Gród Antoniny? Czy przypominasz sobie silne bramy? Czy przypominasz sobie okalające mury zdobne w wieżyczki“?
„Tak, przypominam sobie to wszystko“, zabrzmiało od strony kościoła, „ale i o tem pamiętam, że właśnie w owym czasie Radca Józef z Arymatei wykopać kazał grób skalny w swym ogrodzie, tuż obok Golgoty“.
Głos z Moszei drżał cokolwiek, lecz odezwał się bezzwłocznie:
„Czy pamiętasz olbrzymie wędrówki ludów do Jerozolimy podczas świąt uroczystych? Czy pamiętasz, jak wszystkie drogi w Palestynie roiły się od ludzi, a stoki górskie przed miastem pokryte były namiotami? Czy przypominasz sobie mężów z Rzymu, Aten, z Damaszku, z Aleksandryi, którzy przybywali, by oglądać wspaniałości miasta i świątyni? Czy pamiętasz tę dumną Jerozolimę?
Dźwięk dzwonu odpowiedział z nieugiętą powagą:
„Zapewne pamiętam to wszystko, ale i o tem nie zapomniałem, że właśnie w owym czasie siepacze Piłatowi znaleźli drzewo życia na brzegu stawu Betesda i zrobili zeń krzyż, na którym miał zginąć zbrodniarz na śmierć skazany?
„Pogardzonym i zapomnianym byłeś po wsze czasy“ — odezwał się głos z Moszei z goryczą. „Dotychczas jednak byłeś przynajmniej tylko niespostrzeżonym punktem na ziemi. Lecz w owym czasie spotkała cię hańba taka, iż siepacze wybrali cię jako miejsce egzekucyi. Przypominam sobie ów dzień, gdy na wzgórzu Golgota stanęły trzy krzyże.
„Potępion byłbym, gdybym kiedyś zapomnieć mógł o owym dniu“! odrzekł Kościół uroczystym tonem, który rozległ się w przestrzeni, jakby z towarzyszeniem hymnu chórów radośnych. „I pamiętam nawet, że w tym samym czasie, gdy stanął krzyż drewniany na skalistem czole Golgoty, odbywała się na górze Moria wielkanocna ofiara. W świątecznych ubraniach weszli Izraelici do przedsionków, otoczonych kolumnami. W pośrodku nieśli wysokie żerdzie na których wisiały ofiarne jagnięta. A gdy przedsionki były już tak zapełnione ludźmi, że nikt nie mógł się więcej pomieścić zamknięto bramy świątyni i dźwięki trąb zwiastowały początek uroczystości.
„Potem powieszono zwierzęta na żerdziach między filarami i zarżnięto je. Kapłani stali długim szeregiem w poprzek na podwórzu świątyni i chwytali krew ofiar w srebrne i złote czarki i wylewali ją na ołtarz Całopalenia.
Wylano tyle krwi, że całe podwórze było zalane, i kapłani stanąć musieli na stołkach ażeby brzegi ich białych szat nie przesiąkły krwią. Lecz w tej samej chwili, kiedy Ukrzyżowany zmarł na Golgocie, przerwaną została wielka uroczystość ofiarna w świątyni. Gęste ciemności zaległy święte miejsce i cały gmach zatrząsł się aż do postaw a zasłona babilońska rozdarła się na dwie części na i znak, że potęga i uwielbienie i świetność miały od tej chwili z góry Moria przejść na Golgotę“.
„Trzęsienie ziemi wstrząsnęło i Golgotą“ — przerwał stary głos, „tak iż całe wzgórze pękło“.
„Tak, w istocie“, odrzekł Kościół tym samym radośnym tonem. „I na Golgocie powstała głęboka szczelina, a przez nią spłynęła krew z krzyża, aż do grobu skalnego, zwiastując tu pierwszemu grzesznikowi i pierwszemu arcykapłanowi, że oto zbawienie dokonane“!
W tej chwili zabrzmiało ze strony Kościoła gwałtowne i długie dzwonienie a równocześnie z minaretu Moszei wzniosły się żałosne tony wzywające wiernych na modlitwę. Pani Gordon zrozumiała, że nastała jedna z świętych godzin nocy, lecz stało się to tak bezpośrednio po opowieści o Ukrzyżowaniu, że zdawało się jej, iż obaj staruszkowie skorzystali z sposobności, aby dać wyraz dumie i pokorze, jakie ich napełniały.
Ledwie ustało głośne dzwonienie, gdy Moszea rozpoczęła znów uroczystym głosem:
„Jam to jest skała wielka i wieczna, lecz czemże jest Golgota? Jam jest tym, kim jestem, i nikt nie wątpi, gdzie mnie ma znaleść, lecz gdzież szukać ma Golgotę? Gdzież jest owo wzgórze, z którego się krzyż w głąb zapadł? Nikt o tem nie wie. Gdzie grób, w który włożono Chrystusa? Nikt nie może z pewnością wskazać owe miejsca.
Szybko odezwał się głos z Golgoty:
„Więc i ty podnosisz te zarzuty? A jednak tyś to najlepiej powinien wiedzieć, jesteś tak starym, że możesz pamiętać położenie Golgoty. Przez tysiąc lat widziałeś wzgórze na jednem i tem samem miejscu przed Bramą Sprawiedliwości“.
Zapewne, jestem stary, nawet bardzo stary“, zabrzmiał znów głos z Moszei. „Powiedziałeś jednak, że starzy mają złą pamięć. Było wiele nagich pagórków przed Jerozolimą. Jakże mógłbym pamiętać, który z nich był Golgotą? I jest tam nieskończenie wiele grobów, wykutych w skale. Jakże wiedzieć mogę, który z nich jest prawdziwy“?
Pani Gordon czuła, że niecierpliwość w niej wzrasta. Zaiste, miała ochotę wmieszać się do rozmowy. Te dziwne głosy dźwięczały tylko w jej uszach, przywołując jej na pamięć stare podania, które znała oddawna! Chciała zawezwać je, aby wyjawiły jej głębokie tajemnice Państwa Bożego, lecz ci dwaj staruszkowie sprzeczali się tylko małodusznie o pierwszeństwo w sławie i potędze.
Teraz i głos dzwonu dźwięczał już niecierpliwie:
„Ciężka to rzecz, że bezustannie bronić się muszę przed zarzutem, iż nie jestem tym, za którego się wydaję. Pamiętasz przecie, że już pierwsi chrześcianie odwiedzali mnie, aby odnowić w swym umyśle wspomnienie ważnych zdarzeń, jakie zaszły w pobliżu Golgoty“?
„Tak“, odrzekł głos z Moszei, może to i prawda, lecz jestem przekonany, że Chrześcianie wśród przebudowanych ulic i owych szeregów domów, zgubili twój ślad wówczas, gdy miasto wzrosło i Herod zbudował nowe mury okalające miasto“.
„Nie zgubili śladu mego“, odezwał się święty Grób, zgromadzali się zawsze na Golgocie, aż skończyło się oblężenie Jerozolimy, poczem opuści! miasto“.
Święty Kamień nic na to nie odpowiedział. Zdawał się być przygnębionym zupełnie smutnemi wspomnieniami odnowionemi w jego pamięci.
„Cała świątynia twa została zburzoną“! zawołał Kościół. „Święte otoczenie świątyni pokryte było gruzami. Sześćset lat o Kamieniu, leżałeś ukryty pod popiołem i gruzami“!
„Cóż znaczą dla mnie sześćset lat“? odrzekł Kamień z ponurą dumą. „Nikt jednak nie wątpi o tem, że znajduję się na mojem miejscu, o ciebie zaś sprzeczają się bezustannie“.
„Jakże mogą się sprzeczać o mnie, kiedy cudem Bożym odnaleziono mnie przecie“? odrzekł Kościół z radośną pokorą. »Cesarzowa Helena uczyniła to, a była ona Chrześcianką i Świętą. W śnie otrzymała rozkaz, by się udała do Ziemi świętej i tam na miejscach pamiątkowych ustawiła święte pomniki“.
„O tak pamiętam dobrze czas, gdy cesarzowa przybyła do Jerozolimy. Pamiętam, że towarzyszył jej orszak pobożnych i uczonych mężów. Przypominam sobie, że z początku daremnie szukała miejsca, gdzie znajdował się Grób święty“.
„Ale w owym czasie stała prawie w samym środku miasta świątynia Wenery, a cesarzowa dowiedziała się, że zbudowaną była przez Hadriana na miejscu, które niegdyś uważane było przez Chrześcian za święte. Kazała zburzyć świątynię i okazało się, że wznosiła się ona na Golgocie. Pod fundamentem świątyni znajdował święty Grób, zupełnie nieuszkodzony i przekazany potomność a zarazem i wzgórze Golgota z grotem skalnym Melchizedeka i z szczeliną w górze, o której mówiono, że zawsze jeszcze krew z niej płynie. Znaleziono także..“
Tu przerwał głos z Moszei długim śmiechem szyderskim.
„Lecz posłuchaj ostatniego i najważniejszego dowodu, ciągnął dalej Kościół, nie zważając na przerwę. Cesarzowa nie pragnęła niczego goręcej niżeli znalezienia świętego Krzyża, lecz zaginął on bez śladu i dopiero po długiem i daremnem szukaniu, przyszedł pewnego dnia do cesarzowej stary mędrzec, który doniósł jej, iż krzyż zagrzebany jest głęboko w ziemi i opisał miejsce, gdzie należy go szukać. Muszą kopać głęboko — rzekł on, gdyż siepacze rzucili byli krzyż do fosy, którą aż po brzeg zasypali ziemią i kamieniami. O pamiętam dobrze że pobożna cesarzowa siedziała nad brzegiem rowu i zachęcała robotników. Pamiętam także dzień, gdy znaleziono Krzyż święty na dnie starej fosy“.
Kościół mówił sam dalej, nie zważając na to, że z Moszei odzywały się szydercze okrzyki i śmiech pełen wątpliwości.
„Pamiętam cały szereg cudów, który nastąpił po odnalezieniu Krzyża, i zdaje mi się, że i ty nie śmiesz temu zaprzeczyć! I ty słyszałeś radośne okrzyki chorych, uleczonych świętą relikwią. I ty przypominasz sobie pochód pielgrzymów, który napływał ze wszystkich stron świata. Przypominasz sobie dzikich mężów nabożnych, którzy osiedli w skalnych jaskiniach Jerozolimy. Przypominasz sobie także klasztory i kościoły, które wystrzeliły z ziemi.
„A możeś ty o głazie zapomniał o wspaniałych budowach, które Konstantyn i jego matka kazali wznieść ponad Grobem świętym? Na placu, gdzie znaleziono Krzyż postawiono bazylikę, ale ponad skalną grotą świętego Grobu zbudowano piękny okrągły kościół.
„Z pewnością przypominasz sobie, o Skało, greckich budowniczych, którzy gmachy te wznieśli z równą wspaniałością, jak gdyby były to gmachy cesarskiego zamku. Przypominasz sobie z pewnością te karawany, które przybywały obładowane kosztownymi kamieniami i złotem, potrzebnem do ozdobienia kościoła. Przypominasz sobie w Bazylice porfirowe filary z srebrnemi kapitelami i sklepienie mozajkowe w kościele świętego Grobu i przypominasz sobie zapewne te wązkie okna przez które wnikało światło załamując się w szybach z alabastru i malowanego szklą, tak że każdy promień iskrzył się, jak gdyby wytryskał z drogiego kamienia! Przypominasz sobie rzeźbioną kratę przed ołtarzem i podwójny rząd kolumn i kopułę, co lekko a silnie wznosiła się nad budynkiem. Przypominasz sobie i sam Grób świętej w pośrodku spoczywający, nieozdobny i niepielęgnowany w calem tem otoczeniu pełnem blasku!
„A jaki czas nastąpił po wzniesieniu tych gmachów! Pamiętasz dobrze, że wszyscy chrześcianie na Wschodzie uważali Jerozolimę za miasto święte, i że wkrótce odwiedzali ją nietylko pielgrzymi na czas krótki. Czy nie pamiętasz, jak przybywali biskupi z całym orszakiem księży i dokoła świętego grobu budowali pałace i kościoły? Czy nie widziałeś że patryarchowie ormiańscy, greccy i asyryjscy wznosili tu swe trony? Czy nie widziałeś Koptów przybywających z starego Egiptu i Abysyńczyków z serca Afryki? I ujrzałeś odbudowaną Jerozolimę, miasto pełne kościołów i klasztorów, restauracyi i pobożnych fundacyi. Wiesz dobrze, że sława jej wówczas większą była niż kiedykolwiek.
„A wszystko to mojem było dziełem, o Gładzie! Tyś leżał zaniedbany i zapomniany na górze Moria. Zagrzebany byłeś pod gruzami, ukryty pod kupą popiołu. Nikt o istnieniu twem nie myślał“.
Na to wezwanie odpowiedziała skalna świątynia:
„Czem są dla mnie długie lata poniżenia? Czyż nie jestem mimo wszystko tem, czem jestem? Ledwie przeszło kilka stuleci, gdy zjawił się u mnie pewnej nocy stary mąż czcigodny, w płaszczu beduińskim i z przepaską z włosienia wielbłąda dokoła głowy. Mężem tym był Mohamet, Prorok Boży. Był on żywcem wniebowzięty a noga jego spoczywała na mojem czole, gdy począł wznosie się ku górze. W tejże chwili i ja również uniosłem się o własnej sile na kilka stóp ponad ziemię z tęsknoty za nim. Podniosłem się z pod gruzów i popiołu. Gdyż jestem Wiekuistym, który nigdy nie zginie“.
„Opuściłeś naród swój, zdrajco!“: wołał Kościół. „Dopomogłeś niewiernym do władzy“!
„Nie mam swego narodu, nie służę żadnemu, jestem wiekuistą Skałą. Kto mnie uwielbia, tego ochraniam. Niebawem nadszedł dzień, iż Omar odbył swój wjazd do Jerozolimy i wielki Kalif rozkazał oczyścić plac przed świątynią, wziął sam na głowę kosz gruzów i wyniósł go. A w kilka lat później zwolennicy Omara wystawili nademną najwspanialszy budynek, jaki kiedykolwiek widziano na Wschodzie“.
Tu głos dzwonu przerwał gwałtownie:
„Tak budynek ten jest bardzo piękny, ale czy niewiesz jakie jest jego pochodzenie? Czy sądzisz, że nie poznaję tego mozajkowego sklepienia, tej pięknej kopuły, tych ścian marmurowych, w pośród których ty spoczywasz w swej nieozdobnej prostocie; to zupełnie tak samo, jak przedtem Grób święty leżał w kościele. Cała twa moszeja zbudowaną jest wedle wzoru pierwszego Kościoła Grobu Świętego“.
Pani Gordon była coraz niecierpliwszą. Sprzeczka dwóch pomników wydawała jej się nędzną i małostkową. Ani jednej myśli nie poświęciły religiom przez się reprezentowanym, lecz pyszniły się tylko gmachami w których się ukrywały.
„Moszeja mówiła znów“:
„Przypominam sobie wiele rzeczy, lecz nie przypominam sobie, iżbym widziała kiedykolwiek piękny Kościół Świętego Grobu, o którym mówisz. Stał on wprawdzie na Golgocie, ale został wkrótce zniszczony przez wrogów; odbudowano go potem znowu i ponownie go zniszczono.
„Ale natomiast przypominam sobie, ciągnął dalej głaz, że na Golgocie było mnóstwo mniejszych i większych gmachów, które uważano za święte. Były ubogie i zapadłe a krople deszczu padały przez ich dachy“.
„Tak, to prawda“, odrzekł kościół. „Było to za twoich czasów, za czasów ciemnoty. Lecz ja również powiedzieć mogę, jak ty, co mnie obchodzą lata poniżenia? Widziałem, iż cały Zachód pospieszył mi na pomoc. Widziałem, iż Jerozolima została zdobyta przez mężów w żelaznej zbroi, którzy dla obrony mojej przybyli z Europy. Widziałem, iż twoją moszeję zamieniono w kościół chrześciański, i że na tobie o Skało Krzyżacy urządzili ołtarz. I widziałem także, iż Krzyżacy sprowadzili swe konie do sklepienia pod placem przed świątynią“.
Stary kamień podniósł głos i zaczął śpiewąć podobnie, jak śpiewa Derwisz na pustyni.
Ale kościół nie zatamował potoku słów:
„Pamiętam, iż rycerze Zachodu złożyli swe żelazne zbroje, zabrali się do młotka i kielni, aby odbudować kościół świętego Grobu. I pamiętam, że wznieśli bardzo wielki budynek, ażeby pomieścić w nim wszystkie wspaniałe miejsca. Przypominam sobie, że szary Grób skalny wyłożyli wewnątrz i zewnątrz białym marmurem“.
Stary głos przerwał w tem miejscu:
„I cóż z tego, że zbudowali cię rycerze Krzyżowi, skro znów się rozpadłeś w niwecz“?
„Jestem przepełniony wspomnieniami i świętemi miejscami!“ zawołał Kościół Świętego Grobu grzmiącym głosem. „Mogę pokazać w obrębie moich murów krzak oliwny, przy którym Abraham znalazł barana, mogę pokazać kaplicę, gdzie pogrzebaną jest czaszka Adama. Mogę pokazać Golgotę i Grób i Kamień na którym siedział Anioły gdy nadeszły kobiety, aby opłakiwać zmarłego. W obrębie moich murów jest tez miejsce, gdzie cesarzowa zachęcała do pracy robotników i miejsce, gdzie znaleziono krzyż. Posiadam kolumnę przy której siedział Ukrzyżowany, gdy włożono mu cierniową koronę, i posiadam również kamień Namaszczenia i grób Melchizedeka. Posiadam miecz Gotfryda z Buljonu. I wielbią mnie wciąż jeszcze Kopci i Abysyńczycy, Ormianie i Jakobici, Grecy i Rzymianie. Pełno u mnie pielgrzymów...“
Tu świątynia skalna przerwała mowę Kościołowi świętego Grobu:
„Jakież znaczenie mieć możesz ty pagórku skalisty, ty grobie, którego miejsca nikt nie zna? Czy możesz się mierzyć z wiekuistą Skalą? Czy nie na mnie wypisane jest niewymowne imię Jehowy, którego nikt prócz Jezusa wytłumaczyć nie zdołał? Czy nie do mojego podwórza przed świątynią zejść ma Mahomet w dzień Sądu ostatecznego“?
Gdy spór między Kościołami doszedłszy do tego punktu, zaczął się zaogniać coraz bardziej, pani Gordon powstała. Zapomniała, iż głos jej nie był tak silnym, by mógł być słyszanym równocześnie z owymi dwoma potężnymi głazami.
„Biada wam! Biada wam!“ wołała, „jakież to z was świętości? Spieracie się i walczycie, a z waszego sporu płynie na świat cały niezgoda nienawiść i prześladowanie. Ale ostatnim Bożym rozkazem jest jedność, słuchajcie! Ostatni rozkaz, dany mi przez Boga zwie się Jednością“!
Gdy słowa te wyrzekła, umilkły obydwa Kościoły świętego Grobu i świętego Głazu. Pani Gordon zastanawiała się przez chwilę nad tem, czy to jej słowa mogły mieć tę moc przerwania sporu? Ale wtem ujrzała, że wszystkie krzyże i półksiężyce sterczące ponad kopułami miasta świętego zwolna poczęły lśnić się złociście. Słońce wzeszło ponad górą oliwną, a wszelkie nocne glosy umilkły!




Bo Ingmar Manson

Między ludźmi, którzy należeli do gminy Hellguma w Ameryce i wyjechali z nim do Ameryki, było trzech ze starego rodu Ingmarów, mianowicie dwie córki Ingmara Wielkiego, które wkrótce po śmierci ojca wy wędrowały do Chicago, oraz kuzyn ich Bo Ingmar Manson, młody człowiek, który tylko dwa, lub trzy lata mieszkał w Stanach Zjednoczonych.
Bo był słusznego wzrostu, miał blond włosy i jasne brwi. Miał też świeżą, cerę i wyglądał dobrodusznie. Rysami nie przypominał starego rodu, do którego należał, ale podobieństwo występowało wyraźnie, jeżeli miał do spełnienia trudną robotę lub był rozgniewany.
Gdy Bo podrósł i uczęszczał do szkoły Storma, był leniwy i obojętny, i nauczyciel dziwił się często, iż ktoś pochodzący z tak mądrego rodu, mógł być tak tępym. Ociężałość ta jednak znikła, gdy Bo przybył do Ameryki. Pokazało się i owszem, że był pojętny i zręczny, lecz w dziecinstwie swem tyle się nasłyszał o swej głupocie, że nie mógł jeszcze nabrać zaufania do siebie.
Mieszkańcy wsi nie mało się zdziwili, gdy Bo wyjechał do Ameryki. Rodzice jego byli zamożni, posiadali wielki dwór i byliby chętnie syna zatrzymali przy sobie. Była wprawdzie pogłoska, że Bo jest zakochany w Gertrudzie, córce nauczyciela i że wyjeżdża, aby o niej zapomnieć, ale nikt nie wiedział dokładnie, jak się rzecz miała. Bo nie miał powiernika oprócz matki ona zaś nie daremnie była siostrą Ingmara Wielkiego, nikt nie potrafiłby jej skłonić, aby powiedziała o jedno słowo więcej, niż powiedzieć chciała.
Owego dnia, kiedy Bo opuszczał dom rodzicielski, matka przyniosła mu pas i prosiła go, aby go nosił na nagiem ciele. Bo czuł, że pas był ciężki ; matka wszyła weń pieniądze.
„Musisz mi przyrzec, że nie rozłączysz się z nim bez potrzeby“, rzekła matka. „Nie wielka to suma, lecz tyle właśnie, ile potrzeba, abyś mógł wrócić, gdyby ci się źle powodziło
Bo przyrzekł, że nie użyje tych pieniędzy chyba w ostatecznej potrzebie i dotrzymał ściśle przyrzeczenia. Nie doznał też zbyt wielkiej pokusy, gdyż powodziło mu się po większej części dobrze w Ameryce, ale zawsze dwa razy był już tak ubogim, że cierpiał głód i nie miał przytułku. Zawsze jednak potrafił jeszcze znaleść wyjście, tak iż nie potrzebował naruszyć daru matki.
Gdy Bo przystąpił do Hellgumczyków, był w niemałym kłopocie, co począć z pasem. Nowi jego towarzysze pragnęli naśladować pierwszych chrześcian; dzielili się majątkiem a wszystko co zarabiali, składali do wspólnej kasy. Bo złożył wszystko co posiadał, z wyjątkiem sumy zaszytej w pasie. Nie był zupełnie z sobą w zgodzie co do tego, co słuszne a co niesłuszne w tym względzie, ale miał uczucie, że musi zatrzymać te pieniądze. I był pewnym, iż Bóg zrozumie, że nie uczynił tego z skąpstwa, lecz dlatego, iż musiał dotrzymać przyrzeczenia, danego matce.
Zatrzymał więc pas i wówczas, gdy połączył się z Gordonistami. Ale od tej chwili zaczął myśleć o tem z pewną trwogą. Poznał w krotce, że pani Gordon i wielu jej zwolenników byli ludźmi wybitnymi i czuł wielką dla nich cześć. Drżał na myśl, co tacy ludzie nieposzlakowani pomyśleliby o nim, gdyby pewnego dnia odkryli, że ma on przy sobie ukryte pieniądze, mimo, iż święcie zobowiązał się wręczyć gminie wszystko, co posiadał.
Hellgum przybył z gminą swą już w maju do Jerozolimy, w tym czasie, gdy chłopi na wsi rodzinnej sprzedawali swe dwory. W czerwcu nadszedł list do Jerozolimy, z doniesieniem, że dwór ingmarowski sprzedany i że Ingmar Ingmarson porzucił Gertrudę, aby odzyskać dwór ojcowski.
Aż do tej chwili Bo był zadowolony w Jerozolimie i często wspominał o tem, jak się cieszy, że tu przybył. Ale skoro usłyszał, że Gertruda jest wolną, stał się smutnym i małomównym.
W kolonii nie pojmowano, co Boa tak przygniatało. Niektórzy próbowali nakłonić go, aby im się zwierzył z swego smutku, ale Bo nie chciał nikomu powiedzieć co mu było. Nie spodziewał się aby oni współczuli z jego sprawą sercową; wszakże głosili wciąż, że w interesie jedności potrzebnem jest, aby nie kochać jednego człowieka więcej od innych, i utrzymywali, że kochają wszystkich ludzi jednakowo. I wszyscy też nie wyłączając Boa przysięgli, że nigdy nie wejdą w stan małżeński, lecz wieść będą życie święte mnichów i zakonnic.
O tej przysiędze nie myślał Bo ani chwili, odkąd dowiedział się, że Gertruda jest wolną. Spieszno mu było rozłączyć się kolonią, wrócić do ojczyzny i pozyskać Gertrudę. Był teraz bardzo zadowolony, iż zatrzymał pas, gdyż miał pieniądze i mógł odejść, skoro tylko zechce.
W pierwszych dniach był jakby odurzony i myślał tylko o tem, aby się dowiedzieć, kiedy odchodzi okręt z Jaffy. Ale właśnie teraz nie zdarzała się sposobność do wyjazdu i Bo uznał wkrótce, że lepiej będzie, jeżeli wyjazd swój jeszcze na jakiś czas odłoży. Gdyby teraz powrócił do domu, cała wieś wiedziałaby, że przybywa z powodu Gertrudy. A gdyby mu się nie udało pozyskać jej, wszyscy szydziliby zeń.
Właśnie w owym czasie Bo podjął się wykonania pewnej pracy dla dobra kolonii. Starzy Gordoniści mieszkali dotychczas w samej Jerozolimie; obszerny dom przed Bramą Damaszku wynajęli dopiero niedawno z powodu wzrostu kolonii, po przybyciu szwedzkich towarzyszy; zajęci byli właśnie urządzeniem się a Bo podjął się postawienia piekarskiego pieca w nowym domu. Postanowił więc poskromić swą niecierpliwość i nie wyjeżdżać przed ukończeniem tej roboty.
Czasem jednakowoż tęsknota jego była tak potężna, że mu się cała Jerozolima wydawała jakby więzieniem.
W nocy brał czasem pas swój do ręki i obmacywał wszystkie monety. I był bardzo zadowolony, gdy czuł te okrągłe płytki między palcami; widział przed sobą Gertrudę i zapominał o tem, że ona nigdy o nim słyszeć nie chciała, i był przekonany, że skoro tylko powróci, pozyska ją za żonę.
Ponieważ Ingmar okazał się tak fałszywym, przeto nauczy się nareszcie cenić Boa, który przez; całe życie nie kochał innej, prócz niej.
Tymczasem budowa pieca postępowała bardzo powoli. Czy to, że Bo nie był zręcznym murarzem, czy też, że cegły i wapno, któremi rozporządzał były nie wiele warte. Zdawało mu się, że nigdy nie skończy tej roboty.
Raz zapadło się całe sklepienie, to znów zrobił piec tak złe, że cały dym szedł na piekarnię. Tak wyjazd Boa przeciągnął się aż do początku sierpnia. Tymczasem przypatrzył się z blizka życiu Gordonistów i podobało mu się coraz lepiej. Nigdy nie widział jeszcze, ażeby ludzie żyli na to tylko, aby służyć biednym, chorym i zasmuconym. I nie tęsknili wcale za światem, chociaż: niektórzy z nich byli tak bogaci, że mogli byli mieć, co ich serce zapragnie, inni znów byli tak uczeni, że nie było między niebem a ziemią niczego, o czemby nie wiedzieli. Co dziennie odbywali godziny modlitwy, wykładając nowoprzybyłym naukę, i Bowi zdawało się, gdy ich słyszał, że jest to wielkim czynem przyczynić się do odnowienia prawdziwego chrześcijaństwa, które prawie przez dwa tysiące lat było zaniedbane; zapominał wtedy zupełnie o Gertrudzie i o wyjeździe.
Ale w nocy Bo brał swój pas do ręki, i stawały mu w oczach łzy z tęsknoty za Gertrudą. A gdy przypomniał sobie, że nie będzie mógł brać udziału w odbudowaniu prawdziwego chrześcianstwa, pocieszał się tem, że jest wielu ludzi godniejszych niż on, i że nie wielka to będzie szkoda, jeżeli człowiek tak głupi i prosty jak on, opuści kolonię.
Najbardziej jednak wzdrygał się Bo przed tą chwilą, kiedy przyjdzie mu stanąć przed gminą i oświadczyć jej, iż ma zamiar powrócić do domu. Zgroza przejmowała go na myśl, że pani Gordon i stara miss Hoggs i piękna miss Young i Hellgum i jego kuzynki, wszyscy ci, którzy mieli tylko na myśli służyć sprawie Bożej, będą nań patrzyli jak na człowieka niegodnego.
A cóż powiedziałby sam Pan Bóg w niebie o jego ucieczce? Straszna rzecz, gdyby Bo miał stracić swe zbawienie, gdyby opuścił wielką sprawę.
Z każdym dniem Bo czuł się bardziej niepewnym i bezradnym. Widział teraz jaki błąd popełnił, zatrzymując pieniądze, dane mu przez matkę. Gdyby teraz nie był miał pasa, nie byłby tem samem miał pieniędzy na podróż i nie byłaby nań przyszła ta ciężka pokusa.
W tym czasie koloniści mieli wielkie wydatki po części skutkiem przeprowadzenia się, a częścią z powodu procesu, który prowadzili w Ameryce.
Było też w Jerozolimie wiele ubogich ludzi, którzy wciąż potrzebowali pomocy, że zaś Gordoniści nie przyjmowali zapłaty za żadną dla innych wykonaną robotę, z powodu niezgody, jaką pieniądze wnoszą między ludzi, nie dziw przeto, że mieli czasami wielkie troski.
Kilkakrotnie, gdy nie przybyły na czas przesyłki pieniężne oczekiwane z Ameryki, brakło im o mało chleba. Często cała gmina leżała na kolanach i błagała Boga o pomoc.
W takich chwilach pas palił Boa jak ogień. Jednak nie mógł go dać teraz, gdy trawiła go tęsknota wyjazdu! Prócz tego perswadował sobie, że to zapóźno; nie mógłby przyznać się teraz, że miał przez cały czas ukryte pieniądze.
W sierpniu skończył nareszcie Bo piec piekarski i chciał wyjechać najbliższym parowcem. Pewnego dnia wyszedł przed miasto, usiadł na samotnem miejscu i z rozprutego pasa wyjął pieniądze. Gdy trzymał w ręku złote monety, wydawało mu się, że jest zbrodniarzem. „O Boże mój przebacz mi!“ zawołał. „Nie wiedziałem przecie, że Gertruda będzie wolną, gdym się przyłączył da tych ludzi. Dla żadnego innego człowieka nie porzuciłbym kolonii“.
Wracając do miasta, Bo posuwał się niepewnym krokiem i miał to uczucie, że ktoś za nim idzie i obserwuje go. Gdy następnie u jednego z wekslarzy przy ulicy Dawidowej zmienił kilka złotówek, wyglądał tak. że Ormianin, który ważył złoto, miał go za złodzieja i oszukał go co najmniej ma połowę sumy.
Następnego ranka Bo wymknął się z kolonii. Szedł najpierw na Zachód w kierunku góry oliwnej, ażeby nikt nie podejrzywał jego zamiaru, to też nałożył ogromnie drogi, zanim dostał się na dworzec kolei.
Przyszedł mimoto o godzinę za wcześnie i cierpiał straszliwie podczas czekania. Przed każdym człowiekiem, który przychodził, wzdrygał się ze strachu i daremnie wmawiał sobie, że nie czyni nic złego, że jest wolnym człowiekiem, któremu wolno iść, gdzie mu się podoba. Zrozumiał, że byłby lepiej postąpił, gdyby był otwarcie mówił z drugimi kolonistami i nie był się wykradł od nich Obawa, że mógłby być widziany i poznany, była dlań tak dręczącą, że o mało co nie wrócił.
Nakoniec Bo siedział w pociągu, wszystkie wagony były przepełnione, lecz nie widział żadnego znajomego. Siedział cicho i myślał o listach, które miał wystosować do pani Gordon i do Hellguma. Wyobrażał sobie, że po modlitwie porannej będą one przeczytane przed całą gminą, i widział dokładnie jaka pogarda malowała się na wszystkich twarzach.
„Popełniam z pewnością dziś strasznie zły czyn“, myślał i był pełen trwogi, że zrobi tem na sobie plamę, której nigdy już zmyć nie potrafi. Wydawało mu się rzeczą coraz nędzniejszą, że się wykradł tak skrycie; nienawidził się sam i nazywał się w duchu nędznikiem.
Nareszcie przybył do Jaffy i wysiadł z wagonu. Idąc przez rozpalony do żaru plac przed dworcem kolejowym, ujrzał gromadę biednych rumuńskich pielgrzymów, a gdy stanął i przyglądał się im, opowiedział mu syryjski dragoman, że pielgrzymi ci zachorowali na parowcu, który przywiózł ich do Jaffy. Mieli zamiar udać się pieszo do Jerozolimy, ale teraz nie byli już w stanie wykonać swego zamiaru. Leżeli tu już przez cały dzień na dworcu; nikt nie troszczy się o nich, nie mają w pieniędzy i zapewne poumierają, gdy jeszcze dłużej będą tu leżyć w tym żarze słonecznym.
Szybkimi krokami oddalał się Bo od dworca. Widział przed sobą tych ludzi z rozgorączkowanemi twarzami; niektórzy leżeli bez przytomności, i nie mogli nawet odganiać much, które łaziły im po oczach, i zrozumiał wyraźnie, że Bóg zesłał mu tych biednych, ażeby im pomógł. Bo sądził, iż żaden z kolonistów nie byłby mógł przejść obok tylu cierpiących, nie usiłując im pomódz. I Bo również byłby się zajął nimi, gdyby nie był złym człowiekiem. Bo nie chciał już służyć bliźnim swym, ponieważ miał pieniądze i chciał wrócić do domu.
Przekroczył bramę miasta, przeszedł przez kilka ulic i stanął na małym placu, tuz nad morskiem wybrzeżem. Stąd mógł widzieć całą przystań i dalekie pełne morze. Dzień był piękny i dobry do wyjazdu z Jaffy. Powierzchnia morza była, zupełnie spokojna i lśniła się błękitem, fale z lekka, tylko igrały dokoła dwóch czarnych skał bazaltowych, które leżały u wjazdu do przystani. W porcie znajdował się wielki europejski parowiec z niemiecką flagą.
Bo miał zamiar wyjechać francuskim okrętem, który miał tego dnia przybyć do Jaffy; nie mógł go jednak nigdzie odkryć, prawdopodobnie spóźnił się.
Europejski parowiec przybył zapewne niedawno, gdyż cały szereg wioślarzy gotował swe łodzie by przewieść pasażerów. Współubegali się między sobą, hałasowali, krzyczeli i odgrażali się wzajemnie wiosłami.
Potem około dziesięć łodzi wyruszyło równocześnie. Silni i okazali wioślarze, ludzie dzicy i nieustraszeni, powstali i wiosłowali stojąc, aby szybciej dotrzeć do brzegu. Z początku byli nieco przezorni, skoro jednak minęli już obie niebezpieczne rafy, zaczęli wiosłować na wyścigi. Bo słyszał na brzegu ich śmiechy i wzajemne nawoływanie.
Wtedy opanowała go straszna ochota odjechać w tej chwili. Mógł przecie wyjechać tak samo tym jak i innym parowcem. Było mu to obojętnem jakim jedzie, byle dostał się do Europy.
Zauważył na wybrzeżu jeszcze jedną małą łódkę. Należała ona do starego wioślarza, który zapewne nie mógł wiosłować z taką szybkością jak drudzy. Bo miał takie uczucie, jakoby człowiek ten spóźnił się umyślnie dla niego.
W pierwszej chwili Bo sądził, iż dobrze się stało, że już teraz rzecz się rozstrzygła, lecz zaledwie łódź oddaliła się cokolwiek od brzegu, opanowała go wielka trwoga. Cóż miał matce swej powiedzieć, gdy wróci do niej, a ona zapyta go, jak użył pieniędzy? Czy miał jej powiedzieć, że daru jej użył na to, aby sprowadzić na siebie pogardę i hańbę?
Bo widział przed sobą twarz matki z wieloma zmarszczkami i ostrym rysem dokoła ust. Był on trochę krótkowidzący i dlatego zbliżał się do ludzi i przypatrywał im się dokładnie. Gdyby matka była przy nim, zapytałaby go:
„Czy przyrzekłeś połączyć się z tymi ludźmi, i pomagać im w dobrej sprawie? — Tak, matko, uczyniłem to“, musiałby jej odrzec. — „Musisz więc wytrwać przy nich“, rzekłaby matka „dość nam jednego krzywoprzysięzcy w rodzinie“.
Bo zacisnął ręce kurczowo, ale zrozumiał, że nie może wrócić do matki, obarczony hańbą. Nie było dlań innej rady, jeno powrót do kolonii.
Powiedział więc wioślarzowi, ażeby nawrócił łódź, lecz człowiek ów nie zrozumiał go i wiosłował dalej w kierunku do parowca. Wtedy Bo wstał i chciał ująć sam wiosła. Wioślarz bronił się i o mało co nie wywrócili łodzi podczas tej sprzeczki. Bo widział, że nie może nic innego uczynić, jak tylko siedzieć spokojnie i dać się zawieść do parowca. Opanowała go jednak trwoga, że przejdzie chwila, w której czuł się dość silnym do powrotu. „Skoro znajdę się na okręcie“ pomyślał, „ochota do wyjazdu owładnie mnie może z nową mocą“.
Lecz nie, to nie powinno być, musi raz na zawszę położyć koniec pokusie! Wetknął rękę do kieszeni, wyciągnął swe złotówki i rzucił je w morze.
Ledwie to uczynił, porwał go gorzki żal. Tak teraz mógł powiedzieć zupełnie słusznie, że odrzucił sam swe szczęście; teraz stracił Gertrudę na zawsze.
Gdy wiosłowali jeszcze kilka minut, spotkali kilka łodzi, płynących z parowca i obsadzonych gęsto pasażerami, którzy chcieli wylądować w Jaffie.
Bo przetarł ręką oczy; zdawało mu się w istocie, że ma jakieś widzenie. Wyglądało zupełnie tak, jak gdyby tu na tem morzu przejrzystem płynęło ku niemu kilka łodzi kościelnych, które tam w ojczyźnie płynęły rzeką w niedzielę.
W długich czółnach siedzieli ludzie wyglądający tak uroczyście i poważnie, jak ludzie w rodzinnej jego wsi, gdy zatrzymywali swe czółna, przy placu w pobliżu kościoła.
Bo nie mógł w pierwszej chwili zrozumieć, tego co widział. Znał wszakże wszystkie te twarze, „Czy to nie Tims Halfvor“? pytał się. „Czy to nie córka Ingmarów, Karina? A to, czy nie Birger Larson, ten który tam w kuźni przy drodze robił gwoździe“?
Bo oddalił się był myślami tak daleko, iż trwało to dobrą chwilę, zanim pojął, że byli to pielgrzymi z Dalarne, którzy przybyli do Jaffy o kilka dni wcześniej, niż ich się spodziewano.
Stał w swej łodzi, wywijał ręką i wołał: „Dzień dobry“! Ci ludzie spokojni w łodziach spojrzeli w górę, spojrzeli po sobie i poruszyli lekko głową na znak, że poznali go. Ale Bo miał uczucie, że źle postąpił, iż przeszkodził im w tej chwili. Nie wypadało im teraz myśleć o czem innem, prócz o tem, że przybyli już do ziemi palestyńskiej.
Lecz Bo nie widział nigdy czegoś piękniejszego, od tych twarzy surowych. Poczuł zarazem radość i smutek. „Widzisz, takich to ludzi mamy w domu“, pomyślał i tęsknota wzrosła w nim tak potężnie, że byłby się chętnie rzucił w morze, aby odzyskać swe złotówki.
Galkiem z tyłu łodzi siedziała dziewczyna, która ściągnęła tak na czoło chustkę na głowie, że Bo nie mógł widzieć jej twarzy. Lecz właśnie w chwili, gdy czółno przepłynęło, dziewczyna odsunęła chustkę i spojrzała na Boa. Bo poznał Gertrudę.
Zadrżał od stóp do głów z silnego wzruszenia. Usiadł i chwycił się ławki, gdyż bał się, aby nie dał się porwać i nie rzucił się pospiesznie w morze, ażeby rychlej dostać się do Gertrudy. Łzy trysnęły mu z oczu, gdy ręce złożył i dziękował Bogu. Nie, nigdy jeszcze nie został ktoś tak wynagrodzony za to, iż zaniechał grzechu. Nikomu jeszcze Bóg nie okazał tyle dobroci!




Pątnik.

Przez cały czas, odkąd Gordoniści mieszkali w Jerozolimie, zjawiał się na ulicach świętego miasta codziennie człowiek, wlokący na plecach ciężki, niezgrabny krzyż drewniany. Nie mówił z nikim i nikt z nim nie mówił. Nikt nie wiedział, czy człowiek ten by obłąkanym, który wyobrażał sobie, iż jest Chrystusem, lub czy też był to pątnik, który spełniał swoją pokutę.
Nieszczęsny pątnik przepędzał noc w jaskini na górze oliwnej. Każdego poranka, gdy wschodziło słońce, wchodził na górę i patrzył ku Jerozolimie, która leżała na niższem wzgórzu tuż pod nim. Badawczym wzrokiem wodził po mieście, od domu do domu, od kopuły do kopuły, śledząc pilnie, jak gdyby oczekiwał, że przez noc zaszła tam ważna zmiana. Gdy przekonał się nakoniec, że wszystko było jak dawniej, wydał głębokie westchnienie; powrócił do swej jaskini, wziął napowrót ciężki krzyż na ramiona swe i włożył na czoło wieniec spleciony z ostrych cierni.
I zaczął znów schodzić z góry ciągnąc ciężar swój powoli i wśród westchnień przez winnice i gaje oliwne aż dotarł do wysokiego muru, otaczającego ogród Getsemane. Tu zatrzymał się przy niskiej furtce, kładł krzyż na ziemię i opierał się o drzwi, jakby czekając na coś. Raz po raz schylał się i przybliżał oko swe do dziurki od klucza,, aby zajrzeć do małego ogrodu. Gdy ujrzał jednego z Franciszkanów, którzy utrzymywali ogród w porządku, pomiędzy starymi drzewami oliwnymi i krzakami mirtowymi, twarz jego przybierała wyraz naprężenia i uśmiechał się w radosnem oczekiwaniu. Lecz wnet potrząsnął głową; zdawało» się, że poznał, że ten, którego szukał nie przyjdzie. I znów dźwignął swój krzyż i szedł dalej.
W późniejszej porze dnia schodził zwykle na. niżej położone terasy górskie, na dół do doliny Jozafata, tam gdzie leży wielki cmentarz żydowski. Wlókł za sobą ciągle długi krzyż; kołatał nim, uderzając o płytkie kamienie grobowe i staczał w bok małe porozrzucane na nich kamienie. Raz po raz zatrzymywał się, słysząc kołatanie kamieni i oglądał się, pewny, iż ktoś na nim kroczy. Ilekroć spostrzegł, iż się omylił, wydawał głębokie westchnienie i szedł dalej.
Westchnienia zamieniały się w głośne jęki, gdy doszedł do dna doliny i widział przed sobą zadanie wyciągnięcia ciężkiego krzyża w górę na zachodni stok, na którego grzbiecie leży Jerozolima. Po tej stronie znajdują się groby mahometańskiej ludności i często widział tu na niskich podobnych do trumny grobowcach siedzącą w białej szacie kobietę pogrążoną w żałobie. Zbliżał się do niej, aż ona obudzona hałasem spowodowanym uderzeniem krzyża o grobowce, zwróciła twarz ku niemu, twarz pokrytą gęstym czarnym welonem i robiącą takie wrażenie, jakgdyby poza welonem nie było twarzy, lecz tylko próżna ciemna dziura. Wtedy odwracał się ze zgrozą i szedł dalej.
Z niewysłowionym trudem wdrapywał się na grzbiet góry, tam gdzie sterczy wysoko mur miejski. Stąd szedł wazką ścieżką poza murem ku górze Sion z południowej strony, i doszedł do małego ormiańskiego kościoła, zwanego domem Kaifasza.
Tu położył znów krzyż na ziemię i zaglądał przez dziurkę od klucza.
Nie poprzestał jednak na tem, lecz ujął dzwonek i zadzwonił. Gdy po chwili usłyszał pantofle wlokące się po kamieniach, uśmiechał się i już. podnosił rękę po cierniową koronę, aby ją zdjąć.
Lecz skoro zakrystyan, otwierający bramę, ujrzał pątnika, zrobił głową znak przeczący. Pokutnik wychylił się i spojrzał przez drzwi nawpół otwarte. Rzucił okiem na mały ogród, gdzie wedle podania Piotr wyparł się Zbawiciela i przekonał się, że jest pusty. Twarz jego przybrała wyraz głębokiego smutku, zamknął niecierpliwie furtkę i poszedł dalej.
Ciężki krzyż kołatał o kamienistą i starem rumowiskiem pokrytą ziemię Sionu. Wlókł go teraz z wielkim pospiechem, jak gdyby niecierpliwe oczekiwanie dodało było wielkiej siły dźwigającemu ciężar.
Przez bramę siońską wszedł do miasta i zdjął dopiero krzyż, gdy doszedł do ponurego, szarego budynku, który czczą jako grób Dawida i o którym krąży wieść, iż w nim znajduje się sala, w której Jezus zaprowadził świętą wieczerzę.
Tu stary zostawiał krzyż, a sam wchodził na podwórze. Gdy mahometański odźwierny, który zwykle rzucał chrześcijanom groźne spojrzenia, ujrzał zbliżającego się pątnika, pokłonił się temu, którego rozum „był u Boga“ i ucałował jego rękę. A ilekroć stary doznał tej oznaki szacunku, spojrzał pełen oczekiwania na odźwiernego, ale po chwili cofnął rękę, obtarł ją o swój długi gruby płaszcz, wyszedł znów za drzwi i na nowo podźwignął krzyż na plecy.
Dobroduszni wodziarze, widząc iż w tej wędrówce zlany był potem, ofiarowali mu wodę w małem cynowem naczyniu a handlarze jarzyn rzucali mu garść fasoli i pistacyi. Gdy mu podawano te dary, przyjmował je zrazu z promienną uprzejmością, lecz wnet odwracał się, jak gdyby oczekiwał był czegoś innego i lepszego.
Skoro dotarł do drogi pasyjnej, w twarzy jego wyrażała się większa nadzieja, niż podczas pierwszej części wędrówki. Nie jęczał już tyle pod ciężarem krzyża, wyprostował się i oglądał się jak więzień, który jest już pewnym uwolnienia.
Rozpoczął drogę od pierwszej z czternastu stacyi krzyżowej drogi Chrystusa, które przez całą długość oznaczone są małemi kamiennemi tabliczkami. Lecz nie spojrzał, aż nie doszedł do klasztoru Sióstr Siońskich w pobliżu wzgórza Ecce Homo, gdzie niegdyś Piłat pokazał Chrystusa tłumowi. Tu rzucił krzyż na ulicę, jak ciężar, którego już nigdy nie będzie zmuszony dźwigać i uderzył w bramę klasztoru trzema silnemi uderzeniami. Zanim jeszcze zdołał ktoś otworzyć, zdarł z głowy cierniową koronę, a czasem był tak pewnym swej sprawy, że rzucił ją pod nogi psom, które w pobliżu klasztoru miały swoje legowisko.
W klasztorze znano już jego pukanie. Jedna z Sióstr odchyliła drzwi i podała mu przez szparę mały okrągły chleb.
Wtedy wpadał w straszną złość. Nie przyjął chleba, lecz spuścił go na ziemię i wydawał dzikie okrzyki rozpaczy. Długo stał przed bramą klasztoru. W końcu jednak twarz jego przyjmowała napowrót wyraz cierpliwego cierpienia. Schylił się po chleb i zjadł go z chciwością. Potem starał się uporządkować cierniową koronę i dźwignął znów krzyż na plecy.
Za kilka chwil znów stał z promiennym wyrazem oczekiwania przed małą kaplicą, zwaną domem świętej Weroniki; ale przygnębiony rozczarowaniem, rozpoczął dalszą wędrówkę. Szedł wzdłuż całej ulicy od stacyi do stacyi, oczekiwał swego wyzwolenia z równą pewnością przed kaplicą, stojącą przed Bramą Sprawiedliwości, przez którą Chrystus opuścił miasto, jak i na miejscu, gdzie Zbawiciel przemawiał do kobiet jerozolimskich.
Gdy przeszedł całą Drogę Krzyżową zaczął przerzynać całe miasto w niespokojnem poszukiwaniu. Na ciasnej, gęsto zaludnionej ulicy Dawida, stanowił taką przeszkodę dla komunikacyi, jak wielbłąd obciążony wiązkami chrustu; lecz nikt nie przeklinał go, ani nie dokuczał mu.
Podczas tych wędrówek zdarzało się czasami, że dostał się na ciasne podwórze świętego Grobu. Tu jednak nieszczęsny pątnik nie składał swego ciężaru, ani nie zdzierał z głowy korony. Skoro haczył szarą, ponurą fasadę, odwrócił się i uciekał. Nie widziano go tu przy żadnej świetnej procesyi, nie było go nawet przy wielkim Cudzie Wielkanocnym. Stary pokutnik miał widocznie przekonanie, że jedynie na tem miejscu, nie znajdzie z pewnością tego, co szukał.
Zresztą jednak uważał dobrze, aby spotkać się z karawanami, które towary swe składały przed bramą Jaffa.
Siedział więc przed gospodą i oglądał badawczym wzrokiem wszystkich obcych przybyszy, a gdy otwartą została kolej między Jaffą a Jerozolimą, podejmował prawie codziennie wędrówkę na dworzec. Odwiedzał patryarchów i biskupów w ich mieszkaniach i co piątku był na placu przed muzeum, gdzie żydzi twarze przyciskali do zimnych kamieni i opłakiwali pałac zburzony i mury zwalone, i minioną potęgę i proroków co leżeli w grobie, i kapłanów, co zeszli na bezdroża, i królów, co wzgardzili Wszechmogącym.
Pewnego pięknego i bardzo gorącego sierpniowego dnia pątnik wyszedł przed bramę Damaszku i wałęsał się po nagiej samotnej okolicy, otaczającej kolonię Gordońską. Gdy tak wlókł się wzdłuż drogi, ujrzał długi szereg wozów, które z kolei podążały do kolonii. W wozach siedzieli ludzie z surowemi, poważnemi twarzami. Niektórzy z nich byli bardzo brzydkimi, mieli blond włosy z rudawym odcieniem, ciężkie powieki i wystające dolne wargi.
Gdy ludzie ci przejeżdżali przed pątnikiem, uczynił on to samo, co zawsze czynił, gdy nowi pielgrzymi przybywali do Jerozolimy. Powlókł swój krzyż na brzeg drogi, twarz jego rozjaśniała się, a ręce wzniósł ku niebu.
Gdy przejeżdżający ludzie ujrzeli go, stojącego z krzyżem, wzdrygnęli się, lecz nie z przerażenia. Wyglądało raczej, jak gdyby byli oczekiwali, że to właśnie będzie pierwszą rzeczą, którą obaczą w Jerozolimie.
Niektórzy z nich podnieśli się pełni współczucia. Wyciągnęli ramiona i widziano po nich, że byliby chętnie zsiedli z wozu, aby pomódz staremu dźwigającemu ciężar.
Lecz kilku kolonistów, osiadłych już w Jerozolimie, rzekło do nowoprzybyłych:
„To tylko biedny obłąkany, który codziennie tędy się włóczy. Zdaje mu się, że niesie krzyż Chrystusowy i że musi dźwigać go tak długo, aż znajdzie się taki, który będzie musiał dźwigać go zamiast niego“.
Nowi przybysze obejrzeli się i patrzyli za biednym pielgrzymem. Jak długo mogli go widzieć stał z podniesionemi ramionami w pozycyi nieopisanego zachwytu.
Było to jednak po raz ostatni, że widziano w Jerozolimie starego pątnika. Następnego dnia trędowaci wylęgujący się przed bramami miasta daremnie czekali jego zjawienia się. Nie przeszkadzał już żałobnikom na cmentarzach, nie narzucał się dozorcy w domu Kaifasza, pobożne kobiety Jerozolimskie nie miały sposobności darzyć go chlebem, po który codziennie przychodził był. Turecki strażnik w kościele świętego Grobu mimowoll czekał, aby nadszedł a potem uciekł, a dobroduszni wodziarze dziwili się, że nie ujrzeli go na ludnej, ulicy.
I nigdy już nie ujrzano tego nieszczęsnego w mieście świętem i nie dowiedziano się także, czy leżał martwy w swej jaskini na górze oliwnej, czy też wrócił do dalekiej swej ojczyzny.
To tylko wiedziano na pewno, że nie wlókł już za sobą, swego ciężaru. Rano bowiem, po przybyciu chłopów z Dalarne, Gordoniści znaleźli ów ciężki krzyż, leżący na terasie u wejścia do ich domu.




Mury z czystego złota i bramy z kryształu.

Między chłopami, którzy przyjechali do Jerozolimy, był kowal nazwiskiem Birger Larson. Był on z początku bardzo szczęśliwym z powodu wyjazdu; nikt tak łatwo jak on nie rozłączył się z ojczyzną, nikt więcej od niego nie cieszył się, iż ujrzy wspaniałości Jerozolimy.
Lecz Birger zachorował prawie w tej samej chwili, kiedy wylądował w Jaffie. Podróżni musieli przez kilka godzin czekać na dworcu rozżarzonym od żaru słonecznego, i było mu coraz gorzej. Gdy potem dostał się do gorącego wagonu, głowa bolała go tak, iż zdawało mu się omal, że pęknie. A gdy podróżni nakoniec dotarli do Jerozolimy, czuł się tak źle, że Tims Halfvor i Liung Björn musieli go podtrzymywać i prawie wynieśli go na dworzec.
Bo uwiadomił kolonistów telegramem wysłany z Jaffy o przybyciu chłopów z Dalarne. Kilku Szwedów z Ameryki czekało na peronie gdy nadszedł pociąg, aby powitać swych przyjaciół i krewnych. Lecz Birger miał już tak silną gorączkę, że nie poznał swych rodaków, chociaż niektórzy z nich byli niegdyś bliskimi jego sąsiadami. Tyle jednak zrozumiał, że jest już w Jerozolimie, i miał jedno życzenie, wytrzymać jeszcze tak długo, aż zobaczy święte miasto.
Jadąc z kolei dość oddalonej od miasta, nie mógł Birger niczego widzieć, a czekając aż pochód ruszy, leżał cicho z zamkniętymi oczami. Nakoniec wszyscy umieścili się w wozach, które na nich czekały. Jechali ku dolinie Hinsom i tu ze szczytu jednego wzgórza, ukazała im się Jerozolima.
Birger podniósł ciężkie powieki i ujrzał miasto, otoczone potężnym murem z basztami i wieżycami. Z poza muru sterczały wysokie, sklepione budynki i kilka palm kołysało się w wietrze.
Lecz był to już wieczór, słońce stało nisko ponad szczytem zachodnich pagórków. Było czerwone i wielkie, rzucało ogniste światło na całe niebo, a ziemia dokoła lśniła się również czerwono-złocistym żarem. Lecz Birger sądził, iż to światło pochodziło nie od słońca, lecz od miasta, które lśniło się szczerem złotem i z wieżyc krytych kryształowemi płytami.
Birger Larson uśmiechał się, widząc dwa słońca, jedno na niebie, a drugie na ziemi, a tem drugiem była Jerozolima, miasto boże.
Przez chwilę Birger czuł się, jakby uleczonym tą radością pełną zdrowia. Lecz wkrótce gorączka wzmogła się na nowo i podczas całej jazdy do kolonii, położonej po drugiej stronie miasta, leżał bez przytomności.
O przyjęciu w kolonii Birger również nie miał pojęcia. Nie mógł się cieszyć ani wielkim domem, ani białymi marmurowymi stopniami, ani wspaniałą galerią, okalającą dom. Nie mógł widzieć pięknej i rozumnej twarzy pani Gordon, gdy, stojąc na terasie witała przybyszów, ani Miss Hoggs z sowimi oczami, ani nowych braci i sióstr. Nie wiedział nawet, że przyniesiono go do wielkiego i jasnego pokoju, który miał odtąd być domem dla niego i dla jego rodziny, i gdzie pospiesznie sporządzono dlań łóżko.
Następnego dnia był jeszcze tak samo chorym, jednak odzyskał na kilka godzin przytomność. I wtedy dlań było wielkiem zmartwieniem, że musi teraz umrzeć, zamim wszedł do wnętrza Jerozolimy i ujrzał z bliska jej wspaniałości.
„Ach — biadał — odbyłem tak daleką podróż a teraz umieram, nie ujrzawszy pałacu Jerozolimskiego i złotych ulic, któremi kroczą Święci w białych jedwabnych szatach, niosąc w ręku palmy“.
Przez dwa dni skarżył się tak bezustannie. Gorączka wzmagała się, ale nawet w gorączkowych fantazyach dręczyła go obawa, że nie ujrzy nigdy złocistych murów i lśniących wieżyc, które strzegą Miasta Bożego.
Rozpacz i trwoga jego były tak wielkie, że Ljung Björn i Tins Halfvor ulitowali się nad nim i postanowili pomódz mu. Sądzili, że lepiej mu będzie, gdy pragnienie jego będzie spełnione. Sporządzili więc nosze i pewnego wieczora, gdy powietrze cokolwiek ochłodło, ponieśli go do Jerozolimy.
Obrali prostą drogę ku miastu, a Birger był zupełnie przytomny i spoglądał bez przerwy na kamienistą ziemię i łyse pagórki. Gdy doszli tak daleko, iż mogli już widzieć bramę Damaszku i mury miasta, zdjęli nosze, ażeby chory mógł nasycić się upragnionym widokiem.
Birger nie powiedział ani słowa; Ocienił sobie ręką oczy i natężał się by módz dobrze widzieć.
Lecz nie widział przed sobą niczego, prócz szaro-brunatnego muru z kamienia i wapna, podobnego do innych murów.
Wielka brama z niskiem wejściem i wyzębioną fasadą wydała mu się ponurą.
Leżąc tak bezsilnie i nieruchomo, wyobrażał sobie, że oni nie przywiedli go do prawdziwej Jerozolimy. Przed kilku dniami, onego wieczora, gdy przybyli, widział inną Jerozolimę, tak promienną, jak słońce.
„Że też moi starzy przyjaciele i rodacy, mogli tak ze mną postąpić“, pomyślał chory. „Ach dla czegóż nieobcą mi pomódz, bym ujrzał prawdziwą Jerozolimę!“
Chłopi znieśli go ze stromej pochyłości, wiodącej ku bramie. Birgerowi zdawało się że niosą go do piekła.
Gdy minęli sklepienie, Birger podniósł się cokolwiek. Chciał zobaczyć czy wnieśli go teraz do złotego miasta.
Ale dziwił się coraz bardziej, widząc ze wszystkich stron tylko brzydkie szare mury domostw, i jeszcze bardziej był zmieszany, gdy ujrzał powykrzywianych żebraków siedzących przed domami i całe mnóstwo chudych i brudnych psów, które po cztery lub pięć leżały i spały na wielkich śmieciskach.
Nigdy jeszcze nie czuł tak dziwnego, wstrętnego zapachu, i tak dusznego upału, jaki weń tu uderzył i pytał się w duchu, czy mógłby wiatr być dość silnym, aby poruszyć tę ciężką atmosferę.
Gdy Birger rzucił okiem na kamienie brukowe, ujrzał, że są one pokryte zaschniętą warstwą brudu. Dziwił się nie mało tem śmieciem, liśćmi kapusty i odpadkami owoców, zalegającymi ulicę.
„Nie pojmuję, w jakim celu Halfvor pokazuje mi to nędzne i wstrętne miejsce“, mruknął Birger z cicha.
Chłopi szybko nieśli go przez miasto; byli tu już kilkakrotnie sami, mogli więc objaśnić chorego, jak się nazywają miejsca, które mijali.
„Oto dom bogatego człowieka“, rzekł Halfvor wskazując na budynek, który wyglądał, jak gdyby mógł się każdej chwili zawalić.
Skręcili do ulicy tak ponurej, jakby nie był nigdy wnikł do niej promień słońca. Birger patrzył na łuki ciągnące się na poprzek ulicy od domu do domu. „To istotnie potrzebne“, myślał, gdyż baraki te zawaliłyby się, gdyby nie były dobrze podparte“.
„Oto Droga krzyżowa“ rzekł Halfvor do Birgera. „Jezus rzekł tędy niosąc swój krzyż.“
Birger leżał cichy i blady. Krew jego nie szumiała już tak w żyłach jak podczas ubiegłego dnia; zdawało się że stanęła w obiegu i Birger był zimny jak lód.
Dokąd przybył, wszędzie widział tylko szare, uszkodzone mury, lub tu i ówdzie niską bramę. Zrzadka było okno, i to zawsze zbite, a w puste ramy wetknięte były szmaty.
Halfov znów zatrzymał nosze. „Tu stał pałac Piłata“, rzekł, „i tu też wyprowadzono Jezusa i powiedziano o nim! „Patrzcie, jaki człowiek!“
Birger Larson skinął na Halfovora, aby się zbliżył i ujął go uroczyście za rękę.
„Musisz mi jedną rzecz powiedzieć, bo jesteś moim krewnym“, rzekł. „Czy sądzisz, że to jest prawdziwa Jerozolima?“
„Z pewnością“ odrzekl Halfvor, „to jest prawdziwa Jerozolima“.
„Widzisz, chory jestem, i może umrę jutro, zrozumiesz więc, że nie wolno ci mnie okłamywać“, rzekł Birger.
„Nikt niema zamiaru okłamywać cię, rzekł Halfvor.
Birger spodziewał się na pewno, że potrafi skłonić Halfvora, aby mu prawdę powiedział. Łzy stanęły mu w oczach, gdy myślał o tem, że Halfvor i inni mogli tak źle wobec niego postąpić.
Nagle przyszła mu dobra myśl.
„Robią to dlatego, ażebym później ucieszył się tem bardziej, gdy mnie wniosą przez wysoką bramę do miasta sławy i wspaniałości“, pomyślał. „Nie będę się już sprzeciwiał, gdyż wiem, że mają dobre zamiary. My Helgnusczycy przysięgliśmy wszakże, że będziemy postępować w obec siebie jak bracia“.
Chłopi nieśli dalej Birgera przez ponure ulice. Niektóre poprzewieszane były olbrzymiemi płótnami, w których były liczne zadarcia i dziury. W miejscach, gdzie wisiały te płótna ledwie można było wytrzymać od ciemności i smrodu i duszącego gorąca.
Nosze zatrzymano teraz na podwórzu wielkiego, szarego budynku. Plac ten zapełniony był żebrakami i kalekami sprzedającymi różańce, laski dla pielgrzymów, święte obrazy i tem podobne rzeczy.
„Oto widzisz kościół zbudowany nad Grobem świętym i na Golgocie“, rzekł Halfvor.
Zamglonym wzrokiem Birger Larson spojrzał na budynek. Były tam wprawdzie wielkie drzwi i szerokie okna i budynek był dość wysoki, lecz Birger nie widział nigdy jeszcze kościoła tak wciśniętego między innymi domami. Nie widział ani wieży, ani chóru, ani przedsionka. Nie, tego nikt mu wmówić nie zdoła, że to ma być dom Boży. I to mu się również niemożliwem zdawało, iżby tu tylu handlarzy i kupców w przedsionku być mogło, gdyby to był istotnie Grób Chrystusa. Wiedział dobrze kto wygnał z świątyni wekslarzy i poprzewracał klatki handlarzom gołębi.
„Widzę, widzę“, rzekł Birger, skinąwszy głową Halfvorowi. Ale w cichości myślał! „Ciekaw jestem, „jakie mi teraz bajki opowiedzą“.
„Nie wiem, czy możesz dziś jeszcze więcej rzeczy zwiedzić“, rzekł Halfvor.
„O mogę, mogę“, odrzekł chory „jeżeli wy tylko możecie“.
Ludzie wzięli więc znowu nosze na barki i poszli dalej; przybyli teraz do południowej części miasta.
Ulice wyglądały zupełnie tak samo jak, inne tylko że było w nich pełno ludzi. Halfvor zatrzymał nosze na ulicy poprzecznej i zwrócił uwagę Birgera na beduinów o ciemnej cerze, z gwerem na plecach i sztyletem za pasem. Pokazał mu współnagich wodziarzy, którzy nieśli wodę w workach ze skóry wieprzowej i rosyjskich księży, którzy mieli włosy po kobiecemu spięte w węzeł na karku, oraz machomedańskie kobiety, wyglądające jakby upiory w długich białych szatach i z czarną zasłoną na twarzy:
Birger był najmocniej przekonany, że przyjaciele jego robią sobie z nim szczególny żart. Ludzie, ci wszakże niepodobni byli zgoła do spokojnych wędrowców, kroczących z palmami w ręku po ulicach prawdziwej Jerozolimy.
Gdy Birger dostał się w wir uliczny, popadł na nowo w gorączkę. Halfvor i inni ludzie dźwigający nosze, widzieli iż był coraz bardziej chorym. Ręce jego niespokojnie błądziły po kapie, którą był przykryty i kroplisty pot występował mu na czoło.
Lecz skoro tylko wspomniano o powrocie rzucał się i mówił, że przyprawią go o śmierć, jeżeli nie poniosą go tam, gdzie będzie mógł obaczyć miasto Boże.
Popędzał ich tak, aż doszli do góry Sion, a gdy ujrzał bramę siońską zawołał, iż chce, by go tam wniesiono. Podniósł się pełen nadziei, że za tymi murami ujrzy piękne miasto Boże, za którem tak tęsknił.
Ale z drugiej strony muru widział tylko nieurodzajne, spalone upałem ugory, pokryte kamieniami, gruzami i śmieciem.
Tuz przy bramie klęczało kilku biednych ludzi. Przy czołgali się bliżej, aby żebrać i wyciągnęli do chorego ręce, których palce były przegniłe. Wołali nań głosem podobnym do warczenia psów, a twarze ich były nawpół przeżarte, jeden z nich nie miał nosa, a drugiemu brak było policzków.
Birger krzyknął głośno z przerażenia. W bezsilności swej zaczął płakać i skarżyć się, pełen trwogi, iż ponieśli go do piekła.
„Ależ to są tylko trędowaci“, rzekł Halfvor; „wierz przecież iż są tu tacy ludzie?“
Chłopi tymczasem pośpiesznie ponieśli go dalej na wzgórze, aby uwolnić go od widoku tych nieszczęśliwych.
Potem Halfvor zdjął nosze, przystąpił do chorego i podniósł głowę jego z poduszki. „Spróbuj teraz spojrzeć przed siebie, stąd ujrzeć możesz nawet morze Martwe i górę Moab“.
Raz jeszcze Birger podniósł znużone powieki. Spojrzał po pustej, dzikiej okolicy górskiej, na wschód od Jerozolimy. Hen daleko lśniło się zwierciadło wód, a pozaniem wysoka góra występowała w błyszczącem, jasnem złotem zalanem błękicie.
Było to tak piękne, jasne, przejrzyste i świetlane, że trudno było uwierzyć, iż to co oko przed sobą widziało, było jeszcze ziemią.
Niesiony zachwytem Birger wstał z noszy, aby pospieszyć ku dalekiemu zjawisku. Lecz po kilku chwiejnych krokach, upadł zemdlony.
Chłopi sądzili zrazu iż Birger umarł; lecz życie powróciło jeszcze i trwało przez całych dwa dni. Aż do chwili śmierci fantazjował o prawdziwej Jerozolimie. Skarżył się, że ucieka przed nimi, gdy chcę się zbliżyć do niej, tak iż ani on, ani nikt inny nie dostanie się do niej.




Jerozolima święte miasto Boże.



Rzecz ma się istotnie tak, że nie wszyscy ludzie są dość silni aby mogli długo wytrzymać w Jerozolimie; nawet ci, którym klimat nie szkodzi, ani nie nabywają zraźliwych chorób, ulegają jednak często. Chorują na śledziona, albo wpadają w obłąkanie, słowem ponoszą śmierć w świętem mieście. Niema człowieka, któryby przepędziwszy kilka tygodni w Jerozolimie, nie był słyszał, że mówiono o kimś, co nagle umarł: „Jerozolima go zabiła“.
Kto po raz pierwszy słyszy coś takiego, dziwi się naturalnie nie mało. „Czyż to możliwe?“ pyta. „Jakim sposobem miasto może zabić człowieka? Ludzie ci myślą zapewne co innego.“
Przebywając potem jeszcze w Jerozolimie i zwiedzając to i owo, trudno niepomyśleć sobie: Ciekaw jestem, co też ci ludzie rozumieją przez to, jeżeli mówią, że Jerozolima zabija? Chciałbym wiedzieć, gdzie jest owa Jerozolima, co ludzi zabija?
I może ktoś poczuje naprzykład ochotę przedsięwzięcia wędrówki po całej Jerozolimie. Przejdzie więc najpierw przez bramę Jaffy, zwróci się na zachód, minie potężną czworoboczną wieżę Dawida i dostanie się na wąską ścieżkę ciągnącą się wzdłuż murów miasta ku bramie Słońskiej.
Tuż obok muru znajduje się turecka kasarnia, skąd rozchodzi się dźwięk wojennej muzyki i chrzęst broni. Potem przechodzi się obok wielkiego ormiańskiego kościoła, który jest prawdziwą twierdzą z silnymi murami i zaopatrzonemi bramami. Cokolwiek dalej wznosi się potężny szary budynek, zwany grobem Dawida, a widok jego przypomina, że kroczymy po wzgórzu Świętym, wzgórzu Królów.
I przychodzi nam na myśl, że cała ta góra pod nami jest sklepieniem, pod którym siedzi król Dawid, na ognistym tronie, złotym płaszczem odziany i dzierży dziś jeszcze w swem ręku berło nad Jerozolimą i Palestyną. Myślimy o tem, że te gruzy zalegające ziemię, to ruiny upadłych zamków królewskich; że to wzgórze wprost nas, to góra Zgorszenia, gdzie zgrzeszył Salomon, że ta dolina, w którą spoglądamy, to głęboka dolina Himrom, która niegdyś po brzegi zapełnioną była trupami ludzi, zabitych wówczas, gdy Jerozolimę zniszczyli Rzymianie.
Dziwne ogarnia nas tu uczucie. Słyszymy niejako gwar wojenny, nadciągające do napadu wojska i szturmujących na wielkich wozach królów«
„Oto Jerozolima przemocy, gwałtu i wojny“, myślimy, i przeraza nas myśl wszystkich krwawych czynów i całej zgrozy roztaczającej się przed duszą naszą.
I może na staje chwila, iż pytamy się, czy może to jest owa Jerozolima, co ludzi zabija. Ale natychmiast ściągamy ramionami i myślimy. „Nie, to niemożliwe; zbyt dawno już, że dźwięczały tu oręże i płynęła krew strumieniami.
Lecz idźmy dalej.
Skoro skręcimy o róg muru i dojdziemy do wschodniej części miasta przedstawia się widok zupełnie odmienny. Jesteśmy wtedy po świętej stronie miasta. Tu przychodzą nam na myśl starzy arcykapłani i słudzy kościelni. Obok muru jest „Plac Skarg“, gdzie rabini w długich czerwonych lub niebieskich aksamitnych kaftanach opłakują wyroki Sądu Bożego. Tu wznosi się góra Moria wraz z wspaniałym placem przed świątynią. Przed murem okolica obniża się ku dolinie Josafata z wszystkiemi jej grobami, a z drugiej strony doliny widać Getsemans i górę Oliwną, gdzie Jezus wzniósł się ku niebu. Widać tu także słup w murze, gdzie stanąć ma w dzień Sądu ostatecznego Chrystus, trzymając jeden koniec cienkiej, jak włos nitki, gdy Mohamed na górze Oliwnej trzymać będzie drugi jej koniec. A potem umarli po tej nitce przechodzić będą przez dolinę Josafata, i sprawiedliwi dojdą na drugą stronę doliny, niesprawiedliwi zaś wpadną w ogień Gehenny.
Idąc tedy myślimy: „Oto Jerozolima śmierci i Sądu, tu otwiera się niebo i piekło. Ale i to nie jest Jerozolima, co zabija. Trąby sądu ostatecznego zbyt są dalekie i zgasły już ognie Gehenny“.
Okrążamy mury miasta i dochodzimy nakoniec na północną stronę miasta. Przechodzimy teraz wyschłą, pustą jednostajną okolicą. Tu widzimy łysy szczyt skalny, który ma być prawdziwą Golgotą, tam znów leży jaskinia, gdzie Jeremiasz tworzył swoje pieśni żałobne. Tu obok muru znajduje się staw Bethesda, tam ciągnie się via Dolorosa popod ponurymi łukami. Oto jest Jerozolima rozpaczy, cierpień, udręczeń i przebaczenia.
Zatrzymujemy się na chwilę i patrzymy w zamyśleniu na tę ponurą surowość. „Lecz i to również nie jest Jerozolima, co zabija ludzi“, myślimy i idziemy dalej.
Ale skoro zwrócimy się na północny zachód i na zachód, jakaż zmiana! Tu w nowej części miasta, powstałej na zewnątrz muru, wznoszą się piękne pałace misyonarskie i wielkie hotele. Tu leży obszerna grupa budynków rosyjskich: Kościół, szpital i olbrzymia gospoda, w której zmieścić się może odrazu dwadzieścia tysięcy pielgrzymów. Tu konsulowie i księża budują sobie piękne wille, tu pielgrzymi uwijają się pomiędzy sklepami, napełnionymi świętościami. Tu widzimy plantacye i jasne szerokie ulice, tu jadą powozy, tu znajdują się sklepy, banki i biura informacyjne.
Z drugiej strony rozlegają się okazałe kolonie rolnicze żydowskie i niemieckie, oraz wielkie klasztory i różnorodne dobroczynne zakłady. Tędy kroczą mnisi i mniszki, dozorczyni chorych i diakoni, popy i misyonarze. Tu mieszkają mężowie nauki, którzy badają przeszłość Jerozolimy, i stare damy angielskie, którym zdaje się, że nie mogłyby żyć gdziekolwiek indziej.
Tu są wspaniałe szkoły misyonarskie, w których uczniowie otrzymują bezpłatną naukę, mieszkanie, wikt i odzież, ażeby mieli sposobność poznania swych dusz. Tu stoją misyonarskie szpitale, gdzie chorych błaga się formalnie, aby przybyli i dali się leczyć, aby ich można nawrócić. Tu odbywają się religijne zebrania i msze, gdzie staczają się walki o dusze ludzkie.
Tu katolicy o protestantach, metodyści o kwakierach, luterani o reformowanych, prawosławni o Ormianach rozszerzają potwarze. Tędy zazdrość kroczy, a fanatyk podejrzewa fanatyka, tu nie znają miłosierdzia, lecz ku większej sławie Bożej nienawidzą wszystkich ludzi.
I tu nareszcie znaleźliśmy to, czegośmy szukali. Oto Jerozolima, pogoni na dusze, oto Jerozolima złych, języków, oto Jerozolima kłamstwa, potwarzy i obmowy. Tu trwa bezustanne prześladowanie, tu popełniają się mordy bez broni. To jest Jerozolima co zabija ludzi.


∗             ∗

Od chwili, kiedy chłopi szwedzcy przybyli do miasta świętego, wszyscy członkowie gordonistycznej kolonii zauważyli wielką zmianę w całym sposobie zachowania się innych ludzi wobec nich.
Z początku były to tylko drobnostki Naprzykład że angielski ksiądz metodystyczny nie kłaniał im się, lub że nabożne siostry Siońskie które mieszkały w klasztorze obok łuku Eue Homo, przechodziły na drugą stronę ulicy, skoro ich spotykały, jak gdyby się bały zarazić się, gdyby się do nich zbliżyły.
Żadnemu z kolonistów nie wpadło na myśl gryść się tem, ani też nie troszczyli się o to, że kilku przejezdnych amerykanów, którzy zwiedzili kolonię i spędzili cały wieczór na uprzejmej rozmowie z swymi rodakami, nie przyszli już następnego, mimo przyrzeczenia, a nawet udawali, że nie poznali panią Grorgon i Miss Yong, gdy je spotkali na ulicy.
Poważniejszą już było rzeczą że gdy młode kobiety z kolonii przyszły do wielkich nowych sklepów poza bramą Jaffa, kupcy greccy ośmielili się woląc za niemi słowami, których, one wprawdzie nie rozumiały, które jednak wyrzeczone były takim tonem i z taką miną, że musiały się rumienić.
Koloniści wmawiali sobie przez pewien czas że było to tylko przypadkowe. „Zapewne w chrześciańskiej części miasta rzucono na nas jaką potwarz“, mówili, „ale to wnet przeminie“.
Starsi Gordoniści przypomnieli sobie, że już kilkakrotnie krążyły o nich złośliwe pogłoski. Mówiono o nich, że dzieci swych nie uczą niczego, i że żyją na koszta pewnej bogatej, starej wdowy, którą w zupełności obrabowali, że chorym swym pozwalają umierać bez pielęgnacyi, gdyż nie chcąc przeszkadzać Bogu, i że wiodą życie rozpustne i leniwe, chociaż na zewnątrz udawają, że pracują nad wprowadzeniem prawdziwego chrześcijaństwa.
„Może niektóre z tych pogłosek pojawiły się na nowo“, mówili Koloniści. „Ale potwarz zginie wnet, jak i wówczas, nie ma w niej bowiem ani ziarnka prawdy, którem mogłaby się żywić“.
Zdarzyło się jednak, że kobieta z Betlejem, która codziennie przynosiła mi owoce i jarzyny, nagle przestała przychodzić. Odnaleźli ją i starali się ją nakłonić, aby przyszła, ona jednak wzbraniała się z całą stanowczością sprzedawać nadal Gordonistom swoje fasole i marchew.
Było to już wyraźnym znakiem. Koloniści zrozumieli teraz, że musiano puścić w obieg o nich coś bardzo haniebnego i coś takiego co się ich wszystkich tyczyło i było rozpowszechnione we wszystkich warstwach ludności.
Niebawem potwierdziło się to przypuszczenie. Kilka Sióstr Gordonistek stało pewnego dnia w kościele Świętego grobu, gdy przechodziła grupa rosyjskich pielgrzymów. Dobroduszni ci ludzie uśmiechali się do nich, pozdrawiali je i mówili, że są chłopami, podobnie jak oni. Lecz w tej chwili przeszedł ksiądz prawosławny i szepnął pielgrzymom kilka słów. Ci natychmiast przeżegnali się i zagrozili Szwedom pięściami. Wyglądało tak, jak gdyby mieli ochotę wygnać ich z kościoła.
W pobliżu Jerozolimy jest kolonia niemieckich chłopów, sekciarzy. Chłopi ci przed wielu laty wywędrowali do Jerozolimy. Tak w ojczyźnie swej, jak i w Jerozolimie doznali oni wiele prześladowań, i starano się nawet wytępić ich zupełnie. Mimo to powiodło im się dobrze, tak iż obecnie mają wspaniałe i wielkie kolonie w Jafie i Kaifie oprócz tej, którą założyli w samej Jerozolimie. Jeden z tych chłopów niemieckich przyszedł pewnego dnia do pani Gordon i powiedział jej otwarcie, że słyszał złe rzeczy o jej ludziach.
„To ci misyonarze obmawiają was“, rzekł, wskazując na zachodnią część miasta. „Naprawdę Gdybym nie był doświadczył na sobie, że można być niewinnie prześladowanym, nie byłbym wam nadal sprzedawał mięsa, ani mąki. Ale dla nich było to solą w oku, że w ostatnich czasach przybyło wam tylu zwolenników, to rzecz jasna.
Pani Gordon zapytała go, co im zarzucają.
„Mówią że prowadzicie tu w koloni rozpustne życie. Nie pozwalacie ludziom żenić się, jak Pan Bóg rozkazał, i dlatego rozszerzyło się wieść, że nie wszystko jest tu w porządku.“
Koloniści z początku nie chcieli wierzyć. Ale wnet zmiarkowali, że powiedział prawdę i że wszyscy ludzie w Jerozolimie sądzili, iż wiodą rozpustne życie. Z chrześcjan jerozolimskich nikt nie chciał więcej mówić z nimi. Przejezdni misjonarzy jeszcze czasami odważyli się wejść do kolonii. Lecz gdy stamtąd wracali potrząsali głową znacząco. Nie zauważyli wprawdzie nic zdrożnego, lecz mniemali, że mogą, się tam dziać rozmaite złe rzeczy, chociaż się to na zewnątrz nie objawia.
Amerykanie zaś — począwszy od konsula, aż do ostatniej dozorczyni chorych, najgłośniej wygadywali na Gordonistów. „Hańba to dla nas wszystkich Amerykanów“, mówili, „że ludzi tych nic wypędza się z Jerozolimy.“
Koloniści, jako mądrzy ludzie zrozumieli, że nie da się nic na to poradzić, i trzeba ludziom pozwolić mówić aż przeciwnicy ich z czasem sami poznają, że krzywdę im wyrządzili.
„Nie możemy przecie chodzić od domu do domu i mówić, że jesteśmy niewinni“ mówili, i pocieszali się tem, że żyją między sobą tak zgodnie i szczęśliwie. „Biedni chorzy jerozolimscy nie boją się nas jeszcze, mówili: „Poczekajmy aż ta burza przejdzie, jest to próba, którą Bóg nam zesłał.“
Z początku Szwedzi znosili tę srogą potwarz z największym spokojem. „Jeżeli ci ludzie są tak zdziczali“, mówili, „ze mogą sądzić iż my, biedni chłopi przybyliśmy tu do świętego miasta, gdzie zmarł nasz Zbawiciel, po to, ażeby prowadzić życie rozwiązłe, to sąd ich nie wiele wart, i wszystko jedno, co mówią o nas“.
Gdy ludzie nie przestawali okazywać im pogardę, cieszyli się myślą, że Bóg uznał ich za godnych, by cierpieli prześladowanie i hańbę w tem samem mieście, gdzie ukrzyżowano i wyszydzono Chrystusa.
W październiku jednak, nadszedł pewnego dnia list do córki burmistrza Gunhildy. Był to list od ojca, w którym donosił jej, że matka umarła. List nie był wcale surowy, jak Gunhilda może oczekiwała. Ojciec nie czynił jej wyrzutów, donosił jej tylko o chorobie i pogrzebie. Można było poznać, że stary burmistrz myślał sobie: Muszę ją, oszczędzać, i tak będzie dość nieszczęśliwą.“
Napisał cały list w uprzejmym tonie aż do ostatniego wiersza i do podpisu swego nazwiska. Ale tu nagle owładnął nim powstrzymany gniew, szybko i głęboko zanurzył pióro w kałamarzu i napisał dużemi i nieforemnemi literami na brzeg papieru:
„Matka twoja byłaby może pokonała zmartwienie z powodu twego wyjazdu, umarła jednak, gdy przeczytała w gazecie misyonarskiej, że wy tam w Jerozolimie prowadzicie rozwięzłe życie. Tego nikt nie byłby się spodziewał ani po tobie ani po tych wszystkich z którymi wyjechałaś.“
Grunhilda włożyła list do kieszeni i nosiła go cały dzień przy sobie, nie mówiąc znikim o tem.
Nie wątpiła o tem, że ojciec napisał prawdę o tem, co spowodowało śmierć jej matki. Rodzice jej byli zawsze bardzo poważani i zważali ogromnie na dobrą swą opinię; to też nikt w kolonii nie cierpiał tyle co ona z powodu iż byli narażeni na potwarze. Nic jej to nie pomogło, iż czuła się niewinną, uważała się mimoto za shańbioną, i zdawało jej się, że nie może się już pokazać między ludźmi. Martwiła się przez cały czas, a ukłucia złośliwych języków bolały ją jak palące rany. A oto pozbawiły one matkę jej życia.
Gertruda i Gunhilda mieszkały w jednym pokoju i były zawsze najlepszymi przyjaciółkami, Ale nawet w obec Gertrudy zmilczała Gunhilda o tem, co jej ojciec napisał. Myślała, że nie powinna zepsuć Gertrudzie szczęścia. Ta bowiem była, zachwycona pobytem w Jerozolimie, gdzie wszystko przypominało jej Zbawiciela.
Lecz raz po razie Gunhilda brała do ręki list i spoglądała nań. Nie miała odwagi czytać go; z samego patrzenia już ściskało jej się serce czuła palący ból „Gdybym tylko mogła umrzeć,“ myślała. „Nigdy już nie będę wesołą, o gdybym umrzeć mogła!“
Siedziała i spoglądała na list; zdawało jej się, że zawiera on truciznę, która może ją zabić, i spodziewała się, że ±o się prędko skończy.
Następnego dnia Gunhilda wracała przez bramę Damaszku. Wyszła była do miasta i wracała do kolonii.
Dzień był nadzwyczaj upalny, co się tam często zdarza w październiku, przed nastaniem pory deszczowej. Gdy Gunhilda wyszła z ciemnego miasta, gdzie domy i półłuki chronią od słońca, zdawało jej się, że jaskrawe światło słoneczne uderzyło w nią gwałtownie i miała ochotę skryć się napowrót pod chłodne, cieniste sklepienie bramy. Zdawało jej się, że ta słoneczna droga, która słała się przed nią, była niebezpieczna. Miała takie uczucie jakby musiała przechodzić przed strzelnicą, właśnie w chwili, gdy żołnierze strzelają do celu.
Ale dla tej odrobiny słońca nie chciała się wrócić. Słyszała wprawdzie o niebezpieczeństwie udaru, lecz nie wierzyła w to. Zrobiła tylko to, co się robi w razie silnej nawałnicy. Podciągła do góry ramiona, zawiązała chustkę silniej dokoła karku i zaczęła szybko iść naprzód.
Podczas drogi zdawało jej się. jakby słońce tam w górze na niebiosach miało błyszczący łuk w ręku i wysyłało ku niej jedną strzałę po drugiej. Tak zdawało się w istocie, że słońce nie ma nic lepszego do czynienia, tylko mierzyć wprost do niej. Ostry palący ogień padał na nią, i to nie tylko z nieba, nie, wszystko dokoła niej iskrzyło się i kłuło ją w oczy. Nawet z ziarn piasku w murze wytryskały małe spiczaste strzałki wprost na nią, a zielone szyby w pobliskiem klasztorze lśniły się tak, że nie mogła w nie patrzeć. Stalowy klucz wetknięty w drzwi wysłał ku niej mały, złośliwy promień, a toż samo błyszczące liście krzaka rycynusowego, który może dlatego tylko przetrwał lato, aby tu stać ku jej udręczeniu.
Dokąd spojrzała, na niebie i na ziemi, wszędzie iskrzyło i paliło się. A jednak nie zdawało jej się jakoby upał ją dręczył, lecz raczej ten straszny biały błysk słońca, który wnikał do oczu i palił w mózgu.
Gunhilda czuła taką złość i nienawiść do słońca, jak biedny szczuty zwierz leśny czuje ku temu, kto godzi na jego życie. Zebrała ją dziwna ochota stanąć i spojrzeć oko w oko swemu prześladowcy. Przez chwilę opierała się, ale nagle odwróciła się i spojrzała ku niebu. Tak, w istocie, słońce słało tam, jak wielki białawo-błękitny promień. Podczas gdy Gunhilda patrzyła, niebo zczerniało zupełnie, słońce zeszczuplało w małą iskrę, o ostrym, niebezpiecznym blasku i Gunhildzie zdawało się, że iskra ta oderwała się z swego miejsca na niebie i strzeliła w dół z sykiem, by ją trafić w kark i zabić.
Gunhilda krzyknęła z przestrachu. Podniosła rękę i trzymała ją nad karkiem, uciekając równocześnie.
Gdy biegła przez pewien czas po drodze na której wznosił się biały wapienny kurz jak dusząca chmura, ujrzała wielką kupę kamieni, rumowisko zwalonego domu. Pospieszyła tam i udało się na szczęście znaleźć wejście do piwnicy.
Ogarnął ją przyjemny chłód, i tak było ciemno że nie widziała nic ani na dwa kroki przed siebie.
Stanęła plecami do wejścia i dała oczom swym wypocząć w ciemności. Nic tu nie świeciło i nie iskrzyło się. Zrozumiała teraz co mógł odczuwać biedny, nieszczęsny list, gdy udało mu się wśliznąć się w swą norę, przed prześladowaniami myśliwca. Teraz gorąco i para i światło i iskry słoneczne stały jak oszukani myśliwi tam na dworze przed jej kryjówką. Cała ta zgraja stała z roziskrzonymi łukami i czekała, lecz ona była w pewnym ukryciu.
Zwolna przyzwyczaiły się oczy Gunhildy do ciemności, odkryła kamień i usiadła, aby czekać. Przez długie godziny jeszcze nie będzie miała odwagi opuścić tę jaskinię. W każdym razie nie pierwej, zanim słońce obniży się o tyle, że straci już swą władzę na niebie.
Ale Gunhilda siedziała zaledwie krótką chwilę w ciemności, gdy tysiąc słońc i palących iskier zaświeciło się przed jej oczyma, a w mózgu jej wszystko zaczęło się kręcić w kółko.
Porwał ją tak silny zawrót, że zdawało jej się, iż ściany sklepienia kołują bezustannie dokoła niej. Była tak pomieszana, że musiała oprzeć się o ścianę, aby nie upadła.
„Ach Boże, ono mnie i tu prześladuje!“ jęknęła.
„Musiałam coś bardzo złego uczynić, że słońce mnie tak nienawidzi“, rzekła.
W tej chwili przypomniała sobie list i śmierć matki, i straszne swe zmartwienie i pragnienie śmierci. Nie myślała o tem wszystkiem gdy była w prawdziwem niebezpieczeństwie życia, myślała tylko o ratowaniu się.
Szybko wyjęła Grunhilda teraz list i wyszła do światła, aby go czytać. Widziała, że słowa stały w nim takie same, jakie miała w pamięci i jęczała z bólu.
I wkrótce zabłysła w niej myśl, która wydala jej się lekką i milą i pocieszającą.
„Czy nie rozumiesz“ rzekła sama do siebie „że Bóg ma zamiar uwolnić cię od życia“.
Wydało jej się to pięknem i wielką łaską Bożą, Nie mogła sobie jasno tego uprzytomnić, gdyż zmysły jej były nieco pomieszane. Uczuła znowu zawrót głowy, cała piwnica kręciła się dokoła niej i ponad jednem okiem jej tańczył iskrzący się promień.
To jedno jeszcze pamiętała, że Bóg pozwala jej opuścić życie, podążyć do matki w niebie i ujść całej swej boleści.
Witała położyła zrazu ręce na kark, ale natychmiast zdjęła je znów i wyszła spokojnie na światło słoneczne, jak gdycby szła przez kościół.
Ochłodła już była cokolwiek i gdy wyszła na wolne powietrze nie zauważyła z początku myśliwych, ani łuków ani iskrzących się strzał.
Lecz skoro postąpiła kilka kroków, było znów tak, jakby z zasadzki wszystko się ku niej rzuciło.
Wszystko na ziemi dokoła niej lśniło się i iskrzyło, a słońce z sykiem strzeliło ku niej ostrym promieniem i ukłuło ją w kark.
Postąpiła jeszcze kilka kroków, potem upadła, jakby piorunem rażona.
Kilku ludzi z kolonii znalazło ją w parę godzin później. Jedną ręką przyciskała do serca, druga wyciągnięta trzymała list, jakby chciała wskazać co ją zabiło.




Na skrzydłach zorzy porannej.



Tego samego dnia kiedy Gunhilda dostała udaru słonecznego, Gertruda również wyszła z domu i szła jedną z szerokich ulic zachodniego przedmieścia. Miała kupić szpilek i wstążki do swej roboty, lecz nie była dobrze oznajmiona z tą częścią miasta i potrzebowała dużo czasu, zanim znalazła, czego jej było potrzeba; zresztą nie spieszyła się wcale, była nawet zadowoloną, że chodziła po wolnem powietrzu. Gertruda nie wiele jeszcze widziała z Jerozolimy; przywiozła sobie tak mało sukien z domu, że dotychczas wciąż prawie siedziała i szyła, aby miała się w co ubrać.
Jak zwykle gdy wychodziła na ulicę, uśmiech zadowolenia igrał na jej ustach. Czuła wprawdzie także straszny upał i piekący żar słoneczny, lecz nie cierpiała przy tem tyle, co inni. Z każdym krokiem, który zrobiła myślała o tem, że może Jezus kroczył tą samą drogą, co ona. Była przekonana, że wzrok jego spoczywał na owych pagórkach, które lśniły się tam na skraju ulicy. A gdy myślała o tem, czuła go tak blisko siebie, że oddawała się z tego powodu nadzwyczajnej radości.
Co Gertrudę po przybyciu do Palestyny tak nieskończenie uszczęśliwiało, to właśnie myśl, że była teraz o tyle bliższą Jezusowi, niż przedtem. Nigdy tu o tem nie myślała, że przeszło już dwa tysiące lat, odkąd chodził po tej okolicy z swymi uczniami, lecz oddawała się złudzeniu, iż żył tu jeszcze niedawno. Widziała ślady stóp jego na ziemi, słyszała echo jego głosu na ulicach Jerozolimy.
W chwili gdy Gertruda schodziła z stromego wzgórza ku bramie Jaffa, przeciągało ulicą kilkaset rosyjskich pielgrzymów. Chodzili oni już od kilku godzin zwiedzając święte miejsca w Jerozolimie, i byli już tak pomęczeni i osłabieni z wędrówki w żarze słonecznym, że zdawało się iż nie będą mieli dość siły, by dostać się do rosyjskiego hotelu na szczycie wzgórza.
Gertruda zatrzymała się i przypatrywała im się. Byli to sami chłopi i Gertrudzie dziwnem się zdawało, że byli tak podobni do jej rodaków, gdy przechodzili przed nią w sukmanach i włóczkowych kaftanach.
„Pewnie cała wieś wybrała się do Palestyny“, pomyślała: Ten z okularami na nosie jest nauczycielem, tamten znów z grubą pałką ma wielki dwór i rządzi całą wsią. Ten, co tak prosto maszeruje jest starym żołnierzem, a tamta postać o wązkich ramionach i długich rękach, to krawiec wiejski.
Gertruda była w dobrem usposobieniu, i według starego swego zwyczaju wymyślała sobie rozmaite historye o niektórych z przechodzących ludzi.
„Ta kobieta o jedwabnej chustce na głowie jest bogata“, pomyślała, „ale dopiero na starość mogła się z domu wydostać, bo wpierw musiała powydawać synów i córki i wychować swoich wnuków. Ta zaś kobieta, która idzie obok niej i nosi małe zawiniątko jest bardzo uboga. Jest to jedna z tych, które całe życie muszą walczyć i szczędzić, by zebrać pieniądze na podróż jerozolimską.“
Patrząc tylko na pielgrzymów można ich było polubić. Chociaż byli okryci kurzem i zagrzani, mieli jednak pogodne i wesołe twarze i nikt nie miał miny niezadowolonej.
„Jacyż nabożni i cierpliwi być muszą“, myśłała, „i jak miłują Jezusa, jeżeli są tak szczęśliwi, iż kroczą po jego ziemi, i że nie znają cierpienia!“
Na końcu pochodu szło kilku pielgrzymów tak osłabionych, że ledwie mogli wlec się jeszcze. Wzruszającym było patrzeć, jak krewni i przyjaciele brali ich za ręce i pomagali im wchodzić na wzgórze. Ci jednak, którzy mieli się najgorzej, musieli iść sami; było z nimi tak źle, i nie czuł się nikt na siłach pomagać im.
Całkiem z tylu szła siedmnastoletnia dziewczyna. Ona jedna wyglądała młodo, wszyscy inni byli starzy lub w średnim wieku. Gdy Gertruda ujrzała młodą dziewczynę, sformułowała szybko w duszy przypuszczenie, że z pewnością doznała wielkiego nieszczęścia i dlatego było jej w domu życie nieznośne. Może i ona zasmucona ujrzała w lesie zbliżającego się ku niej Jezusa, może i jej poradził On, aby wyjechała do Palestyny.
Młoda pielgrzymka była bardzo znużona i cierpiąca. Była delikatnie zbudowana a grube, ciężkie suknie, a przedewszystkiem ciężkie buty, które miała na sobie, tak samo, jak inne kobiety, ciążyły jej niezmiernie. Chwiejąc się, postąpiła jeszcze kilka kroków, i zatrzymała się ażeby zaczerpnąć oddechu. Lecz gdy tak nieruchomo stanęła w pośród ulicy, była w wielkiem niebezpieczeństwie, być pchnięta przez wielbłąda, lub przejechaną przez wóz.
Gertruda czuła w sobie nieprzeparty pociąg pospieszenia z pomocą chorej. Nie namyślając się długo, zbliżyła się do niej, objęła ją ramieniem i pokazała jej jak się ma oprzeć, aby znalazła podporę. Dziewczyna spojrzała tępym wzrokiem. Nawpół nieprzytomnie przyjęła pomoc i dała się Gertrudzie pociągnąć o kilka kroków dalej.
W tem jedna z starszych kobiet odwróciła się. Spojrzała ostro na Gertrudę a potem rzuciła murowym tonem kilka słów chorej. Ta przelękła się widocznie; wyprostowała się, odepchnęła Gertrudę i usiłowała sama iść dalej, ale po chwili musiała znów stanąć.
Gertruda nie zrozumiała, dlaczego dziewczyna nie chciała przyjąć jej pomocy. Sądziła, iż pochodzi to stąd, że Rosyanie są zbyt skromni aby przyjmowali pomoc od obcych. Dlatego pospieszyła znów do chorej i objęła ją powtórnie ramieniem. Ale twarz chorej wykrzywiła się z ogromnego strachu i wstrętu. Nie tylko wyrwała się od niej ale uderzyła ją, i zaczęła biedź aby uciec od niej.
Teraz poznała Gertruda, że dziewczyna bała się jej i zrozumiała, że mogło to być jedynie wynikiem ohydnej potwarzy, jaką rozsiewano o Gordonistach. Wtedy Gertruda rozgniewała się i zasmuciła się zarazem; widziała, że jedyną rzeczą, jaką mogła zrobić dla tej biednej było zostawić ją w spokoju i nie trwożyć jej więcej. Ale patrząc za nią, ujrzała, że dziewczyna, uciekając przed nią, w zamieszaniu i trwodze biegła wprost naprzeciw wozu, który całym pędem zjeżdżał z pagórka, i z przerażeniem poznała Gertruda, że nie można było oczekiwać czego innego, jak tylko, że zostanie przejechaną i zabitą.
Gertruda chciała zamknąć oczy, aby nie widzieć strasznego nieszczęścia, lecz straciła zupełnie władzę nad sobą i nie mogła nawet spuścić powiek. Stała więc z szeroko otwartymi oczami i widziała, że konie wpadły na chorą i przewróciły ją, ale w tej samej chwili prawie piękne i rozumne zwierzęta same się pohamowały; cofnęły się, oparły się silnie o grunt, aby powstrzymać cały ciężar toczącego się wozu, rzuciły się potem rączo w bok i pobiegły dalej, tak, iż leżąca na ziemi dziewczyna nie została dotkniętą ani podkową, ani kołem.
Gertruda sądziła już, że niebezpieczeństwo minęło zupełnie. Młoda Rosyanka leżała wprawdzie jeszcze na ziemi, nie ruszając się, ale zapewne ze strachu straciła przytomność.
Ze wszystkich stron zbiegli się ludzie, aby pomódz dziewczynie. Gertruda przybyła pierwsza. Schyliła się, aby jej pomódz wstać. W tem ujrzała, że z pod głowy wypływała krew, a twarz zwrócona ku górze przybrała dziwny, nieruchomy wyraz. „Umarła“, pomyślała Gertruda, „i ja to, ja jestem przyczyną jej śmierci!“
W tej chwili jakiś mężczyzna niecierpliwie chwycił ją i odepchnął w bok. Zaryczał coś, z czego tylko tyle zrozumiała, że istota tak nieczysta, jak ona niegodna jest dotknąć się nabożnej, młodej pielgrzymki. Za chwilę dokoła niej powtarzano te same słowa. Grożono jej rękami, popychano i potrącano ją, aż znalazła się poza gęstym tłumem, otaczającym dziewczynę.
Przez chwilę Gertruda była tak rozgniewana tem zachowaniem się, że zaciskała pięści. Chciała się bronić, chciała znów dotrzeć do Rosyanki, chciała dowiedzieć się, czy istotnie była nieżywą.
»Nie ja jestem niegodna zbliżyć się do niej, lecz wy, wy wszyscy!“ wołała głośno w szwedzkim języku. „Wasza podła twarz wpędziła ją do grobu“.
Nikt nie rozumiał co mówiła i złość Gertrudy zamieniła się w straszny lęk. Boże drogi, gdyby ktoś widział był, jak się wszystko stało i powiedział to pielgrzymom! Wszyscy ci ludzie bez litości rzuciliby się na nią i zabiliby ją!
Spiesznie uciekła z tego miejsca; biegła tak szybko, jak mogła, chociaż nikt nie prześladował jej. I nie zatrzymała się, aż nie znalazła się w pustej okolicy, ciągnącej się za północną stroną Jerozolimy.
Tu zatrzymała się, pociągnęła ręką po czole i położyła ręce splecione na głowie.
„O Boże! O Boże!“ zawołała. — „Czyż jestem zabójczynią? Czy naprawdę winną jestem śmierci człowieka!“
Po chwili zwróciła się ku miastu, którego wysokie, ponure mury sterczały ku niej. „Nie, nie ja nią jestem, lecz ty!“ zawołała. „Nie ja, lecz ty!“
Wzdrygnęła się, i odwróciła się, by iść do kolonii, której dach świecił się już zdaleka. Ale co chwila stawała, starając się uporządkować cośkolwiek myśli, które się jej tłumnie narzucały.
Kiedy Gertruda przybyła do Palestyny, myślała: „Oto jestem w krainie mego Pana i Króla, i stoję teraz pod jego szczególną opieką, nic złego nie może mi się tu zdarzyć!“ I tak wżyła się w tę wiarę, że Chrystus kazał jej iść do ziemi świętej bo widział, że dość smutku doświadczyła i że odtąd nie ma więcej cierpieć, lecz ma żyć w pokoju i spoczynku.
A teraz czuła, co musi czuć człowiek, który mieszkał w ochronnem mieście, a nagle widzi, że wały i wieże walą się. Widziała, że jest bezbronna, nie było zapory między nią a zbliżającem się nieszczęściem. Przeciwnie, tu mogło ono ją spotkać jeszcze łatwiej niż w innem miejscu.
Odważnie odepchnęła od siebie myśl, że była przyczyną śmierci Rosyanki, nie chciała robić sobie wyrzutów z tego powodu. Ale czuła głuchą trwogę przed złem, na które mogło ją narazić to zdarzenie.
„Teraz będę ją zawsze widziała przed sobą lecącą wprost między konie“, skarżyła się, „i nigdy już nie będę mogła się weselić“.
Powstało teraz w sercu jej pytanie, które wprawdzie starała się natychmiast stłumić, lecz które wciąż na nowo się podnosiło. Pytała, dlaczego Chrystus posłał ją do tego kraju. Wiedziała, że to grzech wielki, stawiać to pytanie, ale nie mogła się powstrzymać; bezustannie dźwięczało jej w duszy, jakie zamiary Chrystus miał, posełając mnie do tego kraju?“
„O Boże“, rzekła w rozpaczy, „sądziłam, iż kochasz mnie i pragniesz jak najlepiej urządzić dla mnie wszystko! O Boże! byłam tak szczęśliwa w myśli, że otoczyłeś mnie swoją opieką!“
Gdy Gertruda wróciła do kolonii, uderzyła ją dziwna cisza i uroczystość. Chłopak otwierający drzwi, był nadzwyczaj poważny, a gdy weszła na podwórze, zdziwiła się, że wszyscy tak cicho przesuwają się po kamieniach i nikt głośno nie mówi. „Tu śmierć chyba zawitała“, pomyślała, zanim jeszcze ktoś słowo do niej przemówił.
Wnet dowiedziała się, że Gunhildę znaleziono nieżywą na ulicy. Przyniesiono ją już do domu i ułożono w piwnicznej pralni na katafalku. Gertruda wiedziała, że na Wschodzie muszą szybko grzebać zmarłych, lecz przeraziło ją to przecie, gdy ujrzała, że robią już wszelkie przygotowania do pogrzebu. Tims Halfvorn i Ljüng Bjórn sporządzali trumnę, a kilka starszych kobiet zajmowało się przybraniem zmarłej. Pani Gordon udała się do przełożonego amerykańskiego zakładu z prośbą, ażeby pozwolił pogrzebać Gunhildę na amerykańskim cmentarzu. Bo i Gabriel stali na podwórzu z łopatami i czekali tylko na powrót pani Gordon. aby iść na cmentarz i wykopać grób.
Gertruda zeszła do pralni. Długo wpatrywała się w Gunhildę, nie odwracając oczu, a potem wybuchła gwałtownym płaczem. Kochała towarzyszkę swą bardzo, a oto leży martwa; ale stojąc tak i wpatrując się w Gunhildę, była zupełnie tego świadomą, że ani ona, ani nikt inny w kolonii nic okazywali Gunhildzie tyle miłości, na ile ona zasługiwała. Wszyscy wprawdzie czuli to, że była uczciwa i dobra i miłująca prawdę, ale utrudniała ona życie sobie i innym, ponieważ z łatwością wpadała w gniew z powodu byle jakiej drobnostki i tem zraziła sobie ludzi. Ilekroć Gertruda o tem myślała, żal jej było tak strasznie Genhildy, że łzy jej płynęły na nowo.
Nagle jednak przestała płakać i wpatrywała się w Gunhildę z niespokojem i strachem. Spostrzegła, że Gunhilda miała ten sam wyraz twarzy, jaki w życiu miewała, kiedy myślała o jakiejś trudnej lub zawikłanej sprawie. Dziwne to było, że leżała z takim głębokim fałdem między oczami i z wargami naprzód wysuniętemi i myślała.
Powoli oddalała się Gertruda od zmarłej. Gdy spostrzegła pytający wyraz w twarzy Gunhildy, przypomniała sobie na nowo swoje własne troski. Zdawało jej się, ze Gunhilda również zapytywała się, dlaczego ją Chrystus wysłał do tej krainy. Dlaczego miałam tu przybyć, jeżeli czekała mię tylko śmierć — pytała się może.
Gdy Gertruda wyszła na podwórze zbliżył się do niej Bo. Prosił ją, aby z nim poszła do Gabriela Hök Matsona i przemówiła kilka słów do niego.
Prawie nieprzytomnie spojrzała Gertruda na Boa; była tak zajęta swojemi myślami, że nie zrozumiała nawet, co mówi.
„Gabriel znalazł Gunhildę na ulicy“ rzekł Ba dla objaśnienia.
Ale Gertruda niesłuchała co mówił, stała przed nim i ciągle myślała o tem, dlaczego Gunhilda miała taki wyraz twarzy.
„Dla Gabriela była to straszna rzecz, gdy idąc ulicą i nie przeczuwając nic złego, ujrzał ją nagle martwą przed sobą“, rzekł Bo. Gdy Gertruda nie rozumiała go jeszcze, dodał głosem głębokiego wzruszenia: Gdyby tu w kolonii była osoba, którą kochałbym bardzo i znalazłbym ją na ulicy martwą, nie wiem, coby się ze mną działo.“
Jakby zbudzona ze snu Gertruda obejrzała się dokoła. Tak, to prawda, tak to prawda, wiedziała przecie już od dawna, że Gabriel kochał Gunhildę. Byliby się pobrali, gdyby nie nastąpił wyjazd do Jerozolimy. Wówczas postanowili, że oboje wyjadą do Jerozolimy, chociażby nie mogli zostać mężem i żoną. A teraz Gabriel znalazł Gunhildę martwą na ulicy.
Gertruda zbliżyła się do Gabriela, który stał przy bramie nieruchomie z zaciśniętemi mocno wargami i błędnym wzrokiem, wtykając łopatę w ziemię między kamieniami.
„Dla niego byłoby dobrze, gdyby mógł zapłakać“, szepnął Bo Gertrudzie.
Milcząco podała Gertruda rękę Gabrielowi, jak to jest zwyczajem na pogrzebach między najbliższymi krewnymi; ręka Gabriela leżała zimna i bezsilna w jej ręku.
„Bo powiedział mi, żeś to ty znalazł Gunhildę, rzekła Gertruda.
Gabriel stał wciąż nieporuszony.
„Ciężka to była rzecz dla ciebie“, ciągnęła dalej Gertruda, gdy Gabriel stał wciąż, jak posąg z kamienia. Lecz teraz Gertruda wżyła się w jego boleść, zrozumiała, jak strasznem to było dla niego.
„Zdaje mi się, że Gunhildzie miłem to było, żeś ty ją właśnie znalazł“, rzekła.
Teraz Gabriel drgnął i spojrzał na Gertrudę wielkiemi oczami.
„Czy sądzisz istotnie, że było jej to miłem?“
„O tak“, rzekła Gertruda, „rozumie się, że dla ciebie była to ciężka rzecz, ale pewna jestem, że ona byłaby pragnęła, abyś ty ją znalazł.“
„Nie odstąpiłem jej ani na chwilę“, rzekł Gabriel z cicha, „aż nadeszli ludzie, którzy mogli mi pomódz i poniosłem ją ostrożnie i łagodnie.
„Tak, mogę sobie to wyobrazić“, rzekła Gertruda.
Wargi Gabriela zaczęły drgać i nagle łzy trysnęły mu z oczu. Bo i Gertruda stali cicho obok niego i dali mu się wypłakać. Gabriel wcisnął się twarzą we framugę i płakał serdecznie.
Po chwili jednak uspokoił się. Zbliżył się do Gertrudy i wziął ją za rękę. „Dziękuję ci, żeś mnie doprowadziła do płaczu“, rzekł. Głos miękki i łagodny, można było sądzić, że to ojciec jego mówi, stary Hök Matts.
„Teraz pokażę ci coś, czego nikomu pokazać nie śmiałem“, rzekł dalej: „Gdy znalazłem Gunhildę, trzymała w ręku list od swego ojca, ja zaś wziąłem go, gdyż myślałem, iż byłem przed innymi uprawnionym do tego. A żeś ty mię doprowadziła do płaczu, więc pokażę ci ten list, bo i ty masz przecie w domu starych rodziców.“
Gertruda wzięła list i przeczytała go. Potem spojrzała na Gabriela.
„Więc dlatego umarła?“
Gabriel skinął głową i odrzekł: „Tak, zdaje mi się, że dlatego umarła.“
Wtedy Gertruda zawołała głośno: „O Jerozolimo, Jerozolimo, ty nam wszystkim zabierasz życie! Widzę, że Bóg nas opuścił!“ załkała.
W tej chwili weszła przez bramę pani Gordon i posłała Gabriela i Boa natychmiast na cmentarz, Gertruda zaś udała się do małego pokoju, w którym mieszkała z Gertrudą, i została tam przez cały wieczór.
Siedziała opanowana jakimś lękiem gwałtownym, niepokonanym, podobnym do długotrwałego strachu przed upiorami; zdawało jej się, że tego dnia musi się jeszcze coś złego zdarzyć, i lękała się tego, co tam z zasadzki czyhało na nią. Równocześnie zaś dręczyły ją przykre wątpliwości.
„Nie wiem dlaczego Chrystus nas tu posłał“, myślała. „Przynosimy tylko nieszczęście sobie i innym.“
Odsunęła na chwilę rozpacz od siebie, ale natychmiast pochwyciła się na wyliczaniu wszystkich, którzy przez ten wyjazd doszli do nieszczęścia. Było to przecież zupełnie pewnem, że sam Bóg rozkazał im udać się do Jerozolimy, jakże więc było to możliwym, że wynikiem tego było tylko nieszczęście?
Postarała się o pióro i atrament, aby napisać do swych rodziców, ale nie mogła. „Cóż im napiszę aby mnie uwierzyli?“ zawołała. „Chyba gdybym umarła, wtedy może uwierzyliby mi, że jesteśmy niewinni?“
Dzień nareszcie skończył się i nadeszła noc. Gertruda czuła się zbyt nieszczęśliwą, aby mogła usnąć. Zawsze widziała twarz Gunhildy przed sobą; musiała się wciąż pytać, o czem zmarła myślała, i stało się dla niej pewnikiem, że Gunhilda umarła z tem samem pytaniem na ustach, które i ją dręczyło.
Zanim jeszcze dzień zawitały Gertruda wstała i ubrała się aby wyjść.
Podczas ostatniego dnia i ostatniej nocy oddaliła się tak od Jezusa, że nie wiedziała jak znajdzie napowrót do niego drogę. Nad rankiem ogarnęła ją gorąca tęsknota za jakiemś miejscem, o którem z pewnością wiedziała, że bawił tam kiedyś Zbawiciel. Jedynem zaś miejscem o którego położenie nigdy nie sprzeczano się, była góra Oliwna. Gertruda dlatego sądziła, że jeżeli tam się uda, będzie bliższą Jezusowi, tam będzie się czuła ocienioną jego miłością i tam może zrozumie jaki miał co do niej zamiar.
Zrazu gdy wyszła jeszcze w cienie nocy, trwoga jej zdwoiła się. Raz po raz przypominała sobie jakie nieszczęście i jaka krzywda stały się w tym jednym dniu.
Lecz w miarę, gdy wchodziła na górę, rozjaśniało się w jej duszy. Spadał ciężar przygnębiający ją i błysnęła przed nią myśl objaśniająca wszystko.
„Tak, tylko tak można to zrozumieć“, myślała. „Jeżeli taka niesprawiedliwość może istnieć, musi to już być koniec świata. Inaczej nie mogę sobie wytłumaczyć, że dobre przemienia się w złe, że Bóg nie ma mocy powstrzymania krzywdy, że święci cierpią prześladowanie a kłamstwo nie znajduje oporu.“
W zamyśleniu zatrzymała się. Tak istotnie, zbliża się powrót Pana i niebawem ujrzy go zstępującego z obłoków na ziemię.
Jeżeli tak się rzecz miała, wówczas mogła zrozumieć, dlaczego ich wszystkich powołano do Jerozolimy. Łaską Bożą tylko ona i przyjaciele ich wysłani byli tu, aby spotkać Jezusa. Klasnęła w dłonie, ze zdziwienia i z radości, myśląc o tem, jakie to było nieskończenie wielkie.
Szybkimi krokami postępowała teraz w górę, aż doszła do najwyższego punktu, gdzie Jezus wzniósł się ku niebu.
Nie mogła wprawdzie wejść do środka odgraniczonego miejsca, ale stała tuż przed nim i spoglądała ku chmurom, które teraz lśniły się od zorzy porannej.
„Może dziś już jest ten dzień, w którym się zjawi“, myślała. Złożyła ręce i patrzyła ku mu niebu, pokrytemu lekkiemi chmurkami. „Nadejdzie, to rzecz pewna, że nadejdzie“.
Wpatrywała się w zorzę, jak gdyby widziała ją poraź pierwszy. Zdawało jej się, że spojrzała głęboko w niebiosa. Całkiem na wschodzie ujrzała głębokie sklepienie z wysoką i obszerną bramą, i zdawało jej się, że wnet zatoczy rozsuwające się łuki, ażeby Chrystus wraz z aniołami swymi mógł przejść.
Po chwili w istocie otwarła się brama na wschodzie i słońce zjawiło się na niebie. Z zapartym oddechem czekała Gertruda nieruchomie, aż słońce oblało swym blaskiem góry na zachód od Jerozolimy i jakby fale na morzu zaczęły się wyłaniać szeregi wzgórz. Spokojnie czekała, aż słońce wzeszło tak wysoko, że promienie jego iskrzyły się w krzyżu na kopule kościoła Świętego Grobu.
Wtedy przypomniała sobie Gertruda, iż słyszała, że Chrystus zjawi się podczas wschodu słońca na skrzydłach zorzy porannej, i poznała, że tego dnia nie mogła go już oczekiwać. Lecz nie czuła się tem ani przygnębioną, ani zaniepokojoną. „Przyjdzie więc jutro“, rzekła z całą ufnością.
Zeszła z góry i wróciła z rozpromienioną twarzą do kolonii, nie zwierzyła się jednak nikomu z tą wielką uszczęśliwiającą pewnością, która napełniła jej duszę. Zajmowała się przez cały dzień jak zwykle swoją robotą i mówiła o rzeczach obojętnych.
Ale następnego dnia wstała znów przed Wschodem słońca i poszła na górę oliwną.
I tak wchodziła tam co poranku, gdyż chciała być pierwszą, która ujrzy Chrystusa zjawiającego się w blasku porannym.
Wędrówki jej zwróciły wkrótce na się uwagę kolonii i proszono Gertrudę, aby ich zaprzestała. Koloniści przedstawiali jej, że może im to zaszkodzić, jeżeli ludzie będą ją widzieli co rana klęczącą na górze Oliwnej i czekającą na zjawienie się Chrystusa. Jeżeli to potrwa dłużej, okrzyczą Gordonistów jeszcze jako szalonych.
Gertruda usiłowała być posłuszną i zostać w domu. Ale z pierwszym brzaskiem dnia budziła się i natychmiast stawało się dla niej pewnością, że właśnie tego dnia Jezus nadejdzie. I nie mogła się wstrzymać, wstała i wyszła, aby przyjąć Zbawiciela i Króla.
Oczekiwanie to stało się jej drugą naturą. Nie mogła mu się oprzeć, nie mogła się zeń wyzwolić. We wszystkich innych rzeczach było z nią jak przedtem; umysł jej był zupełnie w porządku i o tyle tylko zaszła zmiana, że była weselszą i bardziej uprzejmą niż przedtem.
Po pewnym czasie przyzwyczajono się tak do jej rannych wędrówek, że wolno jej było odchodzić i wracać i nikt się już o to nie troszczył. Ale wychodząc rano, widziała jakąś postać stojącą w cieniu obok bramy i oczekującą ją. A gdy wchodziła na górę, słyszała za sobą kroki butów gwoździami okutych. Nie przemówiła nigdy do tego cieniu, lecz opanowało ją uczucie bezpieczeństwa, gdy słyszała za sobą te ciężkie kroki.
Czasem, gdy zeszła z góry spotkała nagle Boa, opartego o mur i czekającego na nią z spojrzeniem wiernego psa. Bo zarumienił się i odwrócił wzrok, a Gertruda szła dalej, nie okazując wcale, że go widziała.




Baram Pasza.



Koloniści byli zadowoleni, że wynajęli nowy, piękny dom przed bramą Damaszku. Był on tak obszerny, że mógł wszystkich pomieścić i że mała tylko ilość rodzin musiała szukać innego umieszczenia. Przyjemnie było mieszkać w tym domu, który miał piękne terasy i otwarte kolumnady, dające wspaniale schronienie podczas upałów letnich. I Koloniści nie mogli wyzbyć się myśli, że Bóg chciał im okazać swą szczególną łaskę, skoro dopuścił, że właśnie ten dom był do najęcia. Często mówili o tem, że nie wiedzieli, jakby to mogli urządzić, by w kolonii była łączność i powodzenie, gdyby nie znaleźli byli tego domu i musieli mieszkać rozrzuceni w różnych stronach miasta.
Rzecz się tak miała, że dom ten należał do Barama Paszy ówczesnego gubernatora Jerozolimy.
Przed trzema laty zbudował on ten dom dla swej małżonki, którą miłował nadewszystko. Wiedział, że nie mógł jej zrobić większej przyjemności, niżeli dając jej ten dom, gdzie mogła zamieszkać z całym swym wielkim dworem, z synam i ich zonami, z córkami i mężami tychże, oraz z wszystkiemi dziećmi i sługami.
Ale gdy dom był gotów i Baram Pasza wprowadził się z swoimi, spotkało go straszne nieszczęście. W pierwszym tygodniu, po sprowadzeniu się umarła mu jedna córka, w drugim tygodniu druga, a w trzecim ukochana żona. Baram Pasza przepełniony głębokim bólem, wyprowadził się rychło z pałacu, zamknął go i zapieczętował, przysiągłszy, że nigdy noga jego w nim nie postanie.
Odtąd pałac stał pustką, aż na wiosnę Gordoniści przyszli do Barama Paszy prosząc go, aby im dom wynajął. Byli bardzo zdziwieni, że dał zezwolenie, gdyż wszyscy sądzili, iż Baram Pasza nie pozwoli już nigdy nikomu mieszkać w tych murach.
Lecz gdy w jesieni zaczęto rozsiewać owe krzywdzące potwarze o Gordonistach, niektórzy z amerykańskich misyonarzy zastanawiali się nad tem, jakby można zmusić tych ludzi do opuszczenia Jerozolimy. I postanowili udać się do Barama Paszy i mówić z nim o jego lokatorach. Opowiedzieli mu wszystko złe, co o nich słyszeli i zapytali go, czy może pozwolić, aby ludzie tak ohydni mieszkali w tym domu, który on zbudował był dla swej małżonki.

∗             ∗
Była ósma godzina rano, pięknego dnia w listopadzie.

Znikła już noc ponura, co trzymała Jerozolimę w swych cieniach, a miasto powoli odzyskiwało swe dzienne wejrzenie. Na bramie Damaszku żebracy już przed długą chwilą zajęli byli swe miejsca a psy uliczne, włóczęgi które przez całą noc były w ruchu, udały się teraz na dzień do swych nor i na śmieciska, które służyły im za legowiska. Tuż przy bramie rozłożyła się mała karawana na nocne leże. Teraz zabierali się już naczelnicy, przywiązywali tłumoki z towarami do klęczących wielbłądów, które mocno ryczały, czując ciężar na swym grzbiecie. Od gościńca zbliżali się wieśniacy z wielkimi koszami jarzyn. Pastuchowie schodzili z gór i przechodzili uroczyście po pod sklepienie bramy, a za nimi tłoczyły się wielkie stada owiec przeznaczonych na rzeź i kóz do wydoju.
Właśnie w chwili, gdy przed bramą był największy tłum, nadjechał stary człowiek na pięknym, białym ośle. Był wspaniale ubrany; kaftan miał z miękkiego w prążki jedwabiu a nad nim aż po nogi spadający żupan z jasno błękitnego brokatu obszyty futrem. Pas i turban zdobne były bogatym haftem ze złocistego jedwabiu. Twarz jego była zapewne niegdyś piękna i czcigodna, ale teraz była od starości zniszczona, oczy łzawe, usta zapadłe a duża biała broda wisiała w długich rozczochranych pasmach o żółtych końcach.
Ludzie, cisnący się przed bramą dziwili się i mówili między sobą: „Dlaczego Baram Pasza wjeżdża przez bramę Damaszku na ulicę, której od trzech lat nie chciał oglądać?“
A inni znów pytali: „Czy może Baram Pasza obejrzeć chce dom, chociaż przysięgał, że w nim więcej nie postanie?“
Jadąc w pośród tłumu przez bramę miasta rzekł Baram Pasza do sługi swego Machmuda który mu towarzyszył:
„Czy słyszysz Machmucie iż wszyscy, których spotykamy dziwią się i pytają: „Co to ma znaczyć? Czy Baram Pasza ma zamiar zwiedzić dom, którego od trzech lat nie widział?“
Służący odrzekł, iż on również słyszał, że się ludzie dziwili.
Wtedy rzekł Baram Pasza ze złością: „Czyż sądzą, iż jestem tak stary, że można ze mną robić, co się komu podoba! Czy sądzą, że zniósłbym, ażeby oby ludzie wiedli złe życie w domu, który zbudowałem dla mojej dobrej i czcigodnej małżonki?“
Sługa Barama Paszy chciał ułagodzić gniew swego pana rzekł doń: „Panie, zapominasz, że nie po raz pierwszy słyszymy, że się chrześcianie wzajemnie spotwarzają.
Baram jednak podniósł w gniewie ręce do góry i zawołał: Fleciści i tancerki zamieszkują te miejsca, gdzie umarli moi drodzy! Ten dzień nie dojdzie końca, zanim ci złoczyńcy nie będą wypędzeni z mego domu!“
Ledwie to wyrzekł stary Pasza, gdy nadeszła gromadka dziatwy szkolnej, idącej parami szybkim krokiem. A gdy Baram dzieci zobaczył, ujrzał iż były zupełnie niepodobne do wszystkich innych dzieci, które tłumiły się po ulicach Jerozolimy, gdyż były czysto umyte, odziane w całe sukienki i silne obuwie i miały włosy jasne, gładko uczesane.
Baram Pasza zatrzymał swego osła i rzekł do swego sługi: „Idź i zapytaj się, czyje to dzieci!“
„Nie potrzebuję pytać o to“, odrzekł sługa, „gdyż widzę je tu codziennie. To są dzieci Gordonistów i chodzą do szkoły, którą ci ludzie urządzili w swym domu, zanim wynajęli twój wie]ki dom.“
Gdy Pasza spoglądał jeszcze za dziećmi, nadeszło dwóch ludzi, należących również do kolonii, wioząc w taczkach, najmłodsze dzieci, które nie mogły jeszcze same chodzić do szkoły. Pasza widział, że małe dzieci klaskały w dłonie z radości, że jadą, ci zaś co ich wieźli, śmieli się do nich i biegli szybciej, aby im radość sprawić.
Wtedy sługa zebrał się na odwagę i zapytał Barania Paszę: „Czy nie sądzisz, o Panie, że dzieci te mają dobrych rodziców?“
Ale Baram Pasza był starym człowiekiem i niezachwianym w swym gniewie, jak to jest zwyczajem u starych. „Słyszałem, co właśnie ich towarzysze o nich mówili,“ odrzekł, „i powiadam ci, że zanim wieczór nadejdzie, będą z domu mego wygnani.“
Gdy Baram Pasza ujechał kawał dalej, spotkał gromadę kobiet idących ku miastu w europejskim stroju. Szły spokojnie i obyczajnie, suknie ich były proste, a w rękach miały ciężkie, napełnione kosze.
Pasza zwrócił się do sługi swego mówiąc: „Idź i zapytaj się, kto one są!“
Sługa zaś odrzekł: „Nie potrzebuje pytać o to, o Panie, gdyż spotykam je codziennie. To są kobiety Gordonistów, które zanoszą do Jerozolimy żywność i lekarstwa, ażeby pielęgnować chorych, którzy są zbyt słabi, aby przyjść mogli do nich, prosie o pomoc.“
Baram Pasza odrzekł: „Chociażby nawet złość swą ukryli pod skrzydłami aniołów, to jednak wypędzę ich z mego domu.“
Jadąc dalej, dotarł nareszcie do wielkiego domu. Gdy się zbliżył usłyszał hałas licznych głosów, a tu i ówdzie uderzał głośny okrzyk o jego uszy.
Zwrócił się do sługi i rzekł: „Czy słyszysz jak muzykanci i tancerki hałasują w moim domu?“
Lecz gdy skręcił o róg domu, ujrzał chorych i rannych lezących na ziemi przed wejściem do domu. Oni to opowiadali sobie o swych cierpieniach, a niektórzy wydawali czasem głośne okrzyki boleści.
Machmut, sługa jego zdobył się na odwagę i rzekł: „Oto są muzykańci i tancerki, o których sądziłeś, iż hałasują w tym domu. Przychodzą oni tu co ranka, aby pytać o radę Gordonistów, aby ich dozorczyni opatrzyły.“
Baram Pasza odrzekł: „Widzę, że ci Gordoniści zawrócili ci głowę, ale ja jestem zbyt stary, abym się dal oszukać ich kłamstwem. I mówię ci, gdyby to było w mej mocy, kazałbym ich wszystkich powywieszać dokoła dachu mego domu.“
I Baram Pasza trwał jeszcze w swym gniewie, gdy zsiadł z osła i wchodził po schodach. Gdy wszedł na podwórze, wyszła mu naprzeciw wysoka i dumna kobieta i powitała go. Włosy jej były białe, chociaż zdawała się nie mieć więcej, niż czterdzieści lat, Miała twarz mądrą i nakazującą szacunek, a chociaż suknię miała na sobie skromną i czarną, to jednak wyglądała tak, jak gdyby przyzwyczajoną była rozkazywać wielu ludziom.
Baram Pasza zwrócił się do Machmuda i rzekł:
„Kobieta ta zdaje się być tak dobra i mądra, jak Kadisza, małżonka Proroka, co ona robi w tym domu?“
A sługa jego Machmud odrzekł: „To jest pani Gordon, która rządzi kolonią, odkąd zeszłej wiosny umarł jej mąż.“
Lecz serce starca stwardniało na nowo i rzekł głosem rubasznym dy Machmuda: „Powiedz jej, iż przybyłem tu, aby ją i ludzi jej wygnać z tego domu.“
A sługa jego rzekł: „Czy sprawiedliwy Baram Pasza zechciałby wypędzić tych chrześcian zanim sam widział ich zbrodnie? Czy nie lepiej byłoby, o Panie, gdybyś powiedział kobiecie tej: Przybyłem tu, aby obejrzeć mój dom! A jeżeli się przekonasz, że jest tak, jak ci donieśli misyonarze, powiesz jej wtedy: Musisz opuścić to miejsce gdyż występek nie może zamieszkać w tym domu, gdzie pomarli moi drodzy.“
Wtedy odrzekł Baram Pasza: Idź i powiedz jej, że chcę obejrzeć dom mój.“
Machmud oświadczył to pani Gordon, a ona odpowiedziała: „Cieszy nas, że możemy pokazać Baramowi Paszy, jak się urządziliśmy w jego pałacu.“
Pani Gordon, kazała przywołać młodą Miss Young, która od dzieciństwa mieszkała w Jerozolimie i mówiła płynnie po arabsku, prosząc ją ażeby oprowadzała Barama.
Baram Pasza wziął ramię swego sługi i rozpoczęła się wędrówka. Ponieważ Baram chciał zwiedzić cały dom, Miss Young zaprowadziła go najpierw do suteren, gdzie znajdowała się pralnia. Z dumą pokazała mu sporą ilość wypranej odzieży, piękne koryta i kotły, oraz pilne i poważne robotnice, zajęte przy praniu lub przy prasowaniu.
Tuż obok była piekarnia: Miss Young rzekła do Barama Paszy: „Patrz, Panie jaki doskonały piec zbudowali nasi bracią. I oto jaki piękny chleb sami wytwarzamy!
Z piekarni zaprowadziła go do stolarni, gdzie pracowało kilku starych ludzi. Miss Young pokazała Baramowi Paszy kilka prostych stołów i ławek, sporządzonych w kolonii.
„Ach Machmudzie, ci ludzie są zbyt podstępni dla mnie“, rzekł stary Pasza po turecka, przypuszczając, że Miss Young go nie rozumie. „Zapewne wiedzieli o niebezpieczeństwie, wyśledzili moje przybycie. Myślałem, że zastanę ich przy winie i przy grze, a tymczasem zastaję wszystkich przy robocie.“
Miss Young zaprowadziła teraz Barama Paszę do kuchni i do szwalni, a stąd do innego pokoju, którego drzwi otwarły się z pewną uroczystością. Była to izba tkacka, gdzie warsztaty klekotały i kołowroty były w pełnym ruchu.
Wtedy sługa Barama Paszy zdobył się na odwagę i prosił pana swego, aby obejrzał mocne sukno, które tu tkano. „Patrz o Panie“ rzekł, „to nie są lekkie materye dla tancerek, lub szaty dla lekkomyślnych niewiast.“
Ale Baram Pasza milczał i szedł dalej.
Gdzie tylko zajrzał widział, ludzi z uczciwemi, rozumnemi twarzami. Wszyscy siedzieli spokojnie przy robocie, ale gdy wszedł do pokoju, spojrzeli z życzliwością.
„Powiedziałam im,“ rzekła Miss Young do Barama Paszy „że jesteś dobrym Gubernatorem, który wynajął nam ten piękny dom, a oni proszą mnie bym ci podziękowała, że byłeś dla nas tak dobrym.“
Ale Baram miał przez cały czas twardy i rubaszny wyraz w twarzy i nie powiedział ani słowa do Miss Young. Ona zatrwożyła się i myślała w duchu: „Dlaczego nie mówi do mnie: Czy ma jakieś złe zamiary?“
Wprowadziła Paszę do długiej wązkiej jadalni, gdzie właśnie zabierano ze stołu i myto naczynie ze śniadania. I tu również widział ścisły porządek i największą prostotę.
I raz jeszcze sługa jego Machmud zdobył się na odwagę i rzekł go niego: „Czy to możliwie, o Panie,“ aby ci ludzie, którzy sami sporządzają sobie suknie i pieką sobie chleb, zamieniali się w nocy na flecistów i tancerki?“
A Bąram Pasza nie znalazł odpowiedzi.
Szedł przez wszystkie lokalności swego domu bardzo wytrwałe. Był w wielkiej sypialni męskiej i widział porządnie usłane, proste łóżka. Był w pokojach rodzinnych, gdzie mieszkali rodzice wraz z dziećmi. Wszędzie tu widział czysto wymiecione podłogi, białe firanki, piękne meble z jasno bejcowanego drzewa, ładne chodniki i bawełniane kraciaste kapy.
Wtedy coraz większy gniew ogarniał Barama Paszę, i rzekł do Machmuda: Ci chrześcianie są zbyt podstępni. Rozumieją się na tem, by ukryć swe grzeszne życie. Spodziewałem się, że zastanę podłogę zasypaną łupinami z pomarańcz i popiołem z cygar. Myślałem, iż ujrzę kobiety gawędzące, palące fajki i malujące paznoknie.“
Na koniec wszedł po białych marmurowych schodach do sali zgromadzeń. Była to dawniej sala przyjęć Paszy, lecz obecnie ustawiono w niej na sposób amerykański pojedyńczemi grupami stoły i krzesła; prócz tego były tu książki i czasopisma, fortepian i organy, oraz wisiało kilka pięknych fotografii na jasnych ścianach.
Tu znów pani Gordon przyjęła gości, a Baram Pasza rzeki do swego sługi: „Powiedz jej, że ona i zwolennicy jej muszą opuście ten dom, zanim wieczór nadejdzie.“
Ale Machmud, sługa Barama Paszy, odrzekł mu: „O Panie, jedna z tych kobiet mówi twoim językiem. Niechaj sama z ust twoich usłyszy twój rozkaz!“
Baram Pasza podniósł wzrok i spojrzał na Miss Young, a ona z uprzejmym uśmiechem spotkała się z jego wzrokiem. I Baram Pasza odwrócił się od niej i rzekł do sługi swego:
Nigdy jeszcze nie widziałem twarzy, której Wszechmocny użyczył większej piękności i czystości. Nie mam odwagi powiedzieć jej, że słyszałem, iż ludzie jej popadli w grzech i w lekkomyślne życie.“
I padł Baram Pasza na krzesło i ukrył twarz w rękach, zastanawiając się nad tem, co jest prawdą, to co słyszał, czy to co widział.
Wtem z cicha otwarły się drzwi i wszedł stary, ubogi podróżny. Miał na sobie szary wytarty płaszcz a nogi jego owinięte były szmatami. Na głowie miał brudny turban, którego zielony kolor zdradzał, iż podróżny był wyznawcą religii Mahometa.
Nie zważając na Paszę, człowiek ten wszedł do pokoju i usiadł w oddaleniu od innych na krześle.
„Kto jest ten człowiek i czego chce?“ zapytał Baram Pasza, zwracając się do Miss Young.
„Nie znamy go “ odrzekła Miss Young, „nigdy jeszcze tu nie był. Nie bierz nam jednak za złe Panie, że on tu wszedł. Dom nasz jest dla wszystkich otwarty, którzy chcą tu szukać schronienia.“
„Machmudzie“, rzekł Pasza do swego sługi, „zapytaj tego wędrowca czy jest potomkiem Proroka, i czego tu chce u chrześcian?
Machmud wypełnił zlecenie i zwrócił się znów do Barama Paszy.
„Odpowiedział mi, że niczego nie pragnie, lecz nie chciał przejść tędy, nie wszedłszy, ponieważ jest napisanem: „Niechaj nogi twe nie grzeszą, gdy przechodzisz przed mieszkaniem sprawiedliwego.“
Baram Pasza siedział przez chwilę milcząc, potem zaś zwrócił się do sługi swego i rzekł:
„Czyś dobrze słyszał co mówił, idź i zapytaj się raz jeszcze, czego chce w tym domu!“
Machmud poszedł i wrócił za chwilę; Słowo w słowo powtórzył to samo.
„Podziękujmy więc Bogu, mój przyjacielu Machmudzie“, rzekł Baram z prostotą: „On to przysłał nam tego człowieka, ażeby nas objaśnić. On kazał mu tu wejść, ażeby oczy moje ujrzały prawdę. Teraz wrócimy do domu, przyjacielu i nie wypędzę tych chrześcian z ich mieszkania.“
Wkrótce potem Baram Pasza oddalił się, ale po godzinie Machmud wrócił do kolonii prowadząc pięknego białego osła Paszy. Oddał go kolonistom wraz ze zleceniem Barama Paszy, że ten osioł ma. małe dzieci rano odwozić do szkoły.




Kwiaty z Palestyny.



Było to z końcem lutego; deszcze zimowe minęły i nadeszła wiosna. Ale była dopiero w początkach. Pęcze drzew figowych nie zaczęły jeszcze nabrzmiewać, ciemnobrunatne pnie winogradu nie wypuszczały jeszcze pędów i liści a wielkie pęki kwiecia pomarańczowego nie roztwarły się jeszcze.
Tylko drobne kwiatki polne miały odwagę zjawić się już o tak wczesnej porze.
Dokąd spojrzysz wszędzie pełno kwiatów. Wielkie ogniste anenony pokrywały kamieniste stoki, na wszystkich urwiskach skalnych kwitły błękitno-czerwonawę cyklamy, na równinach rosły wielkie goździki polne i stokrotki a w każdym wilgotnym krzaku pełno było krokusów i storczyków.
I jak w innych krajach ludzie wychodzą na zbieranie jagód, tak w Palestynie jest zwyczaj zbierania kwiatów. Z wszystkich klasztorów, z wszystkich zakładów misyonarskich wychodzą tłumnie na kwiatobranie. Ubodzy członkowie gminy żydowskiej, przejezdni turyści i syryjscy robotnicy spotykają się w dzikich dolinach skalnych, niosąc kosze na kwiaty. A wieczorem żniwiarze wracają ciężko obładowani anenonami i hyacentami, fiolkami i tulipanami, narcyzami i orchideami.
W licznych klasztorach i gospodach jerozolimskich stoją na podwórzu ogromne naczynia kamienne napełnione wodą, do których wkłada się kwiaty a w piwnicach i pokojach pilne ręce rozkładają kwiaty na wielkich arkuszach papieru i prasują je.
A gdy małe goździki polne i hyacenty są już należycie przyciśnięte i wysuszone, zestawia się je w wielkie i małe, brzydkie i piękne bukiety, które nalepia się na karty lub w małe albumy, dając na okładkach z drzewa oliwnego napisy: kwiaty z Jerozolimy.“
I niebawem wszystkie te „kwiaty Sionu,“.„kwiaty Hebronu,“ „kwiaty z góry Oliwnej“ i „kwiaty z Jerychou idą w świat daleki.
Sprzedaje się je po sklepach, wysyła w listach, rozdarowuje jako pamiątki i zamienia za jałmużnę. Małe te polne kwiatki — jedyne bogactwo ziemi świętej — doznają większego rozszerzenia po świecie, niżeli perły indyjskie lub jedwabie z Brussy.

∗             ∗
W pewien piękny poranek wiosenny panował wielki ruch w kolonii gordonistycznej: wszystko, co żyło wybierało się na kwiatobranie. Dzieci, którym dano cały dzień wakacyi, biegały pełnej radosnej swawoli, chcąc u każdego pożyczyć kosze do zbierania kwiatów. Kobiety wstały już o czwartej rano, aby sporządzić zapasy i były już w kuchni; w pełnej robocie przy rondlach i garnkach; Niektórzy z mężczyzn pakowali do kuferków chleb z masłem, flaszki z mlekiem i zimne mięsiwa. Inni znów brali do rąk fllaszki z wodą, lub kosze z naczyniem do herbaty. Nareszcie otworzono bramę i dzieci wybiegły naprzód, potem szli starsi w większych, i mniejszych grupach wedle ochoty. Nikt nie został w domu i wielki dom stał zupełnie pusty.

Bo Ingmar Manson był tego dnia bardzo szczęśliwy. Urządził się tak, że szedł z Gertrudą.
Gertruda zasunęła chustkę tak głęboko na czoło, że Bo widział tylko jej okrągły biały policzek i śmiał się z siebie samego, że czuł się tak szczęśliwym, chodząc obok Gertrudy, chociaż ani nie widział jej twarzy, ani nie śmiał do niej przemówić.

Za nim postępowała córka Ingmarów, Karina z swojemi siostrami. Śpiewały one pieśń poranną, którą zwykły były śpiewać z swą matką na ingmarowskim dworze, jeżeli rano siedziały przy kołowrotku. Bo poznał tę starą pieśń.

O piękny dniu, radości mego oka
Nieba w swej lasce zesłały cię nam“...

Tuż przed Boem szedł stary kapral Flet. Jak zwykle zgromadził wszystkie dzieci dokoła siebie, one czepiały się jego laski lub ciągnęły go za poły surduta. Bo, który pamiętał kaprala jeszcze z tych czasów, kiedy wszystkie dzieci przed nim uciekały, skoro go tylko ujrzały z daleka, myślał w duszy: „Nigdy przedtem nie widziałem go takim dumnym i sztywnym. Dumnym jest z tego, że go dzieci kochają i dlatego zapewne wąsy jego sterczą, jak szczeciny a nos jego jest jaszcze bardziej zakrzywiony, niż przedtem?“
W pośród gromady widział Bo także Hellguma, który >szedł, prowadząc jedną ręką żonę, a drugą swą piękną córeczkę, „Dziwna to rzecz“, pomyślał Bo, „Hellgum zeszedł zupełnie na drugi plan, odkąd przyłączyliśmy się do Amerykanów, bo też inaczej być nie mogło, ponieważ są to ludzie wybitni i mają dar wykładania słowa Bożego. Chciałbym wiedzieć, jak on to odczuwa, że ludzie podczas takiej wędrówki nie garnią się dokoła niego. Ale, że żona jego cieszy się, że ma go teraz całkiem dla siebie, to widać po jej zachowaniu się. Nigdy w życiu nie była tak szczęśliwą, jak teraz“.
Na czele pochodu szła piękna mis Young a obok niej szedł młody Anglik, który przed kilku laty przyłączył się do kolonii. Bo wiedział tak dobrze, jak i inni, że młodzieniec ten kochał Miss Young i że przyłączył się do kolonii tylko w nadziei ożenienia się z Miss Young. Podobał się on też widocznie i młodej dziewczynie, lecz Gordoniści nie chcieli ze względu na nią odstąpić od swej ostrej reguły, tak więc młodzi budzie spędzili już kilka lat w beznadziejnem czekaniu. Tego dnia szli razem ze sobą i rozmawiali ze sobą i byli wpatrzeni w siebie wzajemnie. Postępując tak lekko i zgrabnie na czele pochodu, wyglądali tak, jak gdyby mieli ochotę uciec w daleki świat, zostawić całą gromadę za sobą i żyć swem własnem życiem. Całkiem na końcu pochodu, Bo widział Gabriela. W kolonii był także jeden marynarz francuski, który należał tu od chwili jej założenia, teraz zaś był już stary i zniedołężniały. Gabriel ujął go pod ramię i pomagał mu wejść na strome stoki górskie, „Gabriel czyni to, myśląc o swym starym ojcu“, myślał Bo.
Z początku pochód poruszał się w prostym kierunku na wschód wśród dzikiej okolicy. Tu nie było jeszcze kwiatów. Z miejsc stromych ziemia całkiem zsunęła się ze skały, oko padało wszędzie na nagą żółtawo-szarą górę.
„To dziwne“, pomyślał Bo. „Nigdy nie widziałem nieba tak błękitnego, jak nad temi żółtemi wzgórzami. I pagórki te nie są brzydkie, mimo iż są łyse. Jeżeli widzę, jak pięknie są zaokrąglone przypominają mi się kopuły tutejszych kościołów i domów.
Po godzinie drogi, wędrowcy ujrzeli pierwszą dolinę pokrytą czerwonemi Anemonami. Jakaż to była radość i jakie wzruszenie! Wszyscy pobiegli wśród głośnych okrzyków i śmiechów na dół, by zrywać kwiaty. I zrywano z ogromnym zapałem Anemony, aż po chwili odkryto inną dolinę, pokrytą fiołkami, a potem trzecią, gdzie rosły wszystkie kwiaty wiosenne pospołu.
Z początku Szwedzi rwali kwiaty zbyt zapalczywie, poprostu wyrywali je. Lecz kilku Amerykanów zbliżyło się do nich i pokazało im, jak się to robić powinno. Należy wybierać starannie i brać tylko takie kwiaty, które nadają się do suszenia jest to robota, która wymaga wielkiej staranności.
Bo szedł obok Gertrudy i zrywał kwiaty. Raz wstał, aby wyprostować krzyże. Widział wtedy, że kilku starszych gospodarzy, którzy może od wielu lat nie spojrzeli na kwiatek, rwali dziś z równym zapałem, jak inni. Bo nie mógł powstrzymać się od śmiechu i nagle zwróciwszy się do Gertrudy rzekł:
„Myślę o tem, co też Chrystus rozumiał, gdy mówił: Jeżeli nie zawrócicie, nie zostaniecie napowrót dziećmi, nie będziecie mogli wejść do królestwa Bożego.“
Gertruda podniosła głowę i spojrzała na Boa. Było to całkiem niezwykłe, że przemówił wprost do niej: „To jest w istocie dziwne powiedzenie“, rzekła.
„Tak, rzekł Bo bardzo rozważnie i powoli, często zauważyłam, że dzieci są najgrzeczniejsze, kiedy w zabawie naśladują starszych. Nigdy niejesteśmy bezpieczniejsi przed nimi, niż kiedy zabiorą się do przeorania roli, którą sobie ogrodzili na gościńcu, kiedy napędzają gniadego lub trzaskają z bicza zrobionego z nitki, albo też, gdy robią w błocie ulicznem grządki patykiem. Są bardzo zadowolone i grzeczne, gdy spieszą się, aby uprzedzić sąsiada z siejbą, gdy biadają nad tem, że ziemia rolna taka jest ciężka do przeorania.
Z pochyloną głową Gertruda zrywał kwiaty, nic nie odpowiadając, nie rozumiała do czego zdążał Bo.
„Przypominam sobie dobrze“, ciągnął Bo dalej z tą samą powagą, „jak to ładnie było, gdy raz zbudowałem sobie stajnię z drewnianych klocków a z szyszek zrobiłem krowy. Codziennie rano i wieczór przynosiłem krowom świeżo skoszonego siana a czasami mówiłem, że nadeszła wiosna i że muszę moje krowy pędzić na paszę. Świstałem na brzozowej świstałce i wołałem przez całe podwórze: „gniada“ i „siwa“! Opowiadałem matce, ile mleka dają krowy i ile mógłbym dostać ze sprzedaży masła z mojego gospodarstwa. Uważałem na to aby mój „wół“ miał rogi dobrze osadzone i wołałem do wszystkich przechodni, żeby uważali, „bo wół bodzi“.
Gertruda nie rwała już tak zawzięcie. Słuchała, co Bo mówił: zaczęła się dziwie, że Bo mógł mieć takie same myśli i fantazye, jak te, który tak często roiły jej się w głowie.
„Ale najlepiej było przecie, jeżeli jako mali chłopcy bawiliśmy się w dorosłych ludzi, którzy schodzą, się w Radzie gminnej“, mówił Bo dalej. „Pamiętam, że siedziałem z moimi braćmi i kilku innymi malcami na kupie desek, która u nas w domu latami całemi leżała na podwórzu. Mówca uderzał drewnianą łyżką na deski, my zaś siedzieliśmy w wielkim skupieniu dokoła niego i radziliśmy, który z nas ma otrzymać wsparcie od gminy i jaki podatek należy wymierzyć temu lub owemu. Włożyliśmy wielki palec za pachę kamizelki i przemawialiśmy głosem zgrubiałym, jak gdybyśmy mieli kluski w ustach i nie mówiliśmy do siebie nigdy inaczej, niż panie burmistrzu, kantorze, przełożony lub wójcie“.
Bo przerwał i potarł czoło, jak gdyby miał teraz wypowiedzieć, co właściwie miał na myśli. Gertruda przestała zupełnie rwać kwiaty. Z głową trochę w tył pochyloną siedziała na ziemi i spoglądała na Boa, jakby oczekiwała, że powie coś całkiem nowego i szczególnego.
„Może być“, rzekł Bo, „że tak samo, jak dzieciom dobrze jest bawić się w dorosłych, tak i dla dorosłych może być korzystnem, ażeby czasami zamienili się w dzieci. Gdy widzę tych starych ludzi, którzy przyzwyczajeni są o tej porze roku pracować w lesie i męczyć się ze ścinaniem pni i wożeniem drzewa, zajętych tu taką dziecinną robotą, jak zrywanie kwiatów, zdaje mi się, iż jesteśmy na najlepszej drodze wskazanej nam przez Jezusa, t. j., że wracamy i zamieniamy się w dzieci.
Bo widział, że w oczach Gertrudy coś zajaśniało; zrozumiała teraz, co chciał powiedzieć i cieszyła się tą myślą.
„Mnie również zdaje się że odkąd tu jesteśmy, zamieniliśmy się w dzieci“, rzekła.
„Tak“, rzekł Bo, „o tyle przynajmniej byliśmy dziećmi, żeśmy musieli wszystkiego uczyć się na nowo. Nauczyliśmy się trzymać porządnie widelec i łyżkę i jeść potrawy, których nigdy przedtem nie kosztowaliśmy. I to także było po dziecinnemu, ze gdyśmy wychodzili z początku, musieliśmy mieć przewodnika ażebyśmy się nie pogubili, i że musiano nas przestrzegać przed niektórymi ludźmi, ze są niebezpieczni i przed pewnemi miejscami, gdzie wchodzić nie wolno“.
„Tak my Szwedzi, byliśmy doprawdy, jak małe dzieci, gdyż musieliśmy się nawet uczyć mówić, rzekła Gertruda. „Musieliśmy się pytać, jak się nazywa stół i krzesło, łóżko i szafa. A niezadługo zasiądziemy jeszcze na ławie szkolnej, aby nauczyć się czytać i pisać w nowym języku“.
Teraz oboje wysilają się, aby znaleźć nowe podobieństwa.
„Nauczyłem się tu nazwy ziół i drzew, zupełnie tak samo, jak mnie matka uczyła, gdy byłem mały“, rzekł Bo. „Umię teraz odróżniać brzoskwinię od moreli i drzewo figowe od oliwnego. Nauczyłem się także poznawać Turka po krótkiej katance, beduina po prążkowanym płaszczu, derwisza, po fezie, a żyda po pejsach nad uchem“.
„Tak“, rzekła Gertruda, „to tak samo, jak w dzieciństwie uczyliśmy się rozróżniać chłopów z Flopy i Gagnefu po ich sukmanach i kapeluszach.“
„Ale najbardziej dziecinnem jest to, że przestaliśmy się zupełnie starać się sami o siebie“, rzekł Bo, i że nie mamy własnych pieniędzy, lecz musimy po każdy grosz chodzić do innych. Ilekroć handlarz poleca mi pomarańcze lub winogrona, muszę myśleć o tem, co czułem, będąc dzieckiem, gdy przechodziłem na jarmarku obok budy z cukierkami, a nie miałem w kieszeni ani szeląga“.
„Jestem zupełnie pewna, żeśmy już z gruntu zmienieni“, rzekła Gertruda. „Gdybyśmy teraz wrócili do Szwecyi, ludzie by nas w domu nie poznali.“
„Trudno nam w istocie nie wierzyć, że nie jesteśmy znowu dziećmi, które przekopują pole kartoflane, nie większe od stołu i orzą je pługiem zrobionym z gałązki i mają małego osła i nie mają innych obowiązków, jak zrywanie kwiatów i trochę także uprawianie winogradu“.
Bo zamknął oczy, aby lepiej myśleć i Gertruda spostrzegła nagle, że był dziwnie podobny w tej chwili do Ingmara Ingmarsona; a cała twarz jego wyrażała mądrość i zastanowienie się.
„Ale widzisz, to nie jest jeszcze najważniejszą rzeczą“, zaczął znów mówić po chwili. „Najważniejszem jest to, że mamy teraz o ludziach dziecinne sądy i wierzymy, że wszyscy są dla nas życzliwi, chociaż niektórzy bardzo się srogo z nami obchodzą“.
„Tak, było to tak zapewne zawsze, że Chrystus miał głównie na myśli usposobienie ludzkie, gdy powiedział owe słowa“, rzekła Gertruda.
„Ale i nasze usposobienie zmieniło się“, przerwał Bo, „jestem tego pewny. Czy nie zauważyłaś że jeżeli teraz mamy jakieś ciężkie zmartwienie, nie dręczymy się niem przez całe dni lub tygodni, lecz pokonywamy je za kilka godzin?“
W tej chwili zawołano obojga, aby przyszli na śniadanie. Bo był z tego powodu bardzo niezadowolony; byłby mógł przez cały dzień chodzić z Gertrudą i rozmawiać z nią, nie odczuwając wcale głodu.
W każdym ruzie czuł się tego dnia tak spokojnym i zadowolonym, że myślał: „Koloniści mają z pewnością słuszność; ludzie mogą być szczęśliwi, jeżeli żyją tylko tak, jak my w pokoju i jedności. Jestem teraz zupełnie zadowolony, że jest tak, jak jest. Nie pragnę więcej, aby Gertruda była moją żoną i nie odczuwam już on ej dręczącej tęsknoty miłosnej, która mi przedtem sprawiała tyle cierpień, lecz jestem zupełnie, zaspokojony, że mogę ją widzieć codziennie, że mogę jej służyć i strzedz jej.“
Byłby chętnie powiedział Gertrudzie, że jest zupełnie zmieniony, i czuje się w tem, jakby dzieckiem. lecz był nieśmiałym i nie mógł znaleść odpowiednich wyrazów.
Przez całą drogę Bo zastanawiał się. Zdawało mu się, że koniecznie musi Gertrudzie powiedzieć tę myśl i uwiadomić ją o tem, że się zmienił, ażeby mogła w towarzystwie jego czuć się bezpieczną, i uważać go zupełnie jako brata.
Gdy słońce zachodziło, koloniści byli już z powrotem w domu. Bo usiadł pod starem drzewem przed domem, gdyż chciał być możliwie najdłużej na wolnem powietrzu. Gdy już wszyscy inni weszli do domu, przystąpiła doń Gertruda i zapytała go, czy nie wejdzie również do domu.
„Siedzę tu i myślę wciąż jeszcze o tem, cośmy dziś mówili“, rzekł Bo, „i zastanawiam się nad tem, coby było, gdyby Chrystus nadszedł tą drogą — co może często działo się. dawnymi czasy, gdy jeszcze kroczył tędy — i gdyby usiadł pod tem drzewem i rzekł do mnie: „Jeżeli nie nawrócicie się i nie będziecie, jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Bożego.“
Bo mówił tonem macierzyńskim, jak gdyby myślał głośno. Gertruda stanęła przy nim i słuchała.
„Wtedy odpowiedziałbym mu tak: „Mistrzu, wspieramy się i pomagamy sobie nawzajem, nie żądając nagrody, tak, jak to dzieci czynią, a jeżeli się sprzeczamy, nie wynika stąd wieczna nienawiść, lecz przepraszamy i godzimy się znów, zanim słońce zajdzie. Czy nie widzisz więc Mistrzu, że jesteśmy zupełnie jak dzieci?“
I jak ci się zdaje, cóżby ci Chrystus odpowiedział?“ zapytała Gertruda łagodnym głosem.
„Nie odpowiedziałby mi wcale“, rzekł Bo. „Siedziałby spokojnie i powiedział raz jeszcze: „Musicie być jak dzieci, jeżeli chcecie wejść do Królestwa Bożego. Ja zaś mówiłbym, jak przedtem: Mistrzu, kochamy wszystkich ludzi, tak, jak to zwykłe czynić dzieci. Nie robimy różnicy między żydami i Ormianami, między beduinami i turkami, między czarnymi i białymi. Kochamy uczonych i nieuczonych wysokich i niskich i dzielimy się mieniem naszem z chrześcianami i mahometanami. Czyż nie jesteśmy więc jak dzieci, o Mistrzu, i nie możemy wejść do Królestwa Twego?“
„I cóż Chrystus odpowiedziałby?“ zapytała znów Gertruda.
„Nie odpowiada nic“, rzekł Bo. „Siedzi dalej pod drzewem i mówi z cicha: Jeżeli nie będziecie jak dzieci, nie będziecie mogli wejść do Królestwa Bożego. Ja zaś rozumię co ma na myśli i mówię: Mistrzu, i w tem jeszcze stałem się jakby dzieckiem, że nie czuję już takiej miłości w sercu, jak poprzednio, lecz ukochana moja jest dla mnie teraz towarzyszką i milą siostrą, z którą idę na błonia i zbieram kwiaty, czyż więc o Mistrzu, nie jestem...?“
Lecz nagle zamilkł, bo w chwili, gdy wymawiał te słowa, czuł, że kłamie. Było mu tak, jak gdyby Chrystus naprawdę stał przed nim i patrzył na dno jego duszy. I Bo mniemał, iż Jezus widział, jak miłość na nowo w nim powstała i chwyciła go w swe szpony, jak zwierz drapieżny, dlatego, iż się jej wyparł w obecności ukochanej.
I w gwałtownem wzburzeniu ukrył Bo twarz w swych dłoniach i wykrztusił słowa: „Nie Mistrzu, nie jestem jak dziecko i nie mogę wejść do Królestwa Twego. Może inni mogą, ale ja nie mogę zgasić ognia mej duszy i życia mego serca, bo kocham i płonę tak, jak dziecko płonąc nie może. Lecz jeżeli taką jest wola Twoja, o Mistrzu, to niechaj ogień ten pali mnie aż do końca życia, a ja nie będę szukał zadowolenia mej tęsknoty“.
Długo jeszcze siedział Bo pod drzewem, miłością swą pokonany i płakał. Gdy spojrzał potem, Gertruda go opuściła. Odeszła od niego tak cicho, że wcale tego nie słyszał.




W Gehennnie.



Z drugiej strony murów jerozolimskich, na zachodnim stoku Sionu jeden z amerykańskich zakładów misyonarskich posiadał cmentarz, a Gordoniści dostali pozwolenie chowania tam swych zmarłych. Spoczywała ich tam już spora ilość, począwszy od małego Jacka Granier, który był chłopcem kajutowym na wielkim parowcu l’Univers? i umarł jako pierwszy z Gordonistów, aż do Edwarda Gordona, który umarł w tym roku na febrę, zaraz po powrocie z Ameryki.
Cmentarz ten był tak prosty i biedny, jak tylko można sobie było wyobrazić. Składał się z w małego czworobocznego » kawałka ziemi, otoczonego tak wysokim i grubym murem, jak gdyby dokoła twierdzy. Nie było tu ani drzew, ani zielonych wzgórzy, zrobiono tylko tyle, że wyrzucono kamienie i rumowisko, tak że ziemia była czysta i równa. Na grobach leżały płask e kamienie wapieniu, a obok niektórych stały zielone ławki i krzesła.
W rogu wschodnim, gdzie mógł być piękny widok na Morze Martwe i złocisto lśniącę Górę Moabit, gdyby go mur nie zasłaniał, mieli Szwedzi swoje groby. Leżało tu już wielu z nich, jak gdyby Bóg w niebiosach myślał, iż dość już uczynili dla niego, że opuścili swoją ojczyznę i nie żądał od nich więcej, aby ich przyjąć do swego królestwa.
Leżał tu kowal, Birger Larson i mały Eryk Ljunga Bjöirnsa i Gunhilda, córka burmistrza, oraz córka Ingmarów Brygita, która umarła wkrótce po owym wesołym dniu kwiatobrania.
Leżeli tam także Per Gunarson i Marta Eskilson, którzy jeszcze w Ameryce należeli do gminy Hellguma. Śmierć zebrała wśród nich obfite żniwo, i z niechęcią widzieli koloniści, że Szwedzi zajęli już zbyt wiele z ciasnego swego miejsca.
Tims Halfvor Halfvorson miał już także na tym cmentarzu kogoś z swej rodziny, najmłodsze z swoich dzieci, trzyletnią dzieweczkę. Kochał to dziecko nadewszystko i ono też ze wszystkich dzieci było do niego podobne. Halfvorowi zdawało się, że nigdy nie kochał jeszcze nikogo tak, jak tę córeczkę. Gdy umarła, nie mógł zapomnieć o niej ani na chwilę, cokolwiek czynił, myśli jego były zawsze przy niej.
Gdyby była umarła w Dalarne i leżała na ojczystem cmentarzu, może nie byłby tak wciąż o niej myślał, ale tu zdawało mu się, że córeczka jego czuje się zapewne samotną i opuszczoną na tym strasznym pustym cmentarzu. W nocy widział ją, jak siedzi płacząca i drżąca od zimna na swym małym grobie i skarży się, iż się lęka ciemności i tego nieznanego otoczenia.
Pewnego popołudnia Halfvor zeszedł do doliny Jozafata i narwał pełne garście czerwonych anemon, najpiękniejszych i najjaskrawszych, jakie mógł znaleźć, aby je położyć na grób. Idąc zieloną doliną mówił sam do siebie: „Ach gdyby moja dzieweczka leżała tu pod zieloną murawą i nie była przynajmniej ogrodzona tym straszliwym murem!“
Nienawidził był zawsze tego wysokiego muru dokoła miejsca pogrzebowego i ilekroć myślał o swem zmarłem dziecku, zdawało mu się, że zamknął swą dziecinę do ciemnego, zimnego domu i zostawił ją tam bez opieki i słyszał, iż maleństwo skarżyło się: „Zimno mi i lękam się! Ach tak mi zimno i lękam się!“
Halfvor opuścił dolinę i poszedł wązką ścieżką ciągnącą się dokoła muru, aż na górę Sionu. Cmentarz leżał trochę na zachód od bramy słońskiej, poniżej wielkiego ogrodu Armeńczyków.
Myśli Halfvora były wciąż przy dziecku. Szedł dobrze znaną drogą, nie podnosząc oczu z ziemi. Ale nagle zdawało mu się, jakby coś było zmienionego. Spojrzał w górę i ujrzał, że w małem oddaleniu od drogi, kilku ludzi było zajętych waleniem muru. Stanął i przypatrywał się im. Cóż to był za mur, który tu stał? Czy był to budynek, czy mur ochronny? Tam opodal powinien właściwie być cmentarz, lub czy może poszedł był fałszywą drogą?
Trwało to kilka minut, zanim się zorjentował i zrozumiał co się stało. Oto robotnicy pracowali nad zwaleniem wysokiego muru cmentarnego.
Halfvor perswadował sobie, że walą mur, aby rozszerzyć miejsce, lub otoczyć je parkanem i myślał, że będzie tam mniej wilgotno i chłodno, gdy mur się usunie. Mimoto opanował go silny niepokój, tak iż zaczął biedź. „Czy tylko nie zepsuli grobu!“ pomyślał. „Dziecko leży przy samym murze, czy tylko nic mu się nie stało!“
Bez tchu pnął się po gruzach, by dotrzeć do cmentarza. Nareszcie doszedł na miejsce, z którego roztaczał się przed nim widok cmentarza. Lecz w tej chwili uczuł, że serce jego nie jest w porządku. Przestało uderzać, potem uczuł kilka gwałtownych uderzeń i znów ustało. Zupełnie, jak zegar, którego mechanizm jest zniszczony.
Halfvor musiał usiąść na kamieniu, lecz teraz znów serce biło, jakby miało pęknąć. Po długiej chwili uspokoiło się i wróciło do zwykłego stanu, ale z trudem i po wielkim wysiłku, „Nie zginę jeszcze“, rzekł z cicha, „Przezwyciężę to jeszcze“.
Zebrał całą swą odwagę i raz jeszcze spojrzał na cmentarz. Wszystkie groby były otwarte, a trumny poznikały z nich. Na ziemi leżały porozrzucane czaszki i kości; zapewne powypadały ze spróchniałych trumien. Kamienie grobowe leżały w rogu cmentarza ułożone w kupę.
„O mój Boże, cóż oni zrobili ze zmarłymi!“. zawołał Halfvor.
Przystąpił do robotników i rzekł po szwedzku: „Goście zrobili z małą Małgosią?“ Nie był zupełnie przytomny i nie wiedział dobrze, co mówił. Potem przypomniał sobie, że mówił swoim językiem; przetarł sobie czoło i był trochę zmieszany.
Potem starał się uprzytomnić sobie, kim był właściwie. Nie był przecie dzieckiem, lecz rozumnym człowiekiem; gospodarzem, na którego niegdyś w domu wieś cała spoglądała z poważaniem; takiemu człowiekowi nie wypadało przecie tracić równowagę.
Przybrał więc sztywną, prostą postawę i zapytał robotników po angielsku, czy nie wiedzą dlaczego demoluje się ten cmentarz.
Robotnicy byli sami krajowcy, lecz jeden z nich umiał trochę po angielsku.
Człowiek ten opowiedział Halfvorowi, że Amerykanie sprzedali cmentarz Niemcom, którzy chcą tu zbudować szpital. Dlatego zmarłych powyrzucano z ziemi.
Halfvor milczał przez chwilę i rozmyślał o tem, co słyszał. Tak, więc tu miał być zbudowany szpital, właśnie tu! Czy to nie dziwne, że na tylu nagich wzgórzach dokoła nie mogli sobie znaleźć miejsca, tylko tu właśnie musieli ten dom budować. Byle tylko wrzuceni zmarli pewnej ciemnej nocy nie pociągnęli za dzwonek i nie zażądali by ich wpuszczono! „Chcemy, by nam oddano miejsce spoczynku“, powiedzą. I ustawią się długim szeregiem, Birger Larson i mały Eryk, Gunhilda, a całkiem na ostatku jego własna córeczka.
Halfvor pokonywał w sobie płacz, lecz zawsze jeszcze udawał, że go ta rzecz nic nie obchodzi. Miał minę obojętną, wysunął jedną nogę naprzód i bawił się bukietem, który trzymał w ręku.
„Ale cóż się stało ze zmarłymi?“ zapytał.
„Amerykanie byli tu i zabrali swoje trumny“, odrzekli robotnicy. „Wszystkich, którzy tu kogoś pochowali uwiadomiono, ażeby zabrali swe trumny.
Nagle ten, który mówił, przerwał i przypatrzył się Halfvorowi. „Czy jesteś może z wielkiego domu przed bramą Damaszku? zapytał. „Ci którzy tam mieszkają, nie zabrali ani jednego z swych zmarłych“.
„Nie otrzymaliśmy uwiadomienia“, rzekł Halfvor. Wciąż jeszcze wywijał kwiatami w powietrzu. Twarz jego była skamieniała i zawsze jeszcze starał się ukryć przed ludźmi obcymi, jakie męki przechodził.
„Ci których nie zabrano, leżą tam“, — rzekł robotnik, wskazując w dól. „Pokażę ci, gdzie leżą, abyście mogli je pochować“.
Człowiek poszedł naprzód, Halfvor zaś szedł za nim. Gdy przełazili przez zwalony mur, Halfvor podniósł kamień. Robotnik szedł spokojnie a Halfvor postępował za nim z kamieniem w ręku.
„Dziwne to, ze ten człowiek wcale się mnie nie boi“, rzekł Halfvor głośno po szwedzku, „że ma odwagę iść tuż przedemną. A przecie pomagał przy wyrzuceniu dziecka. Wyrzucił małą Małgosię na śmiecisko.
„Mała Małgosia, mała Małgosia“, mówił dalej, „śliczna moja dzieweczka powinna była leżeć w murowanej trumnie. A tu i w tym nędznym grobie nie dali jej spokoju!“
„Może właśnie ten człowiek wyrzucił ją z ziemi“, mruknął Halfvor, ważąc kamień w ręku. „Nigdy jeszcze nie czułem takiej ochoty rozbicia czegoś, jak tę oto ogoloną czaszkę pod tą czapką czerwoną.“
„Muszę ci powiedzieć, że to była mała Małgosia z ingmarowskiego dworu“, rzekł znów, prostując się „i właściwie powinna była leżeć obok Ingmara Wielkiego“. Pochodziła z takiej rodziny, że miała prawo spoczywać w grobie swym aż do sądnego dnia. Tu nie sprawiono jej nawet porządnej stypy i nie odprowadzono jej na cmentarz przy dźwięku dzwonów, ani tez ksiądz nie przemówił nad jej grobem. Ale mimoto nie miałeś prawa wyrzucać jej z grobu. A chociaż nie zachowałem się w obec niej tak, jak dobry ojciec powinien, to zrozumiesz przecie, że nie jestem tak złym, abym ścierpiał, by ją z grobu wyrzucono“.
Halfvor podniósł kamień, zmierzył i byłby z pewnością rzucił, gdyby człowiek w tej chwili nie był się zatrzymał i odwrócił.
„Tu leżą“, rzekł.
Między kupami śmiecia i gruzami był głęboki dół i tam wrzucono czarne trumny kolonistów. Uczyniono to bez wszelkiej ostrożności, rzucając nieoględnie, tak iż niektóre stare trumny porozbijały się, a trupy były w nich odkryte. Inne trumny upadły odwrotnie i z pod spróchniałych wiek sterczały długie zeschłe ręce, które, jak się zdawało, usiłowały pchnąć trumnę do właściwego położenia.
Gdy Halfvor spojrzał w jamę, wzrok robotnika spojrzał na jego rękę, która tak gorączkowo obejmowała kamień, że końce palców aż zbielały. Od ręki podniósł oczy na twarz Halfvora, i musiał ujrzeć w niej coś strasznego, gdyż wydał głośny okrzyk i szybko uciekł.
Ale Halfvor nie myślał już o nim, był zupełnie przytłoczony tem, co widział. Najstraszniejszą przytem rzeczą było, ze rozchodził się w powietrzu ostry zapach trupi, zwiastując z daleka, co się tu stało. Wysoko w powietrzu krążyły już dwa sępy i czekały tylko, by ciemności zapadły, ażeby rzucić się na trupy. Z daleka już słyszano szum, ogromnego roju czarnych i żółtych owadów, okrążających trumny. Kilka psów ulicznych zbiegło się tu, usiadło nad brzegiem jamy, spoglądając w dół.
Ze zgrozą przypomniał sobie Halfvor, że był u wyjścia doliny Hinnom, tuż przy owem miejscu, gdzie niegdyś płonął ogień Gehenny. „Zaiste, jest to Gehenna, tu mieszka Przerażenie!“ zawołał.
Lecz nie długo stał pogrążony w rozmyślaniach. Skoczył w jamę pomiędzy trupów. Szukał i szukał tak długo, aż znalazł trumnę małej Małgosi, a gdy ją znalazł, podniósł ją na barki i wyszedł z jamy.
„Nie będzie przynajmniej mogła powiedzieć, że ojciec jej zostawił ją przez noc na tem miejscu!“ zawołał.
„Drogie moje dziecię“, rzekł głosem poważnym i przekonywującym, jak gdyby chciał się usprawiedliwić przed zmarłą. „Droga, mała Małgosiu, nie wiedzieliśmy nic o tem. Nikt nie wiedział, że cię wyrzucono z ziemi. Wszyscy inni byli uwiadodomiemi o tem co się stać ma, tylko my nie. Nie uważają nas za ludzi i dlatego nie uważali za potrzebne uwiadomić nas“.
Gdy wyszedł z jamy, czuł ponownie, że z sercem jego coś nie było w porządku. Musiał znów usiąść i poczekać, aż przejdzie gwałtowny ból.
„Nie obawiaj się, moje dziecko“, mówił dalej. „To wnet przejdzie. Nie lękaj się, że nie będę mógł wynieść cię stąd“.
Zwolna wracały siły, i wziąwszy trumienkę na barki szedł ku Jerozolimie.
Gdy szedł wązką ścieżką wzdłuż muru, zdawało mu się, że wszystko inaczej wyglądało. Mury i rumowiska budziły w nim przerażenie, wyglądały tak groźnie i wrogo. Obcy kraj i obce miasto cieszyły się jego bólem.
„Nie gniewaj się na ojca twego, moje dziecię, nie gniewaj się, że przywiózł cię do tak nielitościwego kraju“, błagał. „Gdyby coś takiego było się stało w domu“ — ciągnął dalej, „płakałby las, i płakałyby góry, ale to jest kraina bez litości“.
Szedł coraz wolniej, aby nie natężać serca, które zdaje się nie miało już siły oprowadzania krwi po ciele.
Czuł się bezradnym i zrozpaczonym a przedewszystkiem ogarnęła go ogromna trwoga, że jest teraz tak daleko z domu, na obczyźnie, gdzie nikt nie będzie z nim miał litości.
Potem skręcił o róg i szedł teraz wzdłuż wschodniego muru. Pokryta grobami dolina Jozafata rozszerzała się przed nim w głębi.
„Tu więc ma się odbyć Sąd Ostateczny, i zmartwychwstaną zmarli“, pomyślał sobie.
„I cóż Bóg w dzień Sądu orzeknie o mnie, którym wywiódł swoich do Jerozolimy, do miasta śmierci?“ zapytał w duszy.
„I namówiłem do tego również moich sąsiadów i krewnych, że wybrali się do tej krainy Przerażenia. Oskarżą mnie przed Bogiem“.
Zdawało mu się, że słyszy, jak rodacy jego podnoszą głos przeciw niemu i wołają: Zaufaliśmy mu, a on powiódł nas do kraju, gdzie gardzą nami bardziej niż psami, i do miasta, które zabiło nas swem okrucieństwem“.
Halfvor usiłował jeszcze uwolnić się od tych myśli i nie zastanawiać się dłużej nad tem. Lecz było to dlań niemożliwem; poznał nagle wszystkie trudności i niebezpieczeństwa, które groziły jego towarzyszom. Myślał o srogiem ubóstwie, które wkrótce na nich zejdzie, gdyż nie przyjmowali zapłaty za swą pracę, myślał też o wrogim dla nich klimacie i o chorobach, które zniszczą im zdrowie; myślał również o surowych nakazach, jakie sami sobie nałożyli, skutkiem czego musieli sprowadzić na siebie rozkawałkowanie i upadek; czuł się śmiertelnie znużonym.
„Tak jak nie możemy uprawiać tej ziemi i pić tej wody, tak nie możemy żyć dłużej w tym kraju!“ zawołał.
Coraz mozolniej szedł dalej; był zupełnie wyczerpany i bezsilny.
Koloniści siedzieli już przy wieczerzy; wtem odezwało się ciche dzwonienie u bramy.
Gdy otworzyli, siedział Tims Halfvor na ziemi przed bramą; był bliskim końca. Przed nim stała trumna jego córeczki; wyjmował pojedyńcze kwiaty z wielkiego bukietu zwiędłych anemon i rzucał je na trumnę.
Ljung Björn otworzył był bramę; zdawało mu się, że Halfvor coś mówi do niego i schylił się, aby go zrozumieć.
Kilkakrotnie Halfvor rozpoczynał na nowo, zanim udało mu się wypowiedzieć wyraźnie słowa.
„Wyrzucili naszych zmarłych“, rzekł; leżą pod gołem niebem, tam w Gehennie. Musicie zabrać ich tej nocy“.
„Co mówisz?“ pytał Ljung Björn, nie rozumiejąc wcale, o co idzie.
Umierający zebrał ostatki swych sił i podniósł się.
„Wyrzucili z grobów naszych zmarłych, Björnie. Tej nocy muszą nasi ludzie zejść do Gehenny i zabrać ich“.
Powiedziawszy to, upadł na powrót i jęcząc siedział na ziemi.
„Jestem zupełnie bezsilnym Björnie; jest coś złego z mojem sercem“, rzekł z trudem. Lękałem się, że umrę, zanim wam to opowiem. Małą Małgosię przyniosłem do domu, ale innych nie mogłem zabrać.
Björn ukląkł przy nim na ziemi.
„Czy nie wejdziesz do domu, Hajfvorze?“ zapytał. Lecz Halfvor nie słyszał.
„Przyrzeknij mi Björnie, że mała Małgosia będzie należycie spoczywała w ziemi. Niechaj nie myśli, że ma złego ojca“.
„Tak, tak“, rzekł Björn, „ale może spróbujesz teraz wejść do domu?“
Głowa Halfvora opadała coraz niżej. „Postaraj się o to, aby leżała pod zieloną murawą“, szepnął.
„A mnie również pochowajcie pod zielonym pagórkiem“, dodał po chwili.
Björn widział, że Halfvor był ciężko chorym i pospieszył zażądać pomocy, aby go wnieść do domu. Gdy wrócił, Halfvor już nie żył.




Rajska studnia.



Nadeszło ciężkie lato dla Jerozolimy, z brakiem wody i z chorobami. Deszcze zimowe padały skąpo w tym roku i wkrótce w mieście świętem odczuć się dał brak wody, gdyż jedynem jej źródłem są deszcze, które podczas zimy zbierają się w podziemnych studniach, znajdujących się na każdem niemal podwórzu. A gdy ludzie musieli się posługiwać zgniłą, złą wodą, stojącą na dnie studni, choroby wzmagały się w zastraszający sposób.
Wkrótce nie było domu, w którym nie byłby ktoś chory na ospę, dezynteryę lub malarię.
Gordoniści mieli dużo do roboty; prawie wszyscy zajęci byli pielęgnowaniem chorych. Ci, którzy już długo żyli w Jerozolimie, nie byli przystępni zarażeniu i szli bez szkody od łóżka do łóżka. Szwedzi z Chicago, którzy spędzili już w Jerozolimie upalne lato i przywykli do miejskiego powietrza, byli dość odporni na choroby i natężenie; lecz biedni chłopi z Dalarne chorowali prawie wszyscy.
Z początku nie było to niebezpieczne; chociaż nie mogli pracować, to jednak po większej części chodzili jeszcze. Mimo to iż schudli i mieli ciągłą gorączkę, nikt nie sądził, iżby to było czemś więcej, prócz przemijającej niedyspozycyi. Ale po ośmiu dniach umarła wdowa po Birgerze Personie, a wkrótce potem jeden z jego synów. Równocześnie zaszły nowe wypadki choroby; zdawało się, jak gdyby wszyscy chłopi z Dalarne mieli uledz zagładzie.
Wszyscy chorzy czuli to samo palące pragnienie i pożądanie. Wszyscy błagali o łyk wody, o jeden jedyny łyk świeżej wody. Zdawało się, jak gdyby im do wyzdrowienia niczego więcej nie było potrzeba.
Ale gdy im podano wodę z podwórzowej studni, odwracali głowę i nie chcieli ani spojrzeć na nią. Chociaż była filtrowana i studzona, twierdzili jednak że czuć ją zgnilizną i że ma smak wstrętny. Niektórzy chorzy, którzy spróbowali ją pić, dostali boleści i skarżyli się, że ich otruto.
Pewnego przedpołudnia, gdy ten szał chorobliwy osiągnął najwyższego stopnia, siedziało kilku chłopów gwarząc w cieniu pod domem. Wszyscy mieli gorączkę, wyraźnie było to widać po ich wychudłych twarzach i zamglonych, krwią zabiegłych oczach. Nikt z nich nie pracował, ani nawet nie kurzyli z swych małych kredowych fajeczek.
Całe ich zajęcie polegało w tem, że spoglądali ku niebu, które sklepiło się nad nimi jasno i błękitnie. Przyglądali się dokładnie i najmniejsza chmurka ukazująca się na widnokręgu nie uszła ich odwagi. Wszyscy wiedzieli dobrze, że wcześniej, niż po upływie kilku miesięcy, nie mogli spodziewać się deszczu, ale skoro tylko jedna z białych letnich chmurek podniosła się na horyzoncie, wmawiali sobie, że stanie się cud i zacznie wnet padać deszcz. „Kto wie, czyli Pan Bóg nie ma zamiaru zesłać nam pomoc!“ mówili.
Obserwując z największą czujnością wzrost i poruszenia chmurki na niebie, mówili o tem, jakby to było pięknie, gdyby nagle usłyszeli grube krople uderzające o ściany i bębniące o szyby, i ujrzeli wodę spływającą z rynny i porywającą za sobą piasek i drobny żwir. Ułożyli się, że nie schronią się pod dach, gdy będzie deszcz padał; nie, będą siedzieli spokojnie i mokli od spływającej po nich wody, gdyż łaknęli jak wyschnięta ziemia tego, by na wskroś przemokli.
Ale gdy chmura wzeszła cokolwiek wyżej na błękicie, biedni chorzy musieli przyznać, iż malała i rozchodziła się. Naprzód rozpływały się puszkowe brzegi, potem dzieło zniszczenia rozpoczynało się od środka, i chmura rozpadła się w drobne płatki i pasma. A po kilku minutach znikła zupełnie.
Skoro chłopi nie widzieli więcej chmury, byli zupełnie zrozpaczeni. Starzy ludzie byli tak osłabieni chorobą, iż szybko przykryli ręką oczy, aby je ukryć na wypadek, iż opanowałby ich płacz.
Ljung Björn Olofson, który od śmierci Timsa Halfvora uważał się za naczelnika Szwedów, starał się rozweselić innych. Zaczął mówić o rzece Kidronie, która dawnymi czasy płynęła przez dolinę Jozafata i zaopatrywała obficie w wodę Jerozolimę. Miał biblię w kieszeni; otworzył ją więc i przeczytał im ustępy, w których była mowa o Kidronie.
Potem opisał im, jak potężnym strumieniem był Kidron, i że wprawiał w ruch młyny a w zimie tak czasem wzbierał potężnie, że występował z brzegów i zalewał cały kraj.
Znać było po Ljungu, jakie mu to sprawiało ukojenie, że mógł mówić o tej wielkiej wodzie, która niegdyś przepływała Jerozolimę. Z pewnością myślał wciąż o rzece i najchętniej zatrzymywał się przy tym ustępie, gdzie opisanem jest, że Dawid przeszedł przez Kidron, uciekając przed Absalonem, Ljung Björn wymalowywał im, jakby to pięknie było, gdyby bosemi nogami przejść mogli przez zimną płynącą wodę. „To byłoby jeszcze przyjemniej, niżeli pić ją“ rzekł.
Ljung Björn nie był jeszcze skończył opisu Kidronu, gdy szwagier jego Kolas Gunnar przerwał mu mówiąc, że Kidron nie wiele go obchodzi, gdyż już oddawna wysechł i znikł. Myśli natomiast bezustannie, odkąd rozpoczęły się dla nich te ciężkie czasy, o proroctwie proroka Hezekiela. W czterdziestym rozdziale, w pierwszym wierszu i w następujących, jest mowa o strumieniu, który wytryśnie u progu świątyni i przepłynie kraj cały zdążając do morza Martwego.
Kolas Gunnar mówiąc to odrzucał wciąż w tył swe czarne loki, oczy jego błyszczały, i opowiadał w taki sposób, że chłopi widzieli całkiem wyraźnie przed swymi oczyma wodę spływającą ku dolinie. Mrucząc zcicha wypływała ona z kamiennej rynny i rozlewała się w liczne mniejsze koryta, płynące między zielonemi murawami. Wierzby i topole rosły nad brzegami, wielkie rośliny wodne grubemi liśćmi słały się nad powierzchnią wód. Na dnie strumyków widniały małe, białe kamyki a woda lśniła się i pluskała, przepływając przez nie.
„I to się stać musi!“ zawołał Kolas Gunar, „gdyż jest to proroctwo boskie, które nie spełniło się jeszcze. Myślę wciąż o tem, czy ono może nie spełni się dziś, lub jutro“.
Lecz gdy to usłyszał Hök Gabriel Matson, który znajdował się również między nimi, był bardzo wzburzonym; prosił Ljunga Björna o biblię i przeczytawszy najpierw dla siebie kilka wierszy w księdze kroniki, rzekł:
„Uważajcie, to najdziwniejsza rzecz, którą słyszałem kiedykolwiek“. I przeczytał: „Po tych wypadkach przybył Sanherib w Assurze do Judei, stanął obozem przed obwarowanemi miasty i zamierzał porwać je dla siebie. A gdy Hiskiasz widział iż Sanherib przybył i miał zamiar zwalczyć Jerozolimę, naradził się z naczelnikami i możnymi i postanowili zakryć wody w studniach przed miastem; a oni pomogli mu. I zgromadził się lud i przykryli wszystkie studnie i wszystkie płynące wody w kraju i rzekli: „Ażeby królowie Assuru nie znaleźli wody, gdy przybędą“.
Gdy Gabriel to przeczytał, rzucił okiem na nagie pola, otaczające kolonie.
„Myślałem wiele o tej historyi, rzekł, i pytałem o to Amerykanów, a teraz opowiem wam o czem się dowiedziałem“.
Gabriel mówił płynnie i z łatwością podobnie jak jego ojciec Hök Matts, gdy zstąpił nań duch boży i począł przemawiać. Nie miał wprawdzie zazwyczaj kaznodziejskich zdolności, ale teraz gdy gorączka paliła mu głowę, słowa płynęły mu z ust lekko i swobodnie.
„Otóż Amerykanie opowiedzieli mi, rzekł Gabriel, „że za czasów Hiskiasza wyżyna ta pokryta była ogromną ilością drzew i krzewów. Nie udawało się wprawdzie zboże na tym gruncie kamienistym, ale było dużo ogrodów, obficie porosłych drzewami granatowymi i brzoskwiniami, krzewami róż i nardusu, szafranem, kalmusem i cynamonem wszelkiego rodzaju wonnemi roślinami i wybornymi owocami. Wszystkie te drzewa były dobrze zawodnione, gdyż z potoków i strumieni spływała woda do każdego ogrodu, a każdy właściciel miał prawo w pewnej porze dnia puścić wodę na swój ogród.
Ale pewnego dnia Hiskiasz wyruszył z wojskiem swem, rankiem, kiedy właśnie wszystkie drzewa obsypane były kwieciem. Gdy Hiskiasz przechodził ogrodami, drzewa migdałowe i brzoskwinie zasypywały go kwieciem, a powietrze napełnione było wonią balsamiczną. A u schyłku dnia gdy Hiskiasz wracał z swem wojskiem, drzewa stały tak samo jak przedtem i witały go swą czarującą wonią.
Lecz tego dnia właśnie, król Hiskiasz zatkał wszystkie źródła jerozolimskie i zatamował wielką, rzekę, przepływającą miasto. Następnego dnia nie spływała już woda do małych koryt, które wiodły ją do korzeni drzew.
Po kilku tygodniach, gdy drzewa miały zrodzić owoce, były bezsilne i wydały mało zarodków a liście wychodzące z pęczy były małe i marne.
Potem zaś nastały ciężkie czasy dla Jerozolimy, wojny i nieszczęście, nikt nie miał czasu myśleć o otwarciu źródeł i o wpuszczeniu rzeki w dawne koryto. I powymierały drzewa owocowe na wyżynach dokoła miasta, niektóre już podczas posuchy pierwszego lata, inne w drugim lub trzecim roku. I spustoszała ziemia dokoła Jerozolimy i stała się taką, jaką jest po dziś dzień“.
Gabriel podniósł czerep z ziemi i zaczął rozgrzebywać nim ziemię. „Rzecz ma się tak“, mówił dalej, iż żydzi, powróciwszy z Babilonu nie mogli już znaleść miejsca, gdzie rzeka była zatamowana, ani też zasypanych źródeł. I nie znalazł ich nikt, po dziś dzień.
My jednak, którzy tu siedzimy i łakniemy wody, dlaczego nie mielibyśmy pójść i poszukać źródeł króla Hiskiasza? Dlaczego nie wybrać się nam dla znalezienia wielkiej rzeki i tylu źródeł? Gdybyśmy je znaleźli, urosłyby znów drzewa na wyżynach i kraj ten stałby się bogatym i urodzajnym. Gdybyśmy je znaleźli, byłaby to rzecz kosztowniejsza niż znalezienie złota“.
Gdy Gabriel przestał mówić, wszyscy rozmyślali nad jego słowami i przyznali, iż może tak być, jak mówił, i że nie byłoby może rzeczą niemożliwą, odnaleść wielką rzekę. Lecz ani jeden nie ruszył się, by spróbować, ani nawet sam Gabriel nie uczynił togo. Oczywiście, że słowa jego były tylko marzeniem, którem usiłował uspokoić swoje pragnienie.
Teraz odezwał się Bo Ingmar Manson, który siedział dotychczas spokojnie słuchając, co inni mówili. Sam nie miał wprawdzie gorączki, nikt jednak nie pragnął bardziej świeżej wody od niego, gdyż Gertruda uległa również tej chorobie pragnienia. Dla niej łaknął tak silnie wody, iż zdawało mu się, że jego wargi zasychają, i nie mógł o niczem innem myśleć, tylko o źródłach i rzekach.
„Nie myślę o rzeczach tak świętych i cudownych, jak wy“, rzekł powoli, „ale od rana do wieczora myślę tylko o jednej rzece, która płynie wartko i przejrzyście, wodą lśniącą i świeżą“.
Chłopi spojrzeli nań z wielkiem napięciem wzroku.
„Myślę o strumieniu, do którego wpada wiele rzek i potoków, który wypływa z lasu szerokiem i głębokiem korytem i jest tak przejrzysty, iż można odróżnić każdy kamyk, błyszczący na dnie. I strumień ten nie wysechł, jak Kidron, i nie jest też snem tylko, jak rzeka, o której mówi Hezekiel, ani tak niemożliwym do odnalezienia, jak strumień Hiskiasza, lecz szumiąc toczy swe wody po dziś dzień. Myślę o Dalelfie, tam u nas w Dalarne“.
Nikt nie odrzekł ani słowa: wszyscy siedzieli z spuszczonemi powiekami. Odkąd padło słowo Dalelf, nikt nie mógł już myśleć o źródłach i rzekach Palestyny.
Tego samego dnia w południe zaszedł nowy wypadek śmierci. Umarło dziecko Kolasa Gunara, wesoły chłopaczek, którego wszyscy ogromnie lubili.
Lecz zaszła ta rzecz nadzwyczajna, że zdawało się iż nikt nie żałuje za dzieckiem, a natomiast ogarnęło wszystkich Dalarczyków przerażenie, którego żadną miarą nie potrafili pokonać. Śmierć małego chłopaczka wydawała się im jak gdyby ostrzeżeniem, że żadnemu z nich nie uda się przezwyciężyć choroby.
Podjęto jak zwykle szybkie przygotowania, do pogrzebu, lecz ci, którzy ciosali trumnę, pytali się kto też wnet dla nich pracę tę spełni, ci zaś którzy przebierali zmarłego mówili o tem, jak chcieliby aby z nimi uczyniono, gdy umrą. „Jeżeli mnie przeżyjesz“, mówiła jedna kobieta do drugiej „nie zapomnij, że chciałabym być pochowaną w mojej własnej sukni“.
„Ty zaś nie zapomnij“, rzekła jej towarzyszka, „że chciałabym aby mi trumnę ubrano w czarną krepę, i ażebym obrączkę ślubną wzięła z sobą do grobu“.
Gdy się to działo, rozeszła się wieść o dziwnym planie między kolonistami. Nikt nie wiedział, kto pierwszy wyrzekł owe słowa, ale gdy były wyrzeczone, wszyscy zwrócili na nie uwagę, zaczęli nad niemi rozmyślać i dziwić się im. I jak to zwykle bywa jeżeli ktoś zrobi propozycyę jakąś wydaje się ona zrazu wszystkim nierozsądną i niewykonalną, ale po chwili wydaje im się całkiem rozumną i jedyną rzeczą możliwą do zrobienia.
Wkrótce nie mówiono o niczem innem w całej kolonii, między zdrowymi i chorymi, Amerykanami i Szwedami.
„Byłoby może najlepiej, gdyby ludzie z Dalarne wrócili do ojczyzny“, mówiono.
Nikt z Amerykanów nie mógł ukrywać przed sobą, że wyglądało tak, jak gdyby wszyscy chłopi mieli pomrzeć w Jerozolimie. Chociażby więc smutną było rzeczą, gdyby tylu ludzi dobrych i uczciwych miało opuścić kolonię, to jednak trudno było znaleść inne wyjście. Lepiej było wszakże, aby wrócili i w swoim własnym kraju służyli sprawie Bożej wedle możności, niż iżby mieli wyginąć tu w świętem mieście.
Szwedom zdawało się zrazu rzeczą wprost niemożliwą, żeby porzucili tę krainę z tyloma świętemi miejscami i pamiątkami, i drżeli na samą myśl powrotu do niepokojów i swarów świata, gdy już przyzwyczaili się do spokojnego, zgodliwego współżycia w kolonii, a byli i tacy, którzy sądzili iż raczej woleliby umrzeć, niż powrócić.
Później jednak myśl o ojczyźnie przedstawiała im się tak ponętnie i wabiąco, że myśleli: „Może w istocie nie ma innego wyjścia i musimy wyjechać“.
Nagle zadźwięczał dzwon wzywający kolonistów na mszę i do zebrań w spólnej sali. Wszyscy byli wzburzeni i prawie przestraszeni, gdy zrozumieli, że pani Gordon zwołuje ich, aby omówić wspólnie sprawę powrotu. Szwedzi nie wiedzieli wprawdzie sami jeszcze dokładnie czego właściwie chcieli, ale była już pewna ulga w samej myśli, że mogą ujść śmierci i chorobie. To okazało się najwyraźniej w tem, że kilku z nich, którzy byli ciężko chorzy, wstali i ubrali się, aby udać się do sali zboru.
W sali nie było takiego spokoju i porządku jak podczas zwykłego posiedzenia. Nikt nie usiadł, ludzie tworzyli tu i ówdzie grupy i rozmawiali. Wszyscy byli bardzo wzburzeni, a najgorliwiej mówił Helgum. Poznano po nim, że on, który nakłonił Dalarczyków do wyjazdu do Jerozolimy, dręczony był obecnie ciężką odpowiedzialnością, jaką wziął na siebie. Chodził od jednego do drugiego, namawiając ich do powrotu.
Pani Gordon była bardzo blada, wyglądała znużona i cierpiąca i zdawała się być tak niepewną tego, co miała postanowić, że lękała się rozpocząć naradę. Nigdy jeszcze nie widziano jej tak niezdecydowaną.
Szwedzi milczeli prawie wszyscy. Byli zbyt chorzy i przytępieni, aby mogli sami powziąć postanowienie, czekali więc cierpliwie, co inni dla nich uradzą.
Kilka młodych amerykanek przyjęte były ogromną litością dla nich. Ze łzami w oczach prosiły, ażeby tych biednych chorych ludzi wysłano rychło do domu, zanim tu pomrą.
Gdy tak rozprawiano żywo za i przeciw otwarły się drzwi prawie bez szelestu i weszła córka Ingmarów Karina.
Karina zapadła i pochyliła się nadzwyczajnie. Postarzała się straszliwie; twarz jej była całkiem mała i ściągnięta, włosy posiwiały zupełnie.
Od śmierci Halfvora Karina rzadko wychodziła z swego pokoju. Siedziała samotnie w dużem krześle, które sporządził był dla niej Halfvor. Czasem cerowała lub szyła coś dla dwojga dzieci, które jej jeszcze zostało, najczęściej jednak siedziała z założonemi rękami patrząc cicho przed siebie.
Nie można było skromniej wejść do pokoju, niż Karina, lecz mimoto uciszyło się nagle w sali, gdy weszła, i wszyscy zwrócili się ku niej i spojrzeli na nią.
Powoli i pokornie przesuwała się Karina po sali. Nie szła środkiem pokoju, lecz wzdłuż ściany, aż doszła do pani Gordon.
Pani Gordon postąpiła parę kroków naprzeciw niej i podała jej rękę.
„Zgromadziliśmy się tu, aby naradzić się co do waszego powrotu“, rzekła pani Gordon do niej. „Jak zapatrujesz się na to Karino?“
Przez chwilę Karina zapadła się w sobie, jak gdyby ktoś wymierzył był w nią cios. W oczach jej zabłysła głęboka tęsknota. Z pewnością ujrzała przed sobą stary swój dwór i myślała o tem, że będzie mogła raz jeszcze usiąść przy ogniu w swej sali, lub stać u bramy i patrzyć, jak w piękny wiosenny poranek pędzono bydło na paszę.
Lecz trwało to tylko chwilkę; szybko wyprostowała się, a twarz jej przybrała zwykły wyraz nieugiętej wytrwałości.
„Powiem wam to jedno“, rzekła Karina po angielsku i tak głośno, że wszyscy obecni słyszeli. „Głos Boży powołał nas, abyśmy udali się do Jerozolimy. Czy ktoś z was słyszał może głos Boży wzywający was do powrotu?“
Głębokie milczenie zaległo w sali, gdy Karina wygłosiła swoje pytanie. Nikt nie ośmielił się od powiedzieć ani słowa.
Lecz Karina miała gorączkę, jak wszyscy inni, ledwie skończyła, mówić, widzieli obecni, że zachwiała się i byłaby upadła, dyby pani Gordon nie była jej otoczyła ramieniem i wyprowadziła.
Gdy Karina przechodziła obok swych dawnych przyjaciół ze wsi, kilka z nich pozdrawiało ją mówiąc: „Dziękujemy ci, Karino“.
Gdy drzwi zamknęły się za Kariną amerykanie zaczęli znów mówić o wyjeździe Szwedów, jak gdyby nic nie było zaszło. Szwedzi nie odpowiadali ani słowa, ale jeden po drugim wymykał się z sali.
„Dlaczego odchodzicie? zapytał jeden z amerykanów. „Skoro pani Gordon powróci, rozpocznie się dopiero posiedzenie“.
„Czyż nie widzicie, że wszystko już rozstrzygnięte?“ rzekł Ljung Björn. „Dla nas nie potrzebujecie odbywać posiedzenia. Zapomnieliśmy o tem wprawdzie, lecz teraz wiemy na nowo, że tylko sam Bóg może rozstrzygać o naszym powrocie“.
I z podziwieniem zauważyli amerykanie, że Ljung Björn i wszyscy jego towarzysze, podnieśli wyżej głowy i nie wyglądali już tak pomieszani i przygnębieni, jak przedtem, gdy przyszli na zebranie.
Wróciły im siły i wytrwałość, gdy ujrzeli jasno przed sobą swą drogę i nie myśleli o tem, by uciekać przed niebezpieczeństwem.


∗             ∗

Gertruda leżała chora w malej izdebce, którą zajmowała przedtem razem z Gunhildą. Było tam wesoło i ładnie. Bo i Gabriel sporządzili sami meble; były lepszej roboty i bardziej ozdobne, niż meble w innych pokojach. Białe firanki i osłony do łóżka Getruda utkała sama i ozdobiła je mereszkami i koronkami.
Po śmierci Gunhildy sprowadziła się do pokoju Gertrudy jedna z dziewcząt szwedzko-amerykańskich, Betsy Nielsen, która zaprzyjaźniła się bardzo z Gertrudą. Gdy Gertruda zachorowała, Betsy pielęgnowała ją z wielką miłością.
Było to wieczorem tego samego dnia, gdy postanowiono na owem walnem zebraniu, że Dalarczycy nie wyjadą z Jerozolimy. Gertruda miała silną gorączkę; leżała w łóżku i mówiła bezustannie; Betsy siedziała przy niej i tylko tu i ówdzie odpowiadała słowo dla uspokojenia jej.
Wtem nagle ujrzała Betsy, że drzwi otwarły się z cicha i wszedł Bo. Wystrzegał się, by nie zrobić najmniejszego szelestu, przycisnął się do ściany i zatrzymał się u wejścia. Gertruda nie zauważyła jego wejścia, lecz Betsy zwróciła się gwałtownie ku niemu, chcąc go wyprosić z pokoju chorej.
Lecz gdy spojrzała mu w twarz, zmiękło jej serce i uczuła wielką litość nad nim. „O Boże! sądzi zapewne, że Gertruda umiera! Myśli, że nie ma dla niej ratunku, odkąd Dalarczycy postanowili zostać w Jerozolimie“, pomyślała.
Zrozumiała naraz jak bardzo pokochał Gertrudę, mówiła w duchu: „Lepiej niech biedak tu zostanie. Nie mam serca bronić mu, by ją widział, jak długo to możliwe“.
Pozwoliła mu więc zostać przy drzwiach tak, iż słyszał każde słowo, które mówiła Gertruda. Gorączka jej nie była tak silna, aby mówiła nieprzytomnie, ale wciąż wspominała o kwiatach i o rzekach, tak samo jak inni chorzy, i bezustannie skarżyła się na dręczące ją straszliwe pragnienie.
Betsy nalała wody do szklanki i podała jej mówiąc: „Napij się tej wody Gertrudo, ona nie jest zła“.
Gertruda wyprostowała się trochę na poduszkach, wzięła szklankę i dotknęła jej się ustami. Lecz zanim jeszcze skosztowała, odrzuciła w tył głowę. „Czy nie czujesz jak strasznie cuchnie ta woda?“ zapytała z wyrzutem. „Chcesz mnie z pewnością zabić“.
„Ta woda nie ma ani złego smaku ani złej woni“, rzekła Betsy łagodnie. „Jest ona specyalnie oczyszczona dla chorych, aby mogli ją pić bezpiecznie“.
Chciała przynaglić Gertrudę, aby piła, ona jednak odtrąciła szklankę tak gwałtownie, że woda rozlała się na kołdrę.
„Widzisz przecie, że i tak jestem bardzo chorą, dlaczego więc chcesz mnie jeszcze truć?“ rzekła.
„Byłoby ci lepiej, gdybyś tylko skosztowała wodę“, nalegała Betsy.
Gertruda nie odpowiadała nic, ale po chwili zaczęła łkać i płakać.
„Drogie dziecko, dlaczego płaczesz?“ zapytała Betsy.
„Straszna to rzecz, że mi nikt nie chce dać wody przydatnej do picia“, skarżyła się Gertruda, „ze leżę tu i muszę zginąć z pragnienia, i nikt nie ma ze mną litości!“
„Wiesz przecie, że chętniebyśmy ci pomogli, gdyby to było możliwe, rzekło Betsy, gładząc rękę chorej.
„Dlaczegóż nie chcecie mi dać wody?“ łkała Gertruda. „Tylko z tego straszliwego pragnienia zachorowałam i z chwilą gdybym napiła się świeżej wody, wyzdrowiałabym“.
„W całej Jerozolimie nie ma lepszej wody od tej“, rzekła Betsy zasmucona.
Ale Gertruda nie słuchała jej.
„Nie byłoby mi tak źle, gdybym nie wiedziała, że jest przecie w Jerozolimie lepsza woda“, skarżyła się. »Muszę tu zginąć z pragnienia, a w Jerozolimie jest cała studnia pełna świeżej czystej wody!“
Bo drgnął usłyszawszy te słowa i spojrzał pytająco na Betsy. Ale ona ruszyła ramionami i potrząsła głową. „Ona sobie to wmawia“, zdawała się mówić.
Gdy jednak Bo spojrzał raz jeszcze na nią pytająco, Betsy próbowała skłonie Gertrudę, ażeby wyjaśniła, co ma na myśli.
„Zdaje mi się, że nigdzie w Jerozolimie nie ma wody źródlanej“, rzekła.
„Dziwna rzecz, że taką masz złą pamięć«, rzekła Gertruda. „A może nie byłaś wtedy z nami, gdy zwiedzaliśmy stary plac, gdzie niegdyś stała świątynia żydowska?“
„I owszem, byłam z wami“.
„Nie było to w Moszei Omara“, rzekła Gertruda, przypominając sobie „nie było to w tej pięknej moszei na środku placu, lecz w starej i brzydkiej, która stoi po stronie poprzecznej. Czy nie przypominasz sobie, że była tam studnia?“
„Tak przypominam sobie to“, rzekła Betsy, ale nie rozumię, dlaczego woda z tej studni wydaje ci się lepszą niż każda inna“.
„Ciężko to dla mnie, że muszę tyle mówić, mając tak piekące pragnienie, skarżyła się Gertruda. Mogłaś przecie spamiętać sobie także, co opowiadała o studni panna Young“.
Było jej rzeczywiście trudno mówić z wyschniętemi wargami i palącem gardłem, lecz zanim jeszcze Betsy zdołała odpowiedzieć coś, opowiadała już gorliwie, co słyszała o studni.
„Jest to jedyna studnia w Jerozolimie, która ma zawsze dobrą wodę“, rzekła. „A to pochodzi stąd, iż źródło jej wypływa w raju“.
„Ciekawam, skąd ty lub ktokolwiek inny może to wiedzieć“, rzekła Betsy z lekkim uśmiechem.
„A jednak wiem“, rzekła Gertruda poważnie; „Widzisz panna Young opowiadała nam, że pewnego lata, podczas strasznej posuchy, przyszedł raz biedny woziwoda do moszei po wodę. Zawiesił swe wiadro na haku wiszącego ponad studnią powroza i spuścił je w dół. Ale gdy wiadro uderzyło o wodę, wypadł hak i został na dnie studni. Zrozumiesz przecie, że człowiek ów nie chciał stracić swego wiadra?“
„Tak, rozumie się“, rzekła Betsy.
„Sprowadził więc rychło innych woziwodów i oni spuścili go do studni“.
Gertruda podniosła się na łokciach i spojrzała na Betsy błyszczącemu od gorączki oczami.
„Zeszedł do wielkiej głębi“, ciągnęła dalej, „a im głębiej spuszczał się, tem bardziej się dziwił, gdyż z głębi dochodziło go łagodne światło. A gdy nareszcie czuł grunt pod nogami, uciekła gdzieś woda a przed nim roztoczył się najpiękniejszy ogród. Nie było wprawdzie słońca ani księżyca, ale rozlegało się słabe światło dzienne, tak że mógł wszystko widzieć dokładnie. Najdziwniejsze było to, że wyglądało tak, jakby tam na dole wszystko było uśpione, kwiaty miały zamknięte kielichy, liście były złożone na gałązkach, a trawa leżała na ziemi. Najwspanialsze drzewa pochylały się w śnie ku sobie a ptaki siedziały nieruchomie na wierzchołkach. I nie było tam ani czerwonych, ani zielonych barw, lecz wszystko było jak popiół szare, a mimoto — możesz sobie wyobrazić, że było cudnie piękne“.
Gertruda opowiadała bardzo rozwlekłe, jak gdyby zależało jej bardzo na tem, aby Betsy jej wierzyła.
„I cóż się stało z tym człowiekiem?“ zapytała Betsy?
„O z początku był bardzo zdziwiony, i pytał się, gdzie też się znajduje, lecz potem bał się, iż ludzie, który go wdół spuścili, stracą cierpliwość, gdy będzie się zbyt długo wahał. Lecz zanim kazał się znów wyciągnąć na powierzchnię ziemi, poszedł na miejsce, gdzie stało największe i najpiękniejsze drzewo całego ogrodu, ułamał gałązkę i wziął ją ze sobą“.
„O gdyby był lepiej został tam jeszcze chwilkę!“ rzekła śmiejąc się Betsy.
Ale Gertruda nie dała sobie przeszkodzić, lecz mówiła dalej:
„Gdy znalazł się znów na górze z swymi przyjaciółmi, opowiedział im co widział i pokazał im gałązkę, którą zerwał. I pomysł sobie, z chwilą, gdy gałązka znalazła się pod wpływem powietrza i światła, zaczęła budzić się do życia. Liście jej rozwinęły się; straciły swój szary kolor i stały się świeże i lśniąco zielone. A gdy to widział woziwoda i jego przyjaciele, zrozumieli, iż był tam na dole ogród rajski, który leży w ziemi pod Jerozolimą i śpi, aż do chwili Sądu Ostatecznego, kiedy to wnijdzie na powierzchnię ziemi napo wrót w nowem świetle i nowym blasku“.
Oddechając ciężko, Gertruda po tych słowach upadła na poduszki.
„Kochana Gertrudo, męczy cię to zanadto, gdy tak wiele mówisz“, rzekła Betsy.
„Muszę przecie mówić, abyś zrozumiała, dlaczego właśnie w tej studni jest zawsze dobra woda“, westchnęła Gertruda, „ale historya moja dobiega już końca. Naturalnie, że nikt niebyłby uwierzył owemu człowiekowi, że był w ogrodzie rajskim, gdyby nie był przyniósł z sobą gałązki. Ona zaś niepodobną była do żadnego gatunku drzew, rosnących na ziemi, i dlatego przyjaciele jego chcieli szybko spuścić się również do studni, aby ujrzeć raj. Ale oto, woda wróciła do studni i chociaż ludzie ci najgłębiej zanurzali się, nie natrafili na grunt“.
„Tak, więc po woziwodzie owym, nikt już więcej nie widział raju?“
„Nie, nikt więcej i od tego czasu nigdy też woda nic znikła, tak że nikomu nie udało się dosięgnąć dna studni chociaż próbowało wielu, nieskończenie wielu“.
Gertruda westchnęła głęboko; potem zaczęła znów mówić. „Zdaje mi się, że przyczyną tego jest to, że nie powinniśmy za życia widzieć raju“.
„Tak, rzecz się ma z pewnością tak“, rzekła Betsy.
„Ale dla nas najważniejszą jest rzeczą wiedzieć o tem, że raj jest tam na dole, że spoczywa we śnie i czeka na nas“.
„Tak, w istocie“.
„Teraz zrozumiesz też Betsy, że wtej studni, która ma swój początek w raju musi być zawsze świeża, czysta woda“.
„Ach droga Gertrudo, gdybym tylko mogła postarać się dla ciebie o tę wodę, której tak bardzo pragniesz!“ rzekła Betsy z smutnym uśmiechem.
Właśnie gdy to Betsy mówiła, jedna z jej małych sióstr otworzyła drzwi i skinęła na nią.
„Betsy, mama zachorowała“, rzekło dziecko, „leży w łóżku i prosi, abyś przyszła“.
Betsy była w kłopocie, nie wiedziała, czy może opuścić Gertrudę. Ale po chwili powzięła postanowienie i zwracając się do Boa, który wciąż jeszcze stał przy drzwiach, rzekła:
„Czy mógłbyś zostać przy Gertrudzie i czuwać nad nią podczas mojej nieobecności?
„Tak“, rzeki Bo. „Będę czuwał nad nią; o ile mogę najlepiej“.
„Spróbuj nakłonić ją do picia, ażeby przestała wierzyć, iż musi zginąć z pragnienia“, szepnęła mu Betsy na odchodnem.
Bo usiadł teraz na miejscu Betsy obok łóżka, a Gertrudzie zdawało się być zupełnie obojętnem kto siedział przy niej, Betsy, czy on. Mówiła wciąż jeszcze o rajskiej studni, uśmiechała się i wyobrażała sobie, jak orzeźwiająca świeża i czysta musiała to być woda.
„Widzisz Bo, nie mogę przekonać Betsy, że woda w tej studni lepsza jest niż we wszystkich innych“, skarżyła się. Dlatego też nie stara się sprowadzić jej dla mnie“.
Bo zagłębił się w rozmyślaniu.
„Myślę o tem, rzekł, czy nie mógłbym sam pójść tam i przynieść ci trochę tej wody“.
Gertruda przelękła się bardzo i przytrzymywała go za rękaw, aby nie poszedł.
„O nie, nie myśl o tem, skarżę się tylko przed Betsy, ponieważ mam takie straszne pragnienie. Wiem przecie dobrze, że ona nie może mi sprowadzić wody z tej studni rajskiej; panna Young powiedziała, że mahometanie uważają ją za tak świętą, iż za nic w świecie nie pozwoliliby chrześcijaninowi zaczerpnąć z niej wody“.
Bo milczał przez chwilę, ale wciąż myślał o tem, co słyszał. „Mógłbym się przebrać za Mohametanina“, rzekł w końcu.
„Nie, nie myśl nawet o tem“, rzekła Gertruda, „to bardzo nierozumnie z twej strony“.
Ale Bo nie chciał porzucić planu. „Pomówię z starym szewcem, który mieszka tam na dole i robi nam trzewiki, on pożyczy mi może ubranie“, rzekł.
Gertruda leżała cicho i rozmyślała. „Czy szewc siedzi dziś?“ zapytała.
„Tak“, odrzekł Bo.
„Ach, wiem, że nic z tego nie będzie“, westchnęła Gertruda.
„Myślę, że spróbuję może zrobić to dziś popołudniu, gdy nie będzie już niebezpieczeństwa dostania udaru słonecznego“, rzekł Bo.
„Czy ty jednak nie boisz się strasznie? Pamiętaj o tem, że Mohametanie zabiliby cię, gdyby poznali, że jesteś chrześcijaninem“.
„Ach, nie będę się lękał niczego, skoro tylko będę dobrze przebrany, z czerwonym fezem i białym turbanem, w podartych żółtych pantoflach i z płótnianką tak podniesioną jak zwykle u woziwody“.
„Ale w co nabierzesz wody?“
„Wezmę dwa duże miedziane cebry i poniosę je koromesłem na plecach“, rzekł Bo.
Zauważył, że w Gertrudę wstąpiło jakby nowe życie na samą myśl, że pójdzie po tę wodę, chociaż wciąż jeszcze sprzeciwiała się. Ale w tejże chwili zrozumiał także, jak niemożliwem było to przedsięwzięcie. „O Boże mój“, pomyślał, „nie mogę przecie udać się na plac przed świątynią i zaczerpnąć tam wody, gdyż Mahometanie strzegą go tak, że chrześcijanin nie śmie tam przystąpić. Bracia nasi w kolonii nie pozwoliliby mi nawet spróbować tego chociażbym i chciał. A zresztą na nic by się to nie przydało, gdyż w tej tak zwanej rajskiej studni woda jest z pewnością taka zła, jak i wszędzie“.
Podczas gdy to rozważał, Gertruda zadziwiła go bardzo, mówiąc: „O tej porze dnia jest też bardzo mało ludzi na ulicy“.
„Ona teraz z pewnością liczy na to, że pójdę“, pomyślał Bo, „a to się dobrze złapałem. Gertruda ma minę bardzo zadowoloną; nie mam doprawdy odwagi powiedzieć jej, że to niemożliwe“.
„Tak, to prawda“, odrzekł potem wahając się; „aż do bramy Damaszku z pewnością wszystko poszłoby dobrze, gdybym tylko nie spotkał żadnego z kolonistów“.
„Czy sądzisz że oni zabroniliby ci iść tam?“ zapytała Gertruda z wyrazem trwogi.
Bo chciał właśnie powiedzieć coś w tym rodzaj, aby módz zarzucić cały plan, ale widząc jej trwogę, nie miał serca to uczynić.
„Nie, nie zabronią mi“, rzekł wesoło, zresztą nie poznają mnie wcale, gdy będę przebrany ,za woziwodę i zobaczą mnie z wielkimi miedzianemi cebrami“.
Gertruda uspokoiła się i myśli jej przyjęły inny kierunek.
„Czy te wiadra są tak wielkie?“
„O tak, możesz być pewną, że będziesz z nich mogła pić przez wiele dni“.
Gertruda umilkła, lecz spoglądała na Boa wzrokiem tak błagalnym, jak gdyby go prosić chciała, aby mówił dalej; i nie mógł się jej oprzeć.
„Gorzej będzie, gdy dojdę do bramy Damaszku“, rzekł, i nie wiem, jak się przedostanę przez ten tłum ludzi“.
„Przecie i inni wodziarze czynią to samo“, rzekła Gertruda gorliwie.
„Tak, to prawda, ale tam są nietylko ludzie, ale i wielbłądy", rzekł Bo, starając się wynajdywać wszelkie trudności.
„Czy sądzisz, że długo tam będziesz wstrzymany?" zapytała chora niespokojnie.
I znów jak poprzednio Bo czuł, że nie odważy się powiedzieć Gertrudzie, że cała rzecz będzie niemożliwa, powiedział więc: „Gdybym miał wodę w wiadrach, musiałbym długo czekać, ale że są próżne, łatwiej mi jakoś przewinąć się między ludźmi“.
Bo milczał teraz; wtem Gertruda wyciągnęła chudą swą rękę i pieściła nią rękę Boa. „Jakiś ty dobry, że idziesz po tę wodę dla mnie“, rzekła.
„O mój Boże, dopomóż mi! siedzę tu i wmawiam w nią, że ta rzecz jest naprawdę wykonalna“, myślał Bo. Ale gdy Gertruda wciąż jeszcze gładziła jego rękę, zaczął jej opisywać dalszą swą drogę. „Idę potem prostą drogą, aż dojdę do Via Dolorosa“, rzekł.
„Tak, tam nie ma nigdy wielu ludzi“, rzekła Gertruda wesoło.
„Nie, nie spotkam tam nikogo, chyba kilka starych zakonnic“, rzekł Bo szybko i mogę bez przeszkody dostać się do Seraju i do więzień“.
Bo umilkł znowu, lecz Gertruda wciąż jeszcze pieściła jego rękę. Była to niema prośba aby dalej mówił. „Zdaje mi się, że pragnienie mniej ją dręczy, jeżeli mówię o tem, że idę po wodę“, pomyślał. „Muszę opisywać dalej, jak mi się powiedzie“.
„Koło domu karnego znajduję się znów w pośród tłumu i hałasu, bo jak zwykle policjanci nadchodzą z złodziejem, którego mają zamknąć, i natychmiast zbiera się cała gromada ludzi, aby się dowiedzieć szczegółów“.
„Ty jednak starasz się przejść o ile można szybko“, rzekła Gertruda gorliwie.
„Nie, nie mogę umknąć, bo wszyscy poznaliby wnet, że nie jestem krajowcem, właśnie muszę stanąć i słuchać, jak gdybym chciał się dowiedzieć o co rzecz idzie“.
„I na cóż ci się to przyda, skoro nie rozumiesz co mówią?“
„O tyle już rozumię, że jest mowa o człowieku, który coś skradł“.
„Gdy nareszcie wszyscy zrozumieli, że już złodzieja więcej nie ujrzą, rozchodzi się tłum i mogę iść dalej. Muszę teraz przejść jeszcze przez ciemną bramę, poczem jestem już na placu przed świątynią. Ale jestem przekonany, że gdy omijam właśnie ostrożnie małe dziecko, śpiące na ulicy jakiś smarkacz podstawi mi nogę, tak że potknę się i wyrwie mi się nagle szwedzkie przekleństwo. Przestraszony, spoglądam na dzieci, czy też niczego nie zauważyły. Lecz widzę, że leżą obojętnie na ziemi i tarzają się w błocie, jak przedtem“.
Ręka Gertrudy leżała jeszcze na ręce Boa, który z tego powodu wpadł wprost w zuchwały humor i czuł, że dla przypodobania się jej mógłby mówić i robić niestworzone rzeczy; zdawało mu się, jak gdyby dziecku opowiadał bajkę i bawiło go to, że opowiadanie swe mógł przeplatać najrozmaitszemu awanturami. „Muszę teraz całą historyę zrobić z tej wyprawy“, pomyślał, „ponieważ Gertrudę widocznie to cieszy, a później znajdę już jakiś sposób zboczenia z drogi“.
„Przychodzę więc na wielki plac przed świątynią i stoję w samem słońcu“, mówił dalej, „ale powiadam ci, że w pierwszej chwili zapominam o wszystkiem, o sobie, o studni i o wodzie, po którą idę“.
„Cóż to dla Boga stało się takiego?“ pyta Gertruda uśmiechając się doń.
„Nic się nie stało“, odrzekł Bo z zupełnym spokojem, „tylko że nagle jest przedemną wszystko tak jasne i piękne i spokojne w porównaniu z czarnem miastem, z którego przyszedłem, że nie mogę iść dalej, lecz muszę zatrzymać się i patrzyć dokoła siebie. I właśnie widzę przed sobą piękną moszeę Omara na wzgórzu wpośród placu i wiele pawilonów i bram i stopni i pięknych murowanych studni dokoła. A potem tyle wspomnień! Jeźli pomyślę, że stoję na starym placu żydowskiej świątyni, pragnę, ażeby dwie płyty kamienne pokrywające ziemię mogły przemówić i opowiedziały, co się tu działo!“
„Ale może to niebezpiecznie, że stoisz tu i patrzysz z takiem zdziwieniem“, rzekła chora.
„Gertruda chciałaby pewnie, abym rychło z tą wodą powrócił“, pomyślał Bo, „dziwne to, z jakiem przejęciem mówi o tem, tak jakby sądziła, że jestem doprawdy w drodze do rajskiej studni“.
W rzeczywistości jednak, Bo znajdował się w podobnym stanie umysłu, opowiadał teraz z takim zapałem, że widział przed sobą cały plac w świątyni i mówił o swych przygodach, jak gdyby mu się w istocie zdarzyły.
„O, nie zatrzymuję się tam długo“, rzekł, „lecz mijam moszeę Omara i wielkie ciemne cy prysy z południowej strony, oraz wielki basen wodny o którym powiadają, że jest to miedziane morze świątyni Salomona. I gdzie tylko przychodzę, wszędzie leżą ludzie wyciągnięci na płytach kamiennych i smażą się w świetle słonecznem. Tu bawią się dzieci, tam śpią leniuchy, a derwisz jakiś siedzi na ziemi otoczony swymi uczniami. Mówiąc, przegina wciąż ciało wprzód i w tył a patrząc nań myślę mimowoli: Tak z pewnością siedział tu Zbawiciel na placu świątyni i uczył. Gdy o tem myślę, Derwisz podnosi głowę i przypatruje mi się. Zrozumiesz, że czuję przestrach, bo ma wielkie czarne oczy, które wnikają aż do głębi duszy“.
„Oby tylko nie poznał, że nie jesteś prawdziwym woziwodą“ rzekła Gertruda.
„O nie, zdaje się, że nie jest wcale zdziwiony moim widokiem, ale wkrótce przechodzę obok kilku prawdziwych wodziarzy, stojących przy studni i wyciągających wiadra. Wołają mnie, odwracam się i robię znak, że muszę wejść do moszei, wtedy wszystko się ucisza“.
„Straszna rzecz, skoro spostrzegą, że nie jesteś mahometaninem“.
„Odwracam się raz jeszcze za nimi, ale widzę ie są do mnie odwróceni plecami i rozmawiają między sobą“.
„Może spostrzegli coś, co dla nich ważniejsze niżeli ty?“
Zdaje mi się, że tak.
„Nakoniec jestem w starej moszei El-Aska, gdzie znajduje się rajska studnia“, rzekł Bo, i przechodzę tuż obok dwóch filarów w bramie, które stoją tak blisko siebie, i o których, jak wiesz, podanie mówi, że tylko sprawiedliwy może przejść między nimi. Otóż, mówię w duchu, dziś nie mogę nawet próbować przecisnąć się między filarami, dziś właśnie, kiedy przychodzę tu z zamiarem skradzenia wody“.
„Jak możesz myśleć coś podobnego“, przerwała mu Gertruda „to przecie najlepszy czyn jaki popełniłeś w twem życiu“.
Gertruda leżała teraz z błyszczącemi oczami pełna radośnego oczekiwania. Miała tak silną gorączkę w tej chwili, że nie mogła oddzielić fantazyi od rzeczywistości, i była silnie przekonana że Bo jest rzeczywiście w drodze do studni rajskiej, aby z niej zaczerpnąć wody.
„Wyłażę tedy z pantofli i wchodzę do moszei El-Aska“, ciągnął Bo dalej. Czuł, że opowiadanie tej całej historyi przychodzi mu nadzwyczaj łatwo i tylko niepokoił się tem, jakim sposobem w końcu powie Gertrudzie, że nie może jej w rzeczywistości przynieść tej wody.
Gdy wchodzę, widzę natychmiast studnię na lewo wpośród całego lasu filarów. Wisi nad nią winda z powrozem i hakiem, tak że łatwo jest spuścić wiadra i napełnić je wodą. A powiadam ci, że woda, którą wyciągam ze studni jest zupełnie czysta i lśniąca. „Skoro Gertruda tylko zobaczy tę wodę i skosztuje ją, wyzdrowieje z pewnością“, myślę, wyciągając wiadra“.
„Ach, gdybyś już prędko mógł z niemi wrócić, rzekła Gartruda.
„Ach wiesz“, mówił Bo dalej, „teraz nie jestem wcale tak spokojnym, jak skoro przyszedłem. Teraz gdy już mam wodę, opanowuje mnie straszna trwoga że mogliby mi ją odebrać. I gdy zwracam się ku drzwiom, aby wyjść, czuję się jeszcze bardziej zatrwożonym, gdyż zdaje mi się, że słyszę wołania i krzyki“.
„Ach, cóż to się stało?“ zapytała Gertruda, a Bo widział że zbladła ze strachu. Ale wyobraźnia jego była tak podniecona zajęciem, z jakiem Gertruda oczywiście przysłuchiwała się jego opowiadaniu, że zawołał:
„Co się stało? Powiem ci to zaraz. Cała Jerozolima napada na mnie“. Przerwał na chwilę opowiadanie, aby dać wyraz trwodze i przerażeniu, a potem mówił dalej; „Tak, wszyscy ci, którzy tam próżniacząc leżeli na kamiennych płytach» stoją, teraz i krzyczą głośno przed moszeą El-Aska. A krzyki ich zwołują z wszystkich stron ludzi. Z moszei Omara wybiega najwyższy kapłan w wielkim turbanie i lisiem futrze, z rozmaitych wyjść przybiegają dzieci ze wszystkich rogów placu świątyni przybiegają wszyscy włóczędzy, którzy dopiero co wylęgali się i spali. I nie widzę przed sobą nic innego prócz ściśniętych pięści, krzyczących ludzi i wzniesionych ramion. I widzę przed oczyma swojemi wielką mieszaninę brunatno prążkowanych płaszczów i powiewających szat, czerwonych pasów i żółtych pantofli, tupiących o ziemię“.
Bo spojrzał na Gertrudę, opowiadając o tem. Ona nie przerwała mu żadnem pytaniem, lecz słuchała z największem napięciem, tylko w trwodze podniosła się cokolwiek na poduszkach.
„Nie rozumię naturalnie ani słowa z tego co wykrzykują“, mówił dalej Bo, „tyle jednak rozumię, że są wściekli, ponieważ chrześcijanin ośmielił się zaczerpnąć wody z studni rajskiej“.
Gertruda padła trupio blada na poduszki.
„Tak, rozumię. że nie możesz mi przynieść wody“, rzekła bezdźwięcznie.
„Nie, nie tak łatwa to rzecz“, myślał Bo w duszy, lecz widząc jej trwogę, zmiękł na nowo.
„Zdaje mi się, że przecie muszę rzecz tak urządzić aby woda z studni rajskiej dostała się do Gertrudy“, myślał.
„Czy chcą ci zabrać wodę?“ zapytała Gertruda.
„Nie, z początku krzyczą wszyscy i sami nie wiedzą czego chcą“.
Bo zatrzymał się na chwilę, nie wiedział bowiem, jak się wydostać z tej matni. Lecz Gertruda sama przyszła ma z pomocą, mówiąc:
„Miałam nadzieję, że ten, który siedział na ziemi i mówił do swych uczniów, wyratuje cię“.
Bo odetchnął swobodniej. „Żeś ty to mogła odgadnąć!“ zawołał.
„Widzę teraz, że kapłan z moszei w pięknem lisiem futrze, wydaj e ludziom rozkazy“, mówił dalej, „i natychmiast kilku z nich wyciąga sztylety z za pasa i rzuca się na mnie. Widocznie mają zamiar zabić mnie na miejscu. Ale dziwne to przecie, że ani trochę nie lękam się o życie, lecz boję się tylko jednej rzeczy, że mogliby mi rozlać wodę. I gdy ci ludzie nacierają na mnie z wściekłością, stawiam naturalnie wiadra na ziemię i zasłaniam je sobą. A gdy już dotykają mnie wyciągam ramiona dla obrony i odpycham ich z całej siły. Mają miny zupełnie zdziwione, gdy padają na ziemię, gdyż nigdy jeszcze nie doświadczyli, co to znaczy zmierzyć się z Dalarczykiem“.
Ale wnet podnoszą się z ziemi a tłum staje się coraz większy. Teraz zebrało się już tylu ludzi, że przewiduję wyraźnie chwilę, gdy zostanę pokonany“.
„Ale teraz pewnie Derwisz miesza się do tego, nieprawdaż?“ przerwała Gertruda.
A Bo szybko snuł dalej tę myśl. „Tak, występuje naprzód spokojnie i z godnością i przemawia kilka słów do tłumu, który też natychmiast cofa się i przestaje mi grozić“.
„O wiem dobrze, wiem całkiem dobrze, co on teraz zrobi!“ zawołała Gertruda.
„Spogląda na mnie jasnem, spokojnem okiem“, mówi Bo dalej. „A potem...“ Bo chciał coś powiedzieć, lecz nie przyszło mu na myśl nic stosownego. „Ale tyś przecie już odgadła“, rzekł, chcąc skłonić Gertrudę, aby mówiła.
Gertruda widziała wyraźnie przed sobą całe zdarzenie i nie zawahała się ani na chwilę. „Wtedy on odsuwa cię na bok i patrzy do twoich wiader“, rzekła.
„Tak, tak, właśnie to uczynił“, rzekł Bo.
„Patrzy w tę wodę z rajskiej studni“ powtórzyła Gertruda znacząco. Ale zanim jeszcze coś dodała. Bo bezwiednie tak się włożył w bieg jej myśli, że nagle poznał dokładnie, jak Gertruda wyobraża sobie wynik tej przygody i zaczął znów opowiadać z zapałem.
„Zrozumiesz przecie Gertrudo, że w chwili gdy przyniosłem wiadra z El Alaska, nie było w nich nic, prócz czystej wody!“
„A teraz?“
„Teraz, gdy derwisz pochylił się nad niemi, widziałem, że pływało po wodzie parę gałązek; czy nie tak?“
„Tak, tak, byłam przekonana, że tak się stanie“.
„A na tych gałązkach były porozwijane, szare liści; czy tak?“
„Tak, tak, widzę je dokładnie. Ten derwisz jest zapewno jakimś cudotwórcą“.
„Z pewnością“, rzekł Bo, „a ponadto jest też dobry i litościwy“.
„Jak się teraz schyla, wyciąga gałązki i podnosi je w górę“, rzekła Gertruda „a listki rozwijają się i jaśnieją cudnym zielonym kolorem“.
„A teraz cały tłum unosi się zachwytem“, dodał Bo szybko, „derwisz zaś z pięknymi liśćmi w ręku przystępuje do kapłana moszei. I łatwo odgadnąć co mówi: Chrześcijanin ten przyniósł z raju te gałązki i te liście. Czyż nie rozumiecie że znajduje się pod specyalną bożą opieką, i że nie wolno go zabijać?“
„Potem przystępuje znów do mnie, trzymając wciąż lśniące liście w ręku. Widzę jak zmieniają się w świetle słonecznem, są raz to miedziano czerwone, to znów stalowo niebieskie. Pomaga mi podnieść na plecy jarzmo i daje mi znak abym odszedł. Idę więc, jak szybko nogi mnie niosą, lecz nie mogę się powstrzymać, aby się kilka razy nie oglądnąć. A on wciąż jeszcze stoi z podniesionemi w górę liśćmi, które zmieniają barwę, a tłum ludzi stoi z zapartym oddechem i wlepia we mnie oczy nieruchome. I stoi tak długo aż wyszedłem poza obręb placu świątyni.
„Ach niech go Bóg błogosławi!“ rzekła Gertruda, patrząc z promiennym uśmiechem na Boa. „I teraz możesz bezpiecznie wrócić do domu?“
W tej chwili Gertruda podniosła głowę pełna oczekiwania i uśmiechnęła się na nowo. „O Boże, ona pewnie myśli, że przyniosłem wodę“, pomyślał Bo. „Strasznie to źle, że ją tak oszukałem. Umrze pewnie, skoro jej powiem, że wody tej, za którą tak tęskni, nie można wcale dostać“.
W rozpaczy chwycił szklankę z wodą stojącą na stole, tę samą, którą Betsy przedtem dawała Gertrudzie i podał jej.
„Czy skosztujesz teraz tej wody z raju Gertrudo?“ zapytał głosem drżącym z wzruszenia. Zląkł się prawie, widząc, że Gertruda podniosła się i obiema rękami uchwyciła szklankę. Z wielką chciwością wypiła połowę wody jednym tchem.
„Niech cię Bóg błogosławi“, rzekła, teraz z pewnością wyzdrowieję“.
„Za chwilę dostaniesz znowu“, rzekł Bo.
„Chciałabym, abyś i innym chorym dał tej wody, aby wyzdrowieli“, rzekła Gertruda.
„Nie“, odrzekł Bo, „woda z raju jest tylko dla ciebie. Nikt nie śmie z niej pić“.
„Ale ty sam musisz przynajmniej skosztować, jaka dobra“, rzekła Gertruda.
„O tak, bardzo chętnie“. Bo wziął szklankę z ręki Gertrudy, odwrócił ją tak, ze usta jego dotknęły się tego samego miejsca, na którem spoczęły jej usta i spojrzał na Gertrudę w której oczach malował się wyraz szczęścia.
Lecz zanim wypróżnił szklankę Gertruda upadła na poduszki i usnęła lekko i w jednej chwili, jak dziecko.




Ingmar Ingmarson.



Pewnego popołudnia w niedzielę, gdy Dolarczycy byli już półtora roku w Jerozolimie, zebrali się na mszy wraz z innymi kolonistami. Zbliżało się Boże Narodzenie i rozpoczęła się już zima, ale dni były tak ciepłe i powietrze tak łagodne, że okna wielkiej sali mogły być otwarte.
Podczas śpiewania jednej z pieśni religijnych, zadzwonił nagle dzwon u bramy. Było to dzwonienie słabe i pokorne, jeden tylko ton, i gdyby okna nie były otwarte, ledwie byłby słyszany. Jeden z młodych ludzi siedzących przy drzwiach, poszedł otworzyć, i nikt nie zastanawiał się nad tem, kto przyszedł.
Po chwili usłyszano ciężkie kroki, wchodzące powoli i ostrożnie po marmurowych schodach. Gdy wchodzący na górę doszedł do ostatniego stopnia, zatrzymał się długo. Zdawało się, że stanął i rozmyślał, zanim krokiem bardziej jeszcze wahającym się wszedł do przedsionka sali zebrań i przeszedł po marmurowej posadzce. Nakoniec położył rękę na klamce i przycisnął ją. Otworzyła się szpara na ćwierć cala szeroka i zdawało się że przybysz nie obce wejść bliżej.
Gdy usłyszano kroki na schodach szwedzi mimowoli zniżyli głosy aby módz słyszeć, a teraz wszyscy zwrócili twarze ku wejściu. Ten ostrożny sposób otwierania drzwi, był im dobrze znany. Zapomnieli o tem gdzie byli i zdawało im się, że są w domu w Dalarne w jednym z swych małych domków Lecz już w następnej chwili opamiętali się i na nowo spojrzeli w swe śpiewniki.
Drzwi teraz uchylały się powoli i bez szmeru, lecz nie ukazał się jeszcze człowiek stojący za niemi. Córka Ingmarów Karina i jeszcze kilka kobiet poczuło, że krew uderza im do głowy i że głęboki rumieniec jak chmura przebiega im przez twarz, wszystkie jednak starały się skupić swe myśli i śpiewać dalej. Mężczyźni zaś zaczęli głośniej śpiewać, silniejszym basem niż przedtem, nie troszcząc się o to, czy zgadzali się w tonie.
Nakoniec, gdy drzwi były już odchylone na pół stopy, ujrzano słusznego, brzydkiego człowieka, który usiłował się wcisnąć przez wązki otwór. Wszedł z postawą nadzwyczaj pokorną i w obawie aby nie przeszkodzić mszy, nie odważył się postąpić, lecz stanął u progu z głową spuszczoną i złożonemi rękami.
Miał na sobie ubranie z cienkiego czarnego sukna, lecz wisiało ono niedbale i fałdzisto na jego ciele. Ręce wystające z pomiętych manszet były kościste i pod skórą przerżnięte nabrzmiałem! żyłami. Twarz miał dużą, piegowatą, brwi zupełnie białe, grubą wargę dolną i ostry rys dokoła ust.
W chwili gdy przybysz stanął w drzwiach, Ljung Björn wstał z miejsca swego i śpiewał stojąc dalej. Natychmiast i inni Dalarczycy, starzy i młodzi powstali również i śpiewali stojąc, podobnie jak Ljung Björn. Oczy ich skierowane były wciąż na śpiewniki i żaden uśmiech nie rozjaśnił ich twarzy; tylko tu i ówdzie ukradkiem spoczął wzrok na człowieku stojącym w drzwiach.
Ale śpiew zabrzmiał nagle głośniej, jak ogień, który pod nagłym podmuchem zapłonie wysoko. Cztery córki Ingmarów, które miały piękne głosy, objęły kierownictwo a dźwięki wznosiły się pełne siły i radości, jak nigdy przedtem.
Amerykanie zaś patrzyli zdziwieni na Dalarczyków, którzy może zupełnie bezwiednie śpiewali wszyscy po szwedzku.




CZĘŚĆ II.
Barbara córka Svena.



Następnego dnia po przybyciu Ingmara do Jerozolimy siedziała Karina, córka Ingmara jak zwykle sama w swym pokoju. Poprzedni wieczór przepędziła w sali zebrań z radości z powodu przybycia Ingmara, i wzięła udział w ogólnej rozmowie. Lecz teraz opanowało ją dawne odrętwienie; siedziała sztywna i wyprostowana w fotelu Halfvora i patrzyła prosto przed siebie nie zajęta żadną robotą.
W tem drzwi się otwarły i wszedł Ingmar. Karina nie zauważyła niczego, aż stanął tuż przy niej. Zmieszała się, że brat zastał ją tak próżnującą, zarumieniła się i szybko wzięła się do robienia pończochy.
Ingmar usiadł na krześle i siedział cicho, nie patrząc na Karinę, jej zaś przyszło nagle na myśl, że wszyscy Dalarczycy mówili wczoraj z Ingmarem tylko o tem, jak im się powodziło w Jerozolimie, Ingmar zaś nie powiedział nikomu, jak się jemu powodzi i dlaczego przyjechał. „Pewnie chce teraz ze mną o tem mówić“, myślała Karina.
Ingmar kilkakrotnie poruszał wargami, jak gdyby chciał rozpocząć rozmowę, ale nie wydobył ani słowa. Karina tymczasowo przypatrywała się bratu. „Zestarzał się strasznie“, pomyślała. „Ojciec nie miał głębszych zmarszczek na czole, a był przecie starym człowiekiem. Albo Ingmar był chory, albo przeszedł coś ciężkiego, odkąd widziałam go po raz ostatni“.
I Karina zaczęła zastanawiać się nad tem, co mogło się stać Ingmarowi. Przypominała sobie, jak przez mgłę, że siostry przeczytywały raz coś z listu, co odnosiło się do niego, lecz była tak zatopiona w własnym bólu, że wszystko, co się działo w świecie zewnętrznym przechodziło bez wrażenia, jako coś, z czem nie miała nic wspólnego.
Z właściwą sobie ostrożnością, starała się Karina obecnie nakłonić Ingmara, aby powiedział jej, jak mu się wiedzie i dlaczego przybył do Jerozolimy „To dobrze, że przyszedłeś do mnie“, rzekła, „gdyż chciałabym wiedzieć, co tam słychać we wsi“.
„Tak“, odrzekł Ingmar, „mogę sobie wyobrazić, że chciałabyś się wiele rzeczy dowiedzieć“.
„U naszych ludzi“ — rozpoczęła Karina powoli, jak ktoś usiłujący włożyć się napo wrót w sytuacyę, od której dawno już odwykł — „było od dawien dawna zwyczajem, że musieli mieć kogoś, aby się do niego stosować; przedtem był to ojciec nasz, później Halfvor, a przez dłuższy czas nauczyciel. Ciekawa jestem na kogo teraz kolej?“
Gdy Karina postawiła to pytanie, Ingmar spuścił oczy i milczał bez jakiejkolwiek zmiany w wyrazie twarzy.
„Może ksiądz jest teraz kierującym?“ odgadywała Karina.
Ingmar siedział sztywnie i prosto i nieodpowiedział nic.
„Myślałam także, że może teraz brat Ljunga Björnsa, Per, będzie pierwszym we wsi“, mówiła Karina dalej, ale i teraz nie otrzymała odpowiedzi.
„Wiem poczęła na nowo, że zawsze było zwyczajem, iż ludzi stosowali się do właścicieli dworu ingmarowskiego, ale nikt nie może wymagać, aby poddawali się człowiekowi tak młodemu, jak ty.
Umilkła, a Ingmar nareszcie odpowiedział.
„Wiesz przecie, że jestem za młody, abym mógł być wybrany do rady gminnej lub na wójta“.
„Można rządzie, nie piastując urzędów“.
„Tak, można“, przyznawał Ingmar.
Gdy to Ingmar powiedział, Karina była uradowana. „Wszystkie te rzeczy mało mnie teraz obchodzą“, myślała, jednak nie mogła się oprzeć uczuciu radości, że dawna potęga i poważanie rodu jej przeszły na Ingmara. Wyprostowała się i rzekła tonem bardziej pewnym siebie:
„Spodziewałam się tego, ze ludzie będą o tyle rozumni i uznają, iż miałeś słuszność obejmując dwór“.
Ingmar rzucił Karinie długie spojrzenie; zrozumiał co się ukrywało w jej słowach. Lękała się, czy nie popadł w pogardę u ludzi, dlatego, iż porzucił Gertrudę.
„Nie, tym sposobem Pan Bóg mnie nie ukarał“, rzekł.
„Jeżeli nie to, to musiało mu się stać co innego“, myślała Karina. Musiała namyśleć się przez chwilę, gdyż z wielkiem trudem tylko mogła włożyć się w myśli i uczucia, które miała w swej ojczyźnie.
„Chciałabym wiedzieć, czy są we wsi ludzie, którzy trzymają się naszej nauki?“ zapytała znowu.
„Najwyżej jeden lub dwóch, więcej nie“.
„Myślałam zawsze, że jeszcze ktoś usłyszy wezwania Bożego i przyjedzie za nami“, rzekła Karina patrząc badawczym wzrokiem na Ingmara.
„Nie“, rzekł Ingmar, „o ile wiem, nikt nie był więcej powołanym“.
„Wczoraj, gdy cię ujrzałam, sądziłam, że na ciebie spłynęła łaska Boża“, rzekła Karina.
„Nie, nie z tej przyczyny przyjechałem“.
Karina milczała przez chwilę, zanim zaczęła znów pytać; potem mówiła niesmiało, jakby lękając się odpowiedzi; „Pewnie tam już nikt o nas nie pamięta“.
Ingmar odrzekł z pewnem zakłopotaniem: „Prawda, że teraz mniej już żałują za wami, niż z początku“.
„Ach, więc żałowali za nami? A ja sądziłam, że czuli to raczej jako oswobodzenie, że się nas pozbyli?“
„O tak, wielu ludzi żałowało za wami“, odrzekł Ingmar z większą żywością, „i długo trwało, zanim sąsiedzi wasi przywykli do ludzi, którzy zajęli wasze mieszkania. Wiem, że sąsiadka Ljunga Björnsa, Beryta Per, chodziła co wieczora w zimie dokoła domu, gdzie on mieszkał.
Powoli wyrzekła Karina następne pytanie. „Tak, więc Beryta najwięcej ze wszystkich żałowała za nami?“
„O nie“, rzeki Ingmar ostrym tonem, „był ktoś, co w jesieni co wieczora, gdy się ściemniło, wiosłował czółnem aż do nauczyciela, siadał na nadbrzeżnym kamieniu, na którym siadywała Gertruda, patrząc na zachód słońca“.
Teraz wiedziała Karina dlaczego Ingmar się postarzał, i szybko zmieniła temat rozmowy. „Czy żona twoja gospodaruje we dworze, podczas twej nieobecności?“ zapytała.
„Tak“, odrzekł Ingmar.
„Czy jest dobrą gospodynią?“
„Tak“, odrzekł Ingmar raz jeszcze.
Karina gładziła ręką fartuszek, zanim znów rozpoczęła rozmowę. Zdawało jej się, że siostry jej opowiadały, że Ingmar nie żyje dobrze z zoną.
»Czy macie dziecko?“ zapytała nakoniec.
„Nie, nie mamy dziecka“, odrzekł Ingmar.
Karina była teraz bezradna; wciąż tylko gładziła swój fartuszek. Nie mogła wprost zapytać Ingmara, dlaczego przyjechał; niebyło nigdy tego zwyczaju na dworze ingmarowskim. Lecz Ingmar sam przyszedł jej z pomocą.
„Barbara i ja mamy zamiar rozwieść się,“ rzekł twardym głosem.
Karina drgnęła. W tej chwili miała takie uczucie, jak gdyby była jeszcze gospodynią na ingmarowskim dworze. Nie pamiętała o niczem, jak tylko o dawnych swych poglądach i uczuciach.
„Niech cię Pan Bóg broni od tego co zawołała. „Nigdy jeszcze z naszego rodu nikt się nie rozwiódł z zoną!“
„Już się stało“, rzekł Ingmar. Radzie dostaliśmy na rok separacyę od stołu i łoża. Po roku musimy się podać o rozwód“.
„Cóż masz przeciw niej?“, rzekła Karina. „Nie mógłbyś dostać zony bogatszej ani bardziej poważanej “.
„Nic nie mam przeciw niej“, rzeki Ingmar wymijająco.
„Więc to ona pragnie rozwodu?“
„Tak“, rzekł Inginar, „to ona pragnie rozwodu“.
„Gdybyś był dla niej takim, jak się należało, nie byłaby żądała rozwodu“, rzekła Karina gwałtownie.
Twardo ujęła poręcze fotelu, była ogromnie wzburzona, co okazało się najwyraźniej przez to, że zaczęła mówić o Halfvorze.
„Dobrze się stało, że ojciec i Halfyor już nie żyją i nie będą na to patrzeć“, rzekła.
„Tak, dobrze jest wszystkim, którzy już nie żyją“, rzekł Ingmar.
„A teraz przyjechałeś tu przez Gertrudę!“, zawołała Karin.
Ingmar nic nie odpowiedział, tylko pochylił głowę.
„Nie dziwi mnie to, że się wstydzisz“, mówiła siostra dalej.
„Wstydziłem się owego dnia, gdy sprzedawano dwór ingmarowski“.
„I cóż ludzie o tem mówić będą, że wybrałeś się, aby się starać o drugą, żonę, zanim jeszcze należycie rozwiodłeś się z pierwszą?“
„Nie miałem czasu do stracenia“, rzekł Ingmar cicho; musiałem przyjechać i zaopiekować się Gertrudą; doszedł nas list z wiadomością, że ona bliską jest obłąkania“.
„O dlatego nie potrzebowałeś się trudzić“ odrzekła gwałtownie Karina, „są tu ludzie, którzy lepiej mogą się nią opiekować, niż ty“.
Ucichło na chwilę w pokoju, poczem Ingmar wstał. „Byłem przygotowany na inny wynik rozmowy“, rzekł, i było tyle godności w jego zachowaniu się, że Karina mimowoli uczuła przed nim takie poważanie, jak niegdyś przed ojcem.
„Wyrządziłem wielką krzywdę Gertrudzie i Stormom, którzy byli dla mnie jak ojciec i matka i sądziłem, że zechcesz mi pomódz złe naprawić“.
„Chcesz do jednego złego dodać jeszcze drugie, porzucając prawnie poślubioną żonę“, rzekła Karina gwałtownie. Starała się gniew swój podsycać ziemi słowami, gdyż zaczęła się lękać, że Ingmar mógłby ją nakłonić do swego mniemania.
Lecz Ingmar nie odpowiedział wcale na jej słowa tyczące się jego żony, i rzekł tylko:
„Sądziłem, że będziesz uradowana tem, iż zamierzam iść drogą przez Boga wskazaną?“
„Czyż mogę być uradowana tem, że porzucasz dom i żonę, aby gonić za kochanką?“
Spokojnie zbliżył się Ingmar ku drzwiom; wyglądał znużony i chory, lecz nie było w nim gniewu, i wcale nie wyglądał na takiego, którego prze wielka, niepowściągnięta miłość. „Gdyby żył jeszcze Halfvor, poradziłby ci, abyś wrócił do domu i przeprosił się z żoną, wiem to z pewnością“, rzekła Karina.
„Zupełnie przestałem kierować się wedle rad ludzkich“, odrzekł Ingmar.
Teraz Karina wstała; była znów rozgoryczona, gdyż Ingmar wskazał na to, że postępuje wedle Bożego rozkazu. „Wątpię, czy Gertruda myśli o tobie jeszcze w ten sposób, jak przedtem“, rzekła.
„Tak, wiem o tern, że tu w kolonii nikt nie myśli o małżeństwie“, rzekł Ingmar, ale muszę przynajmniej spróbować“.
„Tak, ciebie to nie obowiązuje, co członkowie naszej gminy przyrzekli sobie wzajemnie“, przerwała mu Karina, „ale może będzie to dla ciebie waźniejszem, gdy ci powiem, że Gertruda zwróciła swą sympatyę ku innemu“.
Ingmar był już przy drzwiach. Gdy usłyszał te słowa zatrzymał się i wyciągnął rękę niepewnie, jak gdyby nie mógł znaleść klamki, lecz nie zwrócił się twarzą do Kariny. Lecz po chwili Karina cofnęła swe słowa.
„Nie chcę, broń Boże twierdzić, iż ktoś między nami może kochać drugiego człowieka miłością cielesną“, rzekła, lecz zdaje mi się, że Gertruda kocha teraz każdego; chociażby najnieznaczniejszego brata w kolonii, więcej niż ciebie, który do nas nie należysz“.
Ingmar westchnął głęboko; otworzył szybko drzwi i wyszedł.
Karina siedziała jeszcze przez chwilę pogrążona w głębokiem zamyśleniu, potem wstała, przegładziła włosy, zawiązała chustkę na głowie i poszła rozmowie się z panią Gordon.
Otwarcie opowiedziała Karina pani Gordon, w jakim celu Ingmar przyjechał. Radziła kierowniczce, aby nie pozwoliła Ingmarowi zostać w kolonii, jeżeli nie chce narazić się na utratę jednej z sióstr. Lecz, podczas gdy Karina mówiła, pani Gordon siedząc przy oknie patrzyła na podwórze, gdzie Ingmar stał oparty o kolumnę i wyglądał bardziej niż kiedykolwiek niezgrabnie i bezradnie; lekki uśmiech przebiegał po twarzy pani Gordon.
Odpowiedziała Karinie, że niechętnie odseła kogoś z kolonii, a tem mniej człowieka, który przybył z tak daleka i ma między kolonistami tylu krewnych. Jeżeli Bóg chce zesłać próbę na Gertrudę, to należy się wystrzegać przeszkodzić temu, aby próbę tę przebyła.
Karina była zdziwiona tą odpowiedzią. W zapale przystąpiła bliżej do pani Gordon i ujrzała, komu się pani Gordon przypatrywała z uśmiechem. Karina jednakowoż spostrzegła tylko, jak podobnym Ingmar był teraz do ojca, i chociaż gniewaław się na niego, to jednak zła była, że pani Gordon nie zrozumiała, iż człowiek, który tak wyglądał, był mądrzejszym i dzielniejszym, niż inni ludzie.
„Dobrze“, rzekła. „Może go pani i zostawić w kolonii, bo ten człowiek w każdym razie potrafi urządzić tak, aby było wedle jego woli“.

∗             ∗

Wieczorem tegoż dnia większa część kolonistów zebrana była w dużej sali. Było im tam bardzo przyjemnie i wygodnie. Jedni przypatrywali się wesołym zabawom dzieci, inni rozmawiali o zdarzeniach ubiegłego dnia, inni znów usunęli się w kąt i czytali amerykańskie gazety. Gdy Ingmar ujrzał tę wielką salę jasno oświetloną i tyle szczęśliwych i wesołych twarzy, nie mógł powstrzymać się od myśli: „Z pewnością ci ludzie z Dalarne czują się tu szczęśliwymi i nie tęsknią do ojczyzny. Ci Amerykanie umieją lepiej niż my urządzić się tak, aby im i drugim było przyjemnie,. Tak to zgodliwe współżycie sprawia, że koloniści mogą z łatwością znosić wszelkie troski i niedostatki; rozumię to doskonale. Prawda, że tacy, którzy dawniej posiadali dwory muszą się dziś zadowolić jednym pokojem, lecz za to mają teraz więcej uciech i zabawy niż przedtem. A nadto widzieli i nauczyli się ogromnie wiele. Nie mówię już o dorosłych, ale zdaje mi się, że najmniejsze dziecko tu, umie więcej odemnie“.
Kilku chłopów zbliżyło się do Ingmara i zapytało go, czy nie zdaje mu się, że jest im tu dobrze. „Tak“, rzekł Ingmar, „nie mogę temu zaprzeczyć“.
„Mysiałeś może, że my tu w jaskiniach mieszkamy?“ zapytał Ljung Björn.
„O nie, wiedziałem, że tak źle nie jest“, odrzekł Ingmar.
„Ale, o ile nam wiadomo, rozszerzono tam w domu podobne pogłoski“.
Tego wieczora wypytywano Ingmara bardzo o wieś rodzinną. Jeden po drugim zbliżał się, siadał przy nim i dowiadywał się o swych najbliższych i prawie wszyscy pytali się o Ewę córkę Gunara.
„Jest zdrowa i wesoła“, rzekł Ingmar i skoro tylko spotka się z kimkolwiek, wygaduje na Helgumczyków“.
Między obecnymi zwrócił uwagę Ingmara na siebie młody człowiek, który przez cały wieczór trzymał się w jego blizkości, lecz nie przemówił do niego. „Ciekaw jestem kto to być może, jest nadzwyczajnie do mnie podobny, a patrzy na mnie z taką złością, jak gdyby miał wielką ochotę wyrzucić mnie za drzwi?“, myślał Ingmar. Nakoniec przyszło mu na myśl, że jest to pewnie jego kuzyn Bo, który był przez wiele lat w Ameryce.
Ingmar zbliżył się do Boa i oddał mu pozdrowienie od rodziców. Bo zadał kilka pytań tyczących się własnej rodziny, ale potem pragnął wiedzieć, jak się ma nauczyciel. Nagle powstała cisza dotychczas nikt nie ośmielił się mówić z nim o Stormach, i Ingmar zauważył, jak kilku z obecnych potrąciło Boa. aby mówił o czem innem. Ale Ingmar odpowiedział spokojnie, że nauczyciel ma się dobrze i zamierza na przyszły rok dać się spensyonować. Potem Ingmar dodał:
„Cieszy mnie to, że myślisz jeszcze o nauczycielu, chociaż on był w szkole bardzo niełaskawym dla ciebie“.
Wszyscy śmiali się, gdyż przypomnieli sobie, jak często Storm skarżył się na głupotę Boa. Bo odwrócił się i odszedł nie pytając o nic więcej.
Stary kapral Flet jak zwykle zgromadził dokoła siebie dzieci i opowiadał im historye. Ingmar nie widział Fleta od czasu, gdy tenże został przyjacielem dzieci, był więc bardzo zdziwiony i zbliżył się, chcąc słyszeć, co on dzieciom opowiada. Słyszał tedy, iż stary opowiadał, że w młodości swej raz podczas nocy czwartkowej pukał do drzwi kościelnych i wywoływał umarłych.
Córka Ingmara Marta przypatrywała się dzieciom zgromadzonym dokoła Fleta i spostrzegła, ze zbladły ze strachu.
„Nie opowiadaj im tych historyi z duchami Flecie“, rzekła surowo. „Opowiedz im raczej coś pożytecznego i pouczającego“.
Stary zastanawiał się przez chwilę i rzekł:
„Opowiem im, co mi raz moja matka mówiła, chcąc mnie pouczyć, abym się obchodził po ludzku z zwierzętami“.
„Tak, to dobrze“, rzekła Marta oddalając się, Ingmar zaś został i przysłuchiwał się.
„U nas w Dalarne“, począł mówić Flet, jest chata chałupnika, która nazywa się „wzgórze troski“, a to dlatego, ponieważ mieszkał tam raz człowiek bardzo zły.
Ledwie Flet wyrzekł te słowa, gdy Ingmar zbliżył się, aby lepiej słyszeć.
„Był to człowiek zajmujący się handlem koni“, mówił dalej Flet, jeździł z jarmarku na jarmark, aby zamieniać konie, i przytem obchodził się bardzo źle z zwierzętami. Koniom, które miały kołowaciznę, malował czoła na biało, aby ich nie poznano, a czasem dał starej szkapie coś do zjedzenia, aby wyglądała dobrze wtedy, kiedy miał ją sprzedać. Najgorzej jednak obchodził się z końmi, gdy je objeżdżał dla próby. Wtedy wpadał w prawdziwy szał; bił i tłukł co siły, tak, że biedne zwierzęta miały grzbiet pokaleczony i przy każdem uderzeniu wyglądało obnażone ciało.
Razu pewnego człowiek ten robił na jarmarku najrozmaitsze wysiłki, a mimoto nie udało mu się dobie ani jednego handlu. Przyczyną tego było po części to, ze ludzie już zbyt często byli oszukani przez niego i obawiali się wejść z nim w układy po części zaś koń, którego chciał zamienić, był tak stary i niezdatny, że nikt go wziąć nie chciał.
Gdy wieczór nadszedł, człowiek ów jeszcze nie chciał pogodzić się z tem, że nie zrobi tego dnia interesu. Przed powrotem do domu chciał podjąć jeszcze jedną próbę i popędził konia swego z tak przerażającą szybkością przez plac targowy, że obecni myśleli, iż koń lada chwila upadnie. Podczas tej dzikiej jazdy ujrzał człowiek ów drugiego, który jeździł również szybko na pięknym czarnym koniu, któremu jednak ta jazda nie zdawała się sprawiać najmniejszego natężenia.
Ledwie handlarz zatrzymał się i zsiadł z wozu gdy człowiek posiadający dobrego konia zbliżył się doń: był małej i szczupłej postaci, o wąskiej twarzy i spiczastej bródce. Odziany był czarno i handlarz nie mógł poznać ani po gatunku sukna, ani po kroju z jakiej pochodził okolicy.
Handlarz spostrzegł wnet, że człowiek ten był bardzo głupi, gdyż opowiadał, że ma w domu gniadego konia i chętnie zamieniłby swego czarnego aby mieć równej maści parę koni. „Koń, którym jechałeś teraz, ma maść bardzo odpowiednią, i chętniebym go wziął, jeżeli jest dobry. Ale musisz być uczciwym i nie wlepić mi złej szkapy, gdyż na handlu końmi nie rozumię się wcale“.
Naturalnie, że handlarz dał mu w końcu swoją szkapę i zabrał za nią młodego i dobrego konia. Jak długo żył nie zaprzęgał do swego wozu tak pięknego zwierzęcia. „Nigdy jeszcze dzień nie rozpoczął się tak źle a skończył się tak dobrze“, rzekł siadając na wóz, aby powrócić do domu.
Nie miał daleko z jarmarku do domu i dojechał jeszcze o zmroku. Gdy zawrócił ku ogrodowi, widział że kilku dawnych jego przyjaciół, handlarzy koni z rozmaitych okolic, stało przed jego domem i czekało na niego. Byli w doskonałym humorze, a gdy nadjechał, zaczęli krzyczeć hurra i wybuchnęli głośnym śmiechem.
„Cóż się stało tak wesołego?“ zapytał handlarz, zatrzymując cugle.»
„Tak“, odpowiedzieli ci ludzie, „czekamy tu na ciebie, aby widzieć, czy czarnemu udało się wlepić ci swego ślepego konia. Spotkaliśmy go, gdy jechał z nim na targ i założył się z nami, że cię oszuka“.
Handlarz zeskoczył z wozu, stanął przed koniem i wymierzył mu silne uderzenie rękojeścią bicza między oczy. Zwierzę nie poruszyło się dla ominięcia ciosu; ludzie mówili prawdę, koń był ślepy.
Wtedy handlarz koni wpadł w taką wściekłość i rozpacz, że zupełnie postradał rozum. Podczas gdy towarzysze jeszcze wyśmieli i wyszydzali go, rozprzągł konia i zaprowadził go na pionowo ścięty skalisty pagórek leżący poza domem. Trzaska z bicza a koń biegł szybko naprzód, ale gdy dobiegł na górę, stanął i nie chciał ruszyć dalej. Tam bowiem była szczelina w skale a pod nią w niezmierzonej głębi jama, z której wieś od wielu lat brała żwir. Koń musiał poznać, że grunt był podkopany, gdyż niechciał ruszyć dalej. Handlarz bił go i napędzał, ale zwierzę okazywało coraz większą trwogę; stanęło na tylne nogi i nie dało się nakłonić do dalszego biegu. W końcu jednak, gdy nie mogło sobie inaczej poradzić, zrobiło duży skok, jak gdyby sądziło o przeskoczenie rowu, i spodziewało się tym sposobem dostać się na drugą stronę. Ale drugiej strony nie było wcale, a gdy biedny koń nie poczuł gruntu pod nogami krzyknął głośno i przeraźliwie a w następnej sekundzie leżał z połamanym karkiem na dnie jamy. Handlarz zaś ani nie spojrzał co się z nim stało lecz wrócił do swych przyjaciół. „A co, odechciało wam się teraz śmiać?“ zapytał. „Zabierajcie się teraz i opowiedzcie temu, z którym założyliście się, co się stało z jego koniem“.
„Ale na tem nie koniec historyi“, ciągnął dalej Flet, „teraz uważajcie dzieci, co się dalej stało. Oto żona tego człowieka wkrótce potem dostała syna, a był to biedak pozbawiony rozumu a nadto urodził się ślepy. I na tem jeszcze nie koniec, bo wszyscy synowie, którzy się potem człowiekowi temu urodzili, byli ślepi i idyotyczni. Córki natomiast były piękne i wychodziły dobrze za mąż.“
Ingmar stał przez cały czas nieruchomo i przysłuchiwał się z uwagą. Teraz poruszył się, jak gdyby chciał się odezwać, gdy stary jednak mówił dalej, został jeszcze.
„Ale i na tem jeszcze nie koniec“, rozpoczął kapral na nowo, „albowiem, gdy córki powychodziły za mąż i miały dzieci, to znów wszyscy synowie byli ślepi i idyotyczni, córki natomiast piękne, dobrze zbudowane i bardzo rozumne.
„I tak rzecz się ma aż po dziś dzień“, skończył swe opowiadanie Flet, „wszyscy, którzy żenią się z córkami z tej rodziny, mają synów idyotów. I dlatego chata owa nazywa się „wzgórzem troski“ i nigdy pewnie nie będzie się zwała inaczej.

∗             ∗

Gdy Flet skończył swe opowiadanie, Ingmar zbliżył się szybko do Ljunga Björna pytając, czy mógłby postarać się dla niego o pióro i papier. Björn był trochę zdziwiony, a Ingmar przetarł czoło i powiedział, że musi napisać ważny list. W ciągu dnia zapomniał o tem, ale gdy go dziś wieczorem napisze, będzie mógł odejść pierwszym rannym pociągiem.
Ljung Björn dał mu czego żądał i ażeby Ingmar mógł pisać zupełnie spokojnie, poprowadził go do warsztatu stolarskiego. Tu zaświecił lampę i przystawił krzesło do heblarskiego stołu. „Możesz tu pisać całą noc bez przeszkody“, rzekł wychodząc.
Gdy Ingmar był sam, wyciągnął ramiona, jakby w gorącej tęsknocie i jęk wyrwał się z jego piersi. „Ach! nie będę mógł tego przenieść“, rzekł. „Nie potrafię po prostu dokonać tego, co sobie przedsięwziąłem.“
„Dniem i nocą myślę tylko o tej, którą opuściłem“, ciągnął dalej. „A najgorzej, że prawdopodobnie nie uczynię nic dobrego Gertrudzie.“
Pomyślał przez chwilę, potem śmiał się z siebie samego. „Tak, kogo dręczą troski i wątpliwości, ten wszędzie widzi przepowiednie i znaki. Ale dziwne to przecie, że Flet właśnie tę historyę opowiedział. Tak, jak gdyby Bóg chciał mi sam wskazać, co dla mnie najlepsze.“
Znów zamyślił się na chwilę, poczem wziął do ręki pióro: „W imię Boże!“ rzekł i zabrał się do pisania.
O liście, który zaczął pisać obecnie, myślał Ingmar codziennie, odkąd wyjechał z domu. Był to list do starego księdza we wsi rodzinnej i nie było w nim ani słowa, któregoby nie był przedtem dobrze obmyślił i wypróbował. Przez cały czas podróży zdawało się Ingmarowi, że nigdy się jeszcze z żoną swoją otwarcie nie rozmówił, że nigdy nie zdobył się na to, aby jej powiedzieć, co czuł i myślał, ale że musi teraz przecie spróbować przynajmniej uwiadomić ją o tem, jak się z nim rzecz ma. Wymyślił sobie, że najlepiej będzie, jeżeli napisze do księdza, ale pisanie nie było dla niego rzeczą łatwą i dotychczas nie udało mu się pokonać swej nieśmiałości, która przeszkadzała mu mówić o sobie. Tego wieczora jednak rozjaśniło mu się nagle, jak powinien pisać, cieszył się więc myśląc: „Doprawdy, to wcale nie trudno. W ten sposób doniosę księdzu co potrzebne, aby mógł wobec Barbary zastępować mnie należycie.“
List Ingmara brzmiał jak następuje:

„Gdy tu siedzę podczas nocy i piszę, pragnę gorąco, ażebym mógł sam udać się do plebanii i pomówić z księdzem plebanem. A najchętniej przyszedłbym późnym wieczorem, gdy ksiądz siedzi spokojnie i cichutko w swym pokoju i myśli o swojem kazaniu.

Wyobrażam sobie, że gdybym wszedł, ksiądz w pierwszej chwili, ujrzawszy mnie, podskoczyłby i przeląkłby się, jak gdyby widmo ukazało mu się.

„Skąd się tu wziąłeś? Sądziłem, że wyjechałeś do Jerozolimy?“ powiedziałby ksiądz.
— „Tak“, odrzekłbym, „i byłbym już tam teraz, gdybym się nie był wrócił, a to dlatego, ponieważ po drodze słyszałem historyę, którą chciałbym księdzu opowiedzieć“.
A potem prosiłbym, aby ksiądz miał jeszcze ze mną cierpliwość przez jedną lub dwie godziny i pozwolił mi opowiedzieć sobie długą historyę, którą pragnę bardzo mu powierzyć. A gdyby mi ksiądz pozwolił, rozpocząłbym tak: W gminie naszej żył raz człowiek, który nie troszczył się o swoją żonę. Pochodziło to stąd, że aby módz utrzymać się przy ojcowskim dworze, musiał porzucić dziewczynę, którą kochał, i ożenić się z tą drugą. Ale godząc się na ten interes, myślał tylko o dworze, lecz nie brał wcale w rachubę, iż dostanie i żonę. A gdy było po weselu i małżonkowie zamieszkali razem, nie mógł i nadal zrozumieć, że posiadał żonę. Nigdy nie pytał o to, jak jej się powodzi, czy chętnie u niego przebywa, czy też czuje się nieszczęśliwą. Nie zważał też na to, jak ona spełnia swe obowiązki, czy prowadzi gospodarstwo dobrze lub źle. Myślał wciąż tylko o tamtej i wcale nie przychodziło mu na myśl, że jest obok niego żona. Dla niego była ona jakby bezwartościowym sprzętem domowym, należącym do dworu, niechaj sama da sobie rady on nie myślał troszczyć się o nią.
Była jednak jeszcze jedna szczególna przyczyna, dla której człowiek ów nie poważał swej żony. Lekceważył ją dlatego, iż poślubiła człowieka, o którym wiedziała, że kochał inną. Musi w mieć jakąś wadę, myślał; inaczej ojciec jej nie byłby zmuszony wprost kupić dla niej męża. Jeżeli kiedy patrzał na swą żonę, to tylko na to, aby ją porównywać z tamtą, którą utracił. Widział wprawdzie, że żona jego była także przystojna, ale jednak nie była tak piękna, jak dziewczyna, którą porzucił. Nie miała tak lekkiego chodu, ani nie umiała tak zgrabnie i wdzięcznie poruszać rękami, ani tak pięknie i wesoło o wszystkiem opowiadać. Chodziła po domu cicho i cierpliwie i spełniała swoją robotę; to tylko umiała.
Muszę jednak oddać sprawiedliwość owemu człowiekowi i przyznać, że nie mógł żadną miarą mówić z żoną swą o tem, o czem myślał bezustannie Nie mógł wszakże wyznać jej, że myśilał bezustannie, o swej ukochanej, która wyjechała do dalekich krajów. Nie mógł tego uczynić. A tożsomo nie mógł z nią mówić o tem, że oczekiwał wciąż kary Bożej za to, że złamał słowo i że bał się myśleć o swym ojcu w niebie i że wmawiał w siebie, iż wszyscy ludzie potępiają go. Wprawdzie wszyscy, z którymi się spotykał, okazywali mu wielki
szacunek, był jednak tak posępnie usposobiony, że podejrzewał, iż skoro tylko odwróci się do nich plecami, wyśmiewają go i mówią o nim, iż nie wart jest imienia, które posiada, i tym podobne rzeczy.

Teraz opowiem jak to było, że człowiekowi owemu po raz pierwszy uprzytomniło się, że ma żonę.

Gdy byli pobrani od kilku miesięcy, zdarzyło się, że zaproszono ich na wesele do krewnych we wsi rodzinnej żony. Do wsi była daleka droga, musieli więc popasać przez godzinę w gospodzie, aby nakarmić konie. Ponieważ była niepogoda, kobieta wyszła na piętro i usiadła w jednej z izb gościnnych, czekając. Mąż jej tymczasem poił konie i dawał im owsa, a potem wszedł również do pokoju, gdzie żona jego czekała. Nie mówił do niej, lecz myślał wciąż o tem, jak mu to ciężko przychodzi iść między ludzi, i pytał się w duchu, czy też ludzie tam we dworze, gdzie miało się odbyć wesele, dadzą mu poznać, co o nim myślą. Gdy siedział i dręczył się myślami, przyszło mu na myśl, że właściwie żona jego winna jest wszystkiemu. Gdyby nie była chciała wyjść za niego, byłby dziś jeszcze człowiekiem nieposzlakowanym. Nie byłby narażony na pokusę i nie potrzebowałby
się obawiać spojrzeć w twarz ludziom uczciwym.

Nigdy przedtem nie przyszło mu na myśl, że mógłby żonę swą nienawidzieć, ale w tej chwili zdawało mu się, że tak jest w istocie. Wrotce jednak zaczął myśleć o czem innem. Weszło dwóch ludzi do izby przyległej. Widzieli oni zapewne zajeżdżających przed gospodę małżonków i zaczęli o nich rozmowę. Ściany zaś w gospodzie były tego rodzaju, że małżonkowie rozumieli każde słowo z tego, co mówiono w drugim pokoju.
„Ciekaw jestem, jak oni ze sobą żyją?u rzekł jeden z nich.
„Nigdy nie myślałem, że Barbara, córka Svena, dostanie męża“, rzekł drugi.
„Pamiętam jeszcze jak się kochała w Stigu Börjesonie, który przed trzema czy czterema laty był parobkiem na dworze Bergera.“
Gdy kobieta słyszała, że ci ludzie mówią o niej, rzekła z pospiechem: „Czy nie czas jeszcze do odjazdu?“ Ale mąż sądził, że nieprzyjemnie byłoby, gdyby ci ludzie obcy dowiedzieli się, że oni oboje siedzieli tu i podsłuchiwali, i wołał zostać aż do odejścia tych ludzi.

Lecz oni tymczasem mówili dalej o jego żonie. „Stig Börjeson był biedakiem i Berger
Sven Person napędził go z dworu, skoro spostrzegł, że córka jego zakochała się w nim“, rzekł jeden z ludzi, który jak się zdaje znal dobrze tę historyę. „Ale Barbara zachorowała ze zmartwienia, stary musiał więc uledz i pojechał z parobkiem do księdza, aby dać na zapowiedzi. Najdziwniejsze jednak to, że po pierwszych zapowiedziach Stig zmienił swój zamiar i nie chciał się z Barbarą ożenić. Teraz Sven Person musiał błagać i prosić Stiga, aby córki jego nie porzucał. Lecz Stig był nieubłagany; twierdził, że ma do Barbary taki wstręt, że nie chce jej więcej widzieć. Prócz tego opowiadał wszędzie, że nigdy jej nie kochał, lecz że ona mu się narzucała.“

Słysząc tych ludzi rozmawiających w ten sposób, człowiek ów wstydził się ogromnie, co ksiądz pleban z pewnością rozumie, i nie miał odwagi spojrzeć na swą żonę. Zarazem jednak czuł, że teraz, skoro już tyle słyszeli, nie mogą tem bardziej przejść przez drugi pokój.
„To była podłość ze strony Stiga“, rzekł jeden z nich, „i z pewnością pożałował tego potem“.

„Tak, to prawda“, rzekł drugi. „Ożenił się potem z pierwszą lepszą, która chciała wyjść za niego. A uczynił to jedynie dlatego,
aby ludziom pokazać, że nie myśli o Barbarze. Dostał złą żonę i żyli w nędzy i ubóstwie, tak że wkońcu zaczął pić. Byłby już pewnie dostał się z rodziną do domu ubogich, gdyby Barbara go nie wspierała. Ona to zaopatruje jego i zonę jego w odzież i żywność“.

Nic już nie mówili więcej o Barbarze, a po chwili izba opróżniła się. Wtedy człowiek ów wyszedł i zaprzągł konie, a gdy żona jego zeszła na podwórze, przystąpił do niej i pomógł jej wsiąść na wóz. Myślała, że czyni to dlatego, aby sobie nie powalała sukni na kołach, w rzeczywistości jednak uczynił to dlatego, iż chciał jej okazać swe współczucie. Wprawdzie nie troszczył się o nią tyle, aby był zasmucony tem, co usłyszał, czuł tylko, że było mu jej żal. I podczas jazdy zwracał czasem ku niej głowę i spoglądał na nią. Tak, była więc tak szlachetną, że mogła wspierać tego, który ją tak niecnie porzucił! I dziwna rzecz, że ona tak samo była zawiedziona, jak i Gertruda.
Gdy jechali przez chwilę, spostrzegł mąż, że żona jego płacze. „Nie masz przyczyny płakać“, rzekł. „Nic w tem dziwnego, że kochasz kogoś, tak jak i ja“. Przez całą drogę zły był na siebie, że nie mógł się o tyle pokonać, aby jej powiedzieć uprzejme słowo.
Moźnaby sądzić, że odtąd mąż pytał się czasami w duchu, czy żona jego kocha jeszcze zawsze Stiga. Ale nie myślał wcale o tem, nie dbał o nią tyle, aby zastanawiać się nad tem, czy ona kocha kogoś lub nie.
Pogrążony w swych własnych zmartwieniach, zapominał często o tem, czy jest wogóle na święcie. Nie dziwił się też, że była taka cicha i spokojna i nigdy nie gniewała się, chociaż nie był dla niej nigdy takim, jakim być powinien.
Powiem nawet księdzu że ten ciągły jej spokój utwierdził go w myśli, iż ona wcale nie wiedziała, z jakim on nosił się smutkiem. Lecz pewnego dnia w jesieni, gdy byli już od pół roku pobrani, zdarzyło się podczas zimnego, burzliwego wieczora że mąż, który wyszedł był o zmroku, przyszedł późno bardzo do domu. W izbie, gdzie spali parobcy, panowała zupełna ciemność, ale w izdebce obok palił się jasny ogień na kominku. Żona nie spała jeszcze, a na stole zastawione były lepsze potrawy niż zazwyczaj. Gdy mąż wszedł, rzekła do niego: „Musisz zdjąć surdut, jest całkiem przemoczony“. Pomogła mu zdjąć surdut i powiesiła go obok ognia. „Mój Boże, woda z niego ciecze!“ rzekła. „Nie wiem doprawdy czy wyschnie do jutra.
Chciałabym wiedzieć, gdzieś mógł być w takiem powietrzu“, rzekła po chwili. Pierwszy to raz było, że pytała go o coś; lecz on milczał i pytał się w duchu, co dalej będzie.
„Ludzie mówią, że co wieczora jedziesz czółnem do szkoły, siadasz tam na kamieniu przybrzeżnym i godzinami nie ruszasz się z miejsca“. — „Niechaj ludzie gadają, co chcą“, rzekł mąż i wyglądał zupełnie spokojnie, lecz gniewało go to, że śledzili go. — „Ale dla żony jest to rzecz nieprzyjemna“. — E, kto sobie kupił męża, nie może spodziewać się czegoś lepszego, rzekł mąż.
Żona właśnie usiłowała odwrócić rękaw surduta, który był watowany i sztywny, tak że sprawiało jej to trudności. Mąż patrzał z ukosa na nią, chcąc widzieć jakie wrażenie zrobiły na nią jego słowa. Widział, że uśmiech igrał na jej ustach, a gdy załatwiła się z rękawem, rzekła: „O co do mnie, nie miałam wielkiej ochoty wyjść za mąż, to ojciec całą tę rzecz zaaranżował“.
Raz jeszcze mąż spojrzał na żonę a gdy się oczy ich spotkały, pomyślał. „Wygląda tak, jak gdyby wiedziała czego chce“. „Zdaje mi się, że nie należysz do tych, które dadzą się zmusić do czegoś“, rzekł.
„O nie“, odrzekła żona, ale z ojcem nie łatwa sprawa. Jeżeli lisa nie pokona za pomocą psa, to schwyci go w pułapkę. Mąż nie odpowiedział nic, był już znów pogrążony w swych myślach i ledwie słuchał, co mówiła. Ale żona sądziła pewnie, że skoro już tyle powiedziała, to lepiej będzie jeżeli opowie resztę.
„Powiem ci jeszcze coś“, zaczęła znowu. Ojciec mój od dawien dawna przywiązany był do dworu ingmarowskiego, gdzie spędził swoje dzieciństwo. Zawsze się tem chełpił, i wychwalał Ingmarów. O niczem tyle nie mówiono u nas, jak o tem, i zdaje mi się, ze o wszystkich tych, którzy tu żyli, wiem więcej niż ty“.
Gdy zona to opowiadała, mąż wstał od stołu, gdzie jadł wieczerzę i usiadł obok kominka, zwrócony plecami do ognia, tak, że mógł widzieć jej twarz.
„Potem zdarzyła się ta historya ze mną, o której wiesz“, mówiła dalej.
„Nie poruszaj tej rzeczy“, rzekł mąż pośpiesznie. Wstydził się, myśląc o tem, że w gospodzie został z nią w pokoju, gdy rozmowa prowadzona w drugiej izbie, musiała sprawić jej gorzką przykrość.
„Muszę ci jednak powiedzieć, że potem, gdy Stig mnie porzucił, ojciec był w strasznej trwodze, że nikt mnie już nie zechce, i zaczął ofiarowywać mnie na lewo i na prawo. To mi się wkrótce sprzykrzyło; nie byłam przecie tak złą, ażebym musiała żebrać o męża“.
Gdy mówiła te słowa, maż zauważył, że się wyprostowała. Rzuciła surdut na krzesło i spójrzała mu prosto w oczy. „Nie wiedziałam, jakby tej rzeczy koniec położyć“, zaczęła mówić dalej, „i przyszło mi raz na myśl powiedzieć ojcu: „Jeżeli nie dostanę Ingmara Ingmarsona na ingmarowskim dworze, nie wyjdę za mąż wcale!“ Mówiąc to, wiedziałam tak jak wszyscy, że dwór ingmarowski był własnością Timsa Halfcora, i że ty byłeś zaręczony z Gertrudą. Właśnie chwyciłam się czegoś, co wydawało się najzupełniej niemożliwem, ażeby nakoniec mieć spokój. Ojciec zrazu przeląkł się. „W takim razie nigdy nie wyjdziesz za mąż“, rzekł do mnie. — „Dobrze, muszę się z tym losem zgodzić“, odrzekłam. — Ale widziałem, że myśl ta podobała się ojcu. „Czy dajesz mi na to słowo?“ zapytał po chwili“. — „Tak, ojcze, daje ci słowo“, odrzekłam. Naturalnie, że ani na chwilę nie sądziłam, że ojciec będzie w stanie dokonać takiej rzeczy, zrozumiesz to przecie? Było to tak niemożliwe, jak to, że wyjdę zamąż za króla.
„Przez kilka lat miałam teraz spokój z wszelkimi małżeńskimi projektami, i byłam z tego bardzo zadowolniona. Było mi w domu bardzo dobrze, gospodarowałam we dworze i jak długo ojciec był wdowcem, mogłam robić co mi się podobało. Ale pewnego wieczora w maju ojciec przyszedł bardzo późno do domu i posłał zaraz po mnie. „Możesz teraz mieć Ingmara Ingmarsona na ingmarowskim dworze“, rzekł do mnie. Ale od dwóch lat ojciec nie mówił ze mną o tem ani słowa „Teraz spodziewam się, że dotrzymasz słowa“, rzekł. — Ależ Ingmar ma już narzeczoną“, rzekłam. — „Zdaje się, że nie bardzo o nią dba, skoro teraz stara się o ciebie“.
Ksiądz dobrodziej zrozumie na pewno, że mąż był bardzo rozgoryczony, słysząc to opowiadanie. Dziwne to przecie, pomyślał sobie; wygląda zupełnie tak, jak gdyby zrobiono sobie ze mnie igraszkę. Musiałem dlatego porzucić Gertudę, ponieważ Barbarze zachciało się pożartować z ojcem.
„Nie wiedziałem, co począć“, mówiła żona dalej, „byłam wzruszona tem, że ojciec wydał tyle pieniędzy dla mnie, i nie miałem odwagi powiedzieć odrazu nie. Nie wiedziałam także, jak ty zapatrujesz się na tę sprawę, i czy może na dworze więcej ci zależy, niż na wszystkiem innem. A prócz tego ojciec przysiągł, że, jeżeli się nie zgodzę, sprzeda dwór Towarzystwu akcyjnemu. Właśnie w tym czasie było mi i w domu nieprzyjemnie. Ojciec ożenił się po raz trzeci nie miałem ochoty poddać się rządom macochy, gdy już byłam sama panią domu. A gdy nie byłam sama z sobą w zgodzie, czy mam przyjąć czy odmówić, stało się tak, jak ojciec chciał. Nie brałam tej sprawy dość poważnie, widzisz“.
„Tak“, rzekł mąż „widzę, że wszystko to było dla ciebie tylko igraszką!“
„Nie rozumiałam wcale, co robię, aż do chwili kiedy dowiedziałam się, że Gertruda opuściła po tajemnie swoich rodziców i wyjechała do Jerozolimy. Ale od tej chwili nie miałam już spokoju. Z całą pewnością nie chciałam nikogo unieszczęśliwić!“
„I widzę także teraz, jak ty się dręczysz“, mówiła po chwili dalej, „i wciąż myślę o tem, że ja jestem wszystkiemu winną“.
„O nie“, przerwał jej mąż, „to ja jeden tylko zawiniłem, i jest mi tak, jak na to zasłużyłem“.
„Nie mogę znieść tej myśli, że spowodowałam takie nieszczęście“, rzekła żona. „Co wieczora przygotowana jestem na to, że już nie wrócisz do domu. Pewnie zostanie tam w rzece, myślę. I zdaje mi się, że słyszę kroki ludzi wchodzących na podwórze, i że przynoszą ciebie nieżywego. A potem wyobrażam sobie, coby się ze mną dalej stało. Czy mogłabym zapomnieć w życiu na chwilę o tem, że spowodowałam twoją śmierć“.
Gdy w ten sposób dawała wyraz swoim uczuciom, mąż przejęty był dziwnemi myślami. Teraz chce jeszcze, abym ją pocieszał i jej pomógł, myślał. I było mu to uciążliwem, że była wzburzona; wołał już ażeby się zachowywała spokojnie, tak, iż nie potrzebował myśleć o jej istnieniu. Nie mogę przecie mieć jeszcze na głowie jej zmartwienia, myślał.
Zrozumiał jednak, że wypadało mu coś powiedzieć. „Nie masz potrzeby niepokoić się o mnie“, rzekł. „Do pierwszej zbrodni nie dołączę jeszcze drugiej“. Gdy usłyszała te słowa, zajaśniał jakby promień światła na jej twarzy.
Gdy Ingmar napisał tyle, odłożył pióro i spojrzał w górę. „Będzie to strasznie długi list“, pomyślał. „Zejdzie mi noc na pisaniu.“ Ale właściwie czuł pewne zadowolenie, że w ten sposób przeżywał powtórnie wszystko, co przeszedł z Barbarą. Nie mógł wstrzymać się od myśli, że ksiądz da jej ten list do przeczytania a ona będzie wzruszona, gdy się dowie, że przypomina sobie wszystko tak dokładnie.
„Ale chociaż mąż sądził, że nie dba wcale o żonę swą“, pisał dalej Ingmar, „jednak, gdy mu powiedziała, że jest o niego niespokojną, został w domu przez kilka wieczorów. Żona udawała, że nie rozumie iż został dla niej w domu, lecz była spokojną, jak zawsze. Ale, jak ksiądz dobrodziej wie, Barbara była od początku bardzo dobrą dla starych sług na ingmarowskim dworze. Gdy więc mąż został w domu i siedział z domownikami przy płonącym w kominie ogniu, stara Liza i Korp Beugt uśmiechali się znacząco w swym kąciku.
W istocie mąż zdobył się na to, że przez dwa wieczory został w domu, ale trzeciego było w niedzielę: żona wzięła tedy swą gitarę i zaczęła śpiewać dla rozrywki. Przez chwilę było wszystko dobrze, ale gdy zaintonowała pieśń, którą często śpiewała Gertruda z szczególnem upodobaniem, mąż nie mógł dłużej wytrzymać, wziął kapelusz i wyszedł.
Na dworze była ciemna noc, i padał zimny przejmujący deszcz. Ale takie powietrze odpowiadało właśnie jego usposobieniu. Po wiosłował czółnem aż do szkoły i usiadł na kamieniu i myślał o Gertrudzie i o owym czasie, kiedy jeszcze nie złamał był danego słowa i był uczciwym i porządnym człowiekiem. Zanim pomyślał o powrocie było już po jedenastej. Na brzegu rzeki siedziała zona i czekała na niego.
Nie podobało mu się to. Ksiądz dobrodziej wie przecie, że mężczyźni nie lubią, aby się kobiety o nich niepokoiły. Mąż nie wyrzekł ani słowa do żony, aż byli oboje w izbie. „Nie lubię, abyś troszczyła się o to czy wychodzę, lub przychodzę“, rzekł tonem niezadowolenia. Nie odpowiedziała nic lecz szybko potarła zapałkę, aby zaświecić świecę. Mąż widział iż była nawskroś przemoczona, suknie przyległy jej formalnie do ciała. Przyniosła dla niego jedzenie, zapaliła ogień w kominie, sporządziła łóżka przez ten czas z sukni jej kapało wciąż i ciężkie fałdy chlustały dokoła niej. Lecz nie wyglądała ani gniewna, ani zasmucona Chciałbym wiedzieć — myślał mąż, — czy jest tak łagodna, że nic nie zdoła jej w gniew wprawić.
Zwrócił się nagle do niej i zapytał: „Gdybym w obec ciebie postąpił tak, jak w obec Gertrudy, czy byś mi przebaczyła?“ Spojrzała mu prosto w oczy. „Nie“, odrzekła krótko, a w oczach jej zabłysło. Mąż siedział milczący. Ciekaw jestem, myślał, dlaczego nie przebaczyłaby mi, skoro przebaczyła Stigowi, ale myśli może, że ja postąpiłem jeszcze gorzej niż on, gdyż porzuciłem Gertrudę dla korzyści.
W-kilka dni później mąż szukał za zgubionym dłutem. Szukając wszędzie zaszedł także do komory w browarze. Stara Liza leżała tam w łóżku chora, a Barbara siedziała przy niej, przeczytując jej z biblii. Była to biblia niezwykłej wielkości z okuciem mosiężnem i w grubej skurzanej oprawie. Mąż stanął i przypatrywał się tej biblii. Może ona pochodzi z domu rodzinnego Barbary, pomyślał i oddalił się. Ale po chwili wrócił, wziął biblię z ręki żony i otworzył ją na pierwszej stronicy. Widział że była to w istocie jedna ze starych biblii, które dawniej były na dworze ingmarowskim. a które Karina sprzedała na licytacyi. „Skąd się to tu wzięło?“ zapytał mąż. Żona milczała, ale stara Liza rzekła: „Czy Barbara nie opowiadała ci, że odkupiła tę starą biblię?“ — „Co Barbara ją odkupiła?“ — rzekł mąż — „O jeszcze więcej uczyniła“, rzekła stara gorliwie, „idź tylko do sali i zajrzyj tam do szaf!“ Szybko wyszedł mąż z browaru i udał się do sali. Gdy otworzył jedną z szaf, ujrzał stojące na półce dwie stare srebrne konwy. Mąż wziął je w rękę, odwrócił je aby widzieć znak wyryty na dnie i przekonał się, że były prawdziwe. Barbara weszła i była zakłopotana,, stojąc obok niego.
„Miałam trochę pieniędzy w kasie oszczędności“, rzekła cichym głosem. Mąż dawno już nie czuł się tak zadowolonym. „Za to, to jestem ci wdzięczny“; rzekł. Ale wnet wyprostował się i wyszedł. Zdawało mu się, że nie wolno mu być uprzejmym wobec żony. Myślał, że jest to winien Gertrudzie, ażeby tej, która zajęła jej miejsce, nie okazywał miłości ani życzliwości.
Było to może o tydzień później, gdy mąż, wychodząc ze stodoły, skierował się ku domowi; równocześnie jakiś obcy człowiek otworzył furtkę w płocie i wszedł na podwórze. Gdy się obaj spotkali, obcy człowiek pozdrowił go i zapytał, czy córka Svena, Barbara, jest w domu. „Jestem jej starym znajomym“, rzekł. Dziwnym sposobem mąż wiedział natychmiast kim jest ów człowiek. — „To ty jesteś pewnie Stig Börjeson?“ zapytał. — „Nie myślałem, że mnie tu ktoś zna“, rzekł obcy człowiek „i natychmiast oddalę się stąd; mam tylko kilka słów do pomówienia z Barbarą, Ale nic nie mów o tem Ingmarowi, że byłem tu. Może byłoby mu przykro, gdyby wiedział, że przychodzę tu.“ — O, zdaje mi się, że Ingmar cieszyłby się widząc cię, dawno już chciał wiedzieć jak wyglądać może taki gałgan.“ — Ingmar był wściekłym, że ten nędznik włóczył się jeszcze i starał się rzecz tak przedstawić, jak gdyby go jeszcze Barbara kochała. — Nie pamiętam, żeby ktoś kiedykolwiek nazwał mnie gałganem“, rzekł Stig „Więc jeżeli nikt dotychczas tego nie uczynił, to uczynię to teraz“, rzekł mąż i podnosząc równocześnie rękę, dał Stigowi policzek.
Obcy człowiek cofnął się, zbladł jak trup i miał straszny wyraz złośliwości. „Ty, przestań! nie wiesz co czynisz. Chciałem pożyczyć pieniądze u Barbary, zresztą nie mam z nią nic wspólnego.“ Mąż wstydził się teraz swojej gwałtowności. Sam nie rozumiał dlaczego wpadł w taką złość. Nie chciał jednak okazywać skruchy wobec tego nędznika, lecz rzekł gniewnym tonem: „Nie myśl tyko, że się lękam, iż Barbara ciebie kocha, ale za to, że ją porzuciłeś zasłużyłeś chyba na wy policzkowanie.“ Stig Börjeson zbliżył się do niego. „Powiem ci coś za to, żeś mnie bił“, rzekł, a głos jego brzmiał ostro i sycząco. „Sądzę, że to co ci powiem, będzie cię więcej bolało, niż gdybym cię wybiczował. Pewnie kochasz bardzo Barbarę i dlatego powiem ci, że jest ona jedną z tych, które pochodzą z rodu handlarza koni na „wzgórzu troski“.
Stig wpatrywał się w męża Barbary, by zauważyć jak te słowa przyjmie; lecz ten miał tyłka wyraz cokolwiek zdziwiony. W pierwszej chwili nie przyszło mu wcale na myśl, że coś szczególnego łączy się z „wzgórzem troski“. Później jednak przypomniał sobie historyę, którą słyszał jako dziecko i którą ksiądz dobrodziej zna pewnie także, a mianowicie, że wszyscy synowie, pochodzący z rodu na „wzgórzu troski“, rodzą się ślepcami i idyotami, córki zaś są piękniejsze i mądrzejsze, niż inni ludzie. Nigdy jednak nie wierzył w to, aby w tej historyi było choć ziarnko prawdy! Zaczął więc wyśmiewać Stiga.
„Zdaje się, że nie wierzysz w tę historyę“, rzekł Stig i przystąpił jeszcze bliżej, „ale powiadam ci, że druga żona Svena pochodziła z tej rodziny. Cały ten ród „wzgórza troski“ przesiedlił się do innej okolicy, gdzie nikt nie wie o całej tej sprawie, ale matka moja wiedziała o tem. Milczała jednak i nikomu nie mówiła, jaką żonę miał Sven Person, aż do chwili, kiedy miałem się ożenić z Barbarą. A gdy dowiedziałem się o tem, nie mogłem wprawdzie ożenić się z nią, ale milczałem o tem, jak przystało uczciwemu człowiekowi. Gdybym był łajdakiem, byłbym o tem opowiadał. I znosiłem w cichości całą hańbę, jaka mnie z tego powodu spotkała, aż ty podniosłeś na mnie rękę. Sven Person sam zapewne nie wiedział jaką miał żonę, gdyż żona jego umarła urodziwszy mu tę jedną tylko córkę. A córki z tego rodu są piękne i mądre, jak wiesz, tylko synowie są ślepi i idyotyczni. A teraz — jak sobie pościeliłeś, tak się wyśpisz. Możesz mi wierzyć, że śmiałem się z ciebie, myśląc o tem, że porzuciłeś swoją narzeczoną, i gdy myślałem o tym Ingmarze Ingmarsonie, który po tobie będzie panem tu we dworze. A teraz życzę ci, abyś żył szczęśliwie długie lata ze swoją żoną.
Ale podczas gdy Stig to wszystko wyrzucał z siebie pełen złości, mąż Barbary spojrzał przypadkiem w kierunku domu i ujrzał, że z za drzwi wystawał koniuszek sukni i zrozumiał, że Barbara wyszła do sieni, widząc że mąż jej spotkał się z Stigiem na podwórzu, i stojąc tu słyszała wszystko, co mówili. Teraz dopiero opanowała go trwoga, gdyż myślał: „To nieszczęście, że Barbara to słyszała. Gdyby się stało to, czego obawiałem się już od dawna? Czyżby to miała być kara boska, na którą czekałem?“
Lecz równocześnie czuł on po raz pierwszy, że ma żonę, i obowiązkiem jego było bronić jej. I dlatego zmusił się powtórnie do śmiechu i udawał że go to wcale nie obeszło. „Dobrze żeś mi to opowiedział, nie będę już miał żalu do ciebie“, rzekł. — „Aha“, rzekł Stig — „więc ty to tak pojmujesz“. — „Tak, nie może przecie sądzić, że będę tak głupim jak ty, i pozbawię się szczęścia dla starego przesądu i obawy przed strachami.“ — „Jeżeli tak, to dziś nic więcej nie powiem“, rzekł Stig, „i poczekam, czy po roku, będziesz tak pewnym swego jak dziś“. — „Możesz wejść i pomówić z Barbarą“, rzekł mąż, widząc że tamten zabiera się do wyjścia — „O nie, to zbyteczne, rzekł Stig.
Gdy odrzekł mąż Barbary wszedł do domu, chcąc mówić z swą żoną. Oczekiwała go w sali i zanim przemówił słowo, rzekła z całym spokojem! „Ingmarze, nie będziemy przecie wierzyli w takie bajki! Co mnie może obchodzić to co się stało przed stu laty, jeżeli w ogóle stało się?“ — „Więc słyszałaś?“ zapytał mąż. Niechciał, aby poznała, że widział jak podsłuchiwała. — „Słyszałam tę starą historyę, jak wiele innych, ale do dziś dnia nie wiedziałam, że może ona się mnie tyczyć“. — „Żal mi, żeś słyszała, ale skoro sama w nią nie wierzysz, to i nie zaszkodzi ci“.
Zona śmiała się i rzekła: „Nie, niemam wcale uczucia, jak gdyby na mnie spoczywała klątwa“, A mąż myślał w tej chwili, że nie widział chyba kobiety lepiej wyglądającej od niej. „Tak, o tobie można z pewnością powiedzieć, że jesteś zdrowa na ciele i na umyśle“.
Na wiosnę urodziło się dziecko. Żona przez cały czas trzymała się dzielnie i nie okazywała niepokoju. Mąż myślał często, że zapominała zupełnie o tem, co Stig mówił. Co do niego, to nie odważył się już oddawać się tak zupełnie swojemu smutkowi jak przedtem. Myślał, że musi zachować się w obec żony tak, ażeby zrozumiała, że nie wierzy w klątwę, która rzekomo na niej cięży. Starał się zatem okazywać w domu wesołą twarz i nie wyglądać już tak, jak gdyby czekał na karę Bożą. Zajął się gorliwie dworem, i był pomocnym ludziom we wsi, jak to zwykł był czynić przedtem. Nie wypada, ażebym wiecznie wyglądał jak nieszczęśliwy, myślał mąż, gdyż Barbara w końcu sądzić będzie, że wierzę w tę klątwę i będzie się martwiła.
Barbara była ogromnie uszczęśliwiona dzieckiem. Był to chłopak piękny i dobrze zbudowany, miał wysokie gładkie czoło i duże jasne oczy. Raz po raz wołała męża, ażeby spojrzał na chłopca. „Widzisz jest całkiem zdrów i niema żadnej wady“, rzekła. Mąż stał zakłopotany; trzymał ręce z tyłu i nie śmiał dotknąć się dziecka. — „Tak jest zupełnie zdrowe“, powtórzył. — „Zaraz ci pokażę, ze widzi“, rzekła Barbara. Zaświeciła świecę i poruszała nią przed oczyma dziecka. — Widzisz, jak się patrzy za światłem?“ rzekła. — „Tak, widzę“, odrzekł mąż.
Było to w kilka dni później. Żona już wstała; ojciec i macocha przyszli zobaczyć dziecko. Macocha wyjęła dziecko z kołyski i ważyła je na rękach. „To duże dziecko“, rzekła z wyrazem zadowolenia. Ale wnet zaczęła przyglądać się głowie dziecka. „Czy nie ma zbyt dużej głowy?“ zapytała.
„W naszej rodzinie dzieci mają duże głowy“, rzekł mąż. — „Czy dziecko jest zdrowe?“ zapytała, macocha znów po chwili, kładąc dziecko do kolebki. — „Tak“ odrzekła Barbara, „codziennie przybywa mu na ciężarze“. — „Czy jesteś pewną, że widzi zapytała macocha po chwili, zawraca tak oczy wciąż, że widać tylko białka.“ Barbara zaczęła się trząść i wargi jej drgały. — „Zróbcie próbę ze w ze świecą a zobaczycie, że dobrze widzi“, rzekł mąż. Barbara szybko zapaliła świecę i przesuwała ją przed oczyma dziecka. „Naturalnie, że widzi“, rzekła udając wesołą i pełną nadziei“. Z obecnych nikt słowa nie przemówił. „Patrzcie, jak oczy zwraca ku światłu!“ rzekła do macochy. Ala ta nie odpowiedziała ani słowa. „Jest teraz senne“, rzekła Barbara i oczy mu zapadają.
„Jakie imię mu dacie?“ zapytała macocha po chwili. — „Najstarszego syna nazywamy w naszej rodzinie zawsze Ingmarem, rzekł mąż. — Żona przerwała mu. „Chciałem cię prosić, abyś go nazwał Swenem wedle mego ojca“, rzekła. Powstało przykre milczenie, a mąż widział, że go żona ściśle obserwuje, chociaż udawała, że patrzy na ziemię. — „Nie“, odrzekł mąż, „ojciec twój, Swen Person jest wprawdzie dzielnym człowiekiem, ale najstarszy musi nazywać się Ingmarem“.
Ale pewnej nocy, gdy dziecko miało ośm dni, dostało silnych konwulsyi i umarło nad rankiem.
Ingmar znów przerwał pisanie. Spojrzał na zegar, było już dawno po północy. „O mój Boże, trudno mi przychodzi pisać o tem — ciągnął dalej — i chciałbym wiedzieć, czy ksiądz dobrodziej pojmuje, jaka to była przykra rzecz. A najgorzej było to, że nigdy nie byliśmy pewni, jak się rzecz miała właściwie z dzieckiem. Do dzisiejszego dnia nie wiemy, czy było zdrowe, czy tez od samego peczątku było coś w nieporządku “
„Muszę teraz streszczać się“, pomyślał, „gdyż, inaczej nie skończę listu i do jutra“,
„Muszę jednak powiedzieć księdzu, pisał Ingmar dalej, „że w ostatnim czasie mąż był bardzo dobrym dla Barbary, a czasem zachowywał się w obec niej tak, jak to jest zwyczajem między młodymi małżonkami. Sądził jednak, że miłość jego należy wciąż jeszcze do Gertrudy, i mówił sobie w duchu: „Nie kocham wprawdzie Barbary, ale muszę obchodzić się z nią dobrze, bo ma ciężkie życie. Niechaj wie, że nie jest osamotniona na świecie, lecz ma męża, który się nią opiekuje“.
Gdy dziecko umarło, Barbara nie płakała wiele po niem. Była raczej zadowolona, że go nie było a po kilku tygodniach uspokoiła się zupełnie. Nikt nie mógł poznać po niej, czy czuje się nieszczęśliwą, czy też wybiła sobie już z głowy myśli ponure.
Gdy nadeszło lato, Barbara wyprowadziła się na hale, mąż zaś został sam w domu.
Lecz teraz opanowało go dziwne uczucie. Gdy wchodził do domu, mimo woli oglądał się za Barbarą. Czasami podczas roboty podnosił głowę i słuchał, czy nie usłyszy jej głosu. Zdawało mu się, że wszelka przyjemność znikła z dworu i nie było to już dawne miejsce.
W sobotę wieczorem wybrał się do lasu, aby odwiedzić Barbarę. Siedziała na tarasie przed chatą z rękami złożonemi na kolanach i chociaż widziała nadchodzącego męża, nie wyszła mu naprzeciw. Mąż usiadł obok niej: „Muszę ci powiedzieć, że coś dziwnego zaszło ze mną“, rzekł. — „Czy tak?“, rzekła, nie pytając dalej. — „Czuję, że zaczynam cię kochać“. — Spojrzała na niego i zauważył, że była tak zmęczoną, iż ledwie mogła podnieść oczy. „To już za późno“, rzekła.
Był przerażony zmianą, jaka z nią zaszła. „Nie dobrze to działa na ciebie, źe tu samotnie siedzisz w lesie“, rzekł. — „O nie, bardzo mi tu dobrze i chcę tu pozostać przez resztę mego życia“.
Raz jeszcze próbował mąż przedstawić jej, że ją kocha, i że o niej jednej tylko myśli. Mówił, że sam nie wiedział, jak się z nim rzecz ma, aż dokąd nie oddaliła się z domu.
Ale Barbara dawała tylko krótkie odpowiedzi. „Szkoda, że nie powiedziałeś mi tego przeszłej jesieni“, rzekła. — „O mój Boże, czy u ciebie już wszystko minęło? zapytał; wyglądał przytem zrozpaczony. — „O nie, nie minęło“, rzekła i starała się nadrabiać miną.
Pewnego dnia w sierpniu, był znów u niej. „Muszę ci donieść o smutnym wypadku“, rzekł, powitawszy się z Barbarą. — „Co się stało?“ zapytała. — „Ojciec twój umarł.“ — „Tak, to ważna wiadomość dla mnie i dla ciebie“, rzekła.
Potem Barbara usiadła na kamieniu i wezwała go, aby usiadł przy niej. — „Teraz jesteśmy wolni i możemy uczynić co chcemy“. rzekła, „i teraz musimy się rozwieść!“ — Chciał jej przerwać, ale nie dała mu przyjść do słowa. — „Jak długo żył ojciec, było to niemożliwe, ale teraz możemy bez zwłoki podać o rozwód,“ rzekła, „pojmujesz to przecie?“ — „Nie“, rzekł, „nie rozumię nic a nic.“ — „Widziałeś przecie jakie to dziecko wydałam na świat?“ — „Dziecko było ładne!“ — „Było ślepe i byłoby wyrosło na idyotę“. — „Mniejsza o to jakie było, chcę w każdym razie mieć ciebie“.
Złożyła ręce jak do modlitwy i widział, że poruszała ustami. „Czy dziękujesz Bogu?“ zapytał. — „Przez całe lato błagałam o wyzwolenie“, rzekła. — „O Boże!“ zawołał, „czy dla jakiejś starej bajki, mam utracić szczęście? — „Nie jest to stara bajka“, rzekła Barbara, „dziecko było ślepe“. — „Nikt nie nie wie tego na pewno i gdyby było żyło, widziałabyś, że ma oczy zupełnie dobre“. — „Ale drugie moje dziecko byłoby z pewnością idyotą, gdyż teraz wierzę już w to“.
Mąż sprzeczał się z nią jeszcze długo. „Nie tylko z tej przyczyny, chcę rozwieść się z tobą“, rzekła w końcu. — Zapytał więc o co jej jeszcze idzie. — „Chcę, abyś pojechał do Jerozolimy i sprowadził do domu Gertrudę“. — „Nigdy tego nie uczynię“, zapewniał. — „Musisz to uczynić dla mnie“, rzekła, „abym odzyskała spokój duszy“.
Lecz on opierał się’ twierdząc, iż to czego żąda, jest zupełnie nierozsądne. „Musisz jednak uczynić to, bo jest to rzecz słuszna“, odrzekła. „Widzisz przecie, że Bóg nie przestanie nas karać, jeżeli będziemy żyli dalej jako mąż z żoną“.
Wiedziała w pierwszej chwili, że nakłoni go do ustępstwa, miał bowiem złe sumienie „Powinieneś być zadowolony, że możesz teraz naprawić wszystko, coś zawinił przeszłego roku“, rzekła. „Dręczyłoby cię przez całe życie.“ A nakoniec, gdy jeszcze się sprzeciwiał rzekła: „O dwornie będziesz miał troski, gdy powrócisz możesz go odkupić odemnie; a podczas twego pobytu w Jerozolimie będę go pilnowała.“
I sprowadzili się oboje do dworu, aby przeprowadzić rozwód. Mąż miał teraz cięższe czasy niż przedtem. Widział, że Barbara była wesoła i uszczęśliwiona samą myślą oswobodzenia się od niego. Sprawiało jej to radość największą, gdy mówiła o tem, jak mu dobrze bidzie z Gertrudą i z szczególną przyjemnością wyobrażała sobie jak szczęśliwą będzie Gertruda, gdy on po nią przyjedzie do Jerozolimy. Pewnego razu, gdy długo mówiła o tem, zeszło nań jak gdyby objawienie, że Barbara nie może go już kochać, gdyż inaczej nie mogłaby wciąż mówić o jego połączeniu się z Gertrudą. Podskoczył tedy i uderzył ręką o stół. „Tak, pojadę“, zawołał, „tylko nie mów już o tem!“ — Teraz wszystko będzie dobrze“, rzekła i wyglądała bardzo zadowolona. „Pamiętaj tylko o tem Ingmarze. że nie będę miała ani jednej spokojnej godziny, zanim nie przeprosisz się z Gertrudą“.
I przebyli teraz wszystkie fazy poprzedzające rozwód; upomnienia ze strony księdza, upomnienia ze strony naczelnika gminy, a nareszcie na sesyi jesiennej uzyskali rozwód.“
Ingmar przestał pisać i odłożył pióro. Ksiądz wiedział teraz wszystko, pozostawało mu tylko prosić go, aby mówił z Barbarą i prosił ją, aby zwolniła go z zadania ożenienia się z Gertrudą. Ksiądz proboszcz zrozumie przecie, że to rzecz niemożliwa. Gdyby się teraz zbliżył do Gertrudy z fałszywą miłością, znaczyłoby to oszukać ją po raz drugi.
Gdy Ingmar myślał o tem, oczy jego spoczęły na słowach, które poprzednio napisał: „Musisz to uczynić dla mnie, ażebym odzyskała spokój duszy.“
Przeczytał list swój i zdawało mu się, że siedzi znów w lesie i słyszy że Barbara mówi: Powinieneś być zadowolony, że możesz naprawie wszystko, coś zawinił“.
„Czyż to, czego żąda odemnie jest zbyt ciężkie w porównaniu z twardym losem, który ona sama dźwigać musi? pomyślał.
I nagle zdawało mu się, że ten list nie powinien nigdy dojść do wiadomości Barbary. O nie, gdyż wówczas dowiedziałaby się, że on nie miał siły wykonania swego zadania. Czyż miał błagać ją w ten sposób, ażeby mu darowała karę i pokutę?
Ona nie zachwiała się ani na chwilę, nie, ani na sekundę, skoro tylko mogła słuchać własnej woli. Jego zaś musiała zmuszać do obowiązku. Czyż miałaby teraz dowiedzieć się, że pisał, iż nie ma siły dokonać rozpoczęte dzieło?
Ingmar złożył zapisane kartki i schował je do kieszeni. „Zupełnie zbytecznie, abym ten list skończył“, rzekł.
Skręcił lampę i opuścił warsztat stolarski. Wyglądał wciąż jeszcze przygnębiony i nieszczęśliwy ale był teraz mocno zdecydowany, postąpić wedle woli swej żony.
Gdy wyszedł ujrzał tuż obok siebie małą furtkę tylną, która stała otworem. Stanął przy drzwiach i odetchnął świeżem powietrzem. „Nie warto już chyba kłaść się spać“, pomyślał.
Powoli i jakby ukradkiem wysuwały się pierwsze promienie słoneczne z poza wzgórzy, które powlekały się czerwonawo-brunatnym blaskiem; zresztą, gdzie tylko sięgało oko, zmieniały się z każdą chwilą do koła wszystkie barwy.
Ze stoków lezących poniżej góry Oliwnej ujrzał Ingmar schodzącą Gertrudę. Promienie słoneczne szły za nią i otaczały ją płomiennym blaskiem.
Zbliżała się lekkim i chyżym krokiem a Ingmarowi zdawało się, iż to jasne światło wychodzi od niej samej.
Za Gertrudą zaś widział Ingmar postępującą długą postać męską. Człowiek ów szedł w pewnem od niej oddaleniu i patrzył w drugą stronę, lecz widać było wyraźnie, że czuwa nad Gertrudą.
Ingmar poznał wnet owego człowieka i natychmiast spuścił w zamyśleniu oczy ku ziemi.
Teraz wyjaśniło mu się niejedno, co poprzedniego dnia wpadło mu w oko i wielka radość powstała w sercu jego.
„Teraz zaczynam wierzyć, że Bóg chce mi dopomódz“, rzekł.

Derwisz.

Pewnego wieczora zanim zmrok zapadł, Gertruda przechodziła ulicami Jerozolimy. Wtem ujrzała przed sobą idącego wysokiego mężczyznę odzianego w długą, czarną, aż po nogi spływającą szatę Gertrudzie zdawało się, że jest w nim coś nadzwyczajnego, ale nie wiedziała dokładnie coby, to było. Nie pochodziło to zapewnie stąd, że miał na głowie zielony turban, wskazujący, że był potomkiem proroka; ludzi z takiem okryciem głowy można było spotkać na wszystkich ulicach. Dziwniejszem już było to, że włosy jego nie były ani strzyżone, ani upięte, jak u innych mieszkańców wschodu, lecz spadały mu na ramiona w równych długich lokach.
Gertruda patrzyła za nim i nie mogła stłumić życzenia, ażeby się raz przynajmniej odwrócił, aby mogła ujrzeć twarz jego. Wtem jakiś młody człowiek zbliżył się do niego, pokłonił się przed nim głęboko, ucałował jego rękę i odszedł. Człowiek czarno ubrany stanął na chwilę i spoglądał za młodzieńcem, który go tak pokornie powitał i tym sposobem spełniło się życzenie Gertrudy.
Teraz Gertruda omal nie zemdlała z radosnego zdziwienia. Stała nieruchomie przyciskając rękę do serca. „Toż przecie jest Chrystus!“ rzekła. „To Jezus Chrystus, któregom spotkała nad leśnym potokiem“.
Człowiek ów poszedł dalej, a Gertruda chciała iść za nim, lecz zwrócił się teraz w bardzo ludną ulicę, gdzie wnet znikł jej z oczu bez śladu. Gertruda podążyła więc ku kolonii; szła bardzo powoli, co chwila stawała, opierała się o mur i przymykała oczy.
„Gdybym go tylko mogła zachować w pamięci“, szepnęła, „gdybym tylko twarz jego mogła mieć wciąż przed oczyma!“
Usiłowała wyryć w oczach swych obraz, który dopiero co widziała. „Miał brodę trochę przypruszoną siwizną“, powtarza sobie w duchu, „krótko strzyżoną i rozchodzącą się w dwóch spiczastych końcach. Miał twarz podłużną; nos długi, czoło szerokie, lecz niezbyt wysokie. Wyglądał zupełnie tak, jak widziałam często malowanego Chrystusa, zupełnie tak samo jak wówczas, gdy ujrzałam go nad potokiem leśnym, tylko, że był teraz jeszcze piękniejszy i wspanialszy. Z oczu jego biła jasność i wielka moc, a dokoła oczu były ciemne kręgi i liczne zmarszczki. Tak dokoła oczu jego łączyło się wszystko, mądrość i miłość, boleść i litość i jeszcze coś więcej, co wskazywało, że oczy te mogą czasami mieć takie wejrzenie, że poprzez niebiosa widzieć mogą Boga i Aniołów“.
Przez całą drogę z powrotem Gertruda przepełnioną była najwyższym zachwytem. Tak rozpromienioną szczęściem nie czuła się już od owego dnia, gdy widziała Chrystusa na łące leśnej. Z rękami złożonemi i w górę wzniesionemi oczami kroczyła tak, jak gdyby już nie była na ziemi, lecz unosiła się na chmurach i na błękicie.
Spotkać Chrystusa w Jerozolimie, to miało o wiele większe znaczenie, niż gdy ukazał jej się w dzikiej okolicy leśnej we wsi Dalarne. Tam przesunął się przed nią jak zjawisko, lecz gdy się tu ukazał, znaczyło to, że powrócił, aby działać między ludźmi.
To, że Chrystus wrócił na ziemię było czemś tak wielkiem, że nie mogła nawet tak odrazu ocenić całego znaczenia tego faktu, ale pewność ta przyniosła jej już teraz radość, spokój i szczęście.
Gdy Gertruda wyszła poza obręb miasta i zbliżyła się do kolonii, spotkała Ingmara Ingmarsona. Miał jeszcze na sobie odzież z cienkiego czarnego sukna, tak nieodpowiednią do jego spracowanych rąk i grubych rysów, był ponury i niezadowolony.
Od pierwszej chwili, gdy Gertruda ujrzała Ingmara w Jerozolimie, dziwiła się, że mogła go kiedyś tak bardzo kochać! I to również wydawało jej się dziwnem, że w domu uważała Ingmara za wytwornego pana. Chociaż był biednym, to jednak ona i wszyscy ludzie przekonani byli, że nie mogłaby zrobić lepszej partyi. Ale tu w Jerozolimie miał on minę szczególnie nędzną i nic nie znaczącą. Nie mogła zrozumieć co w ojczyźnie widziano w nim szczególnego.
Nie miała jednak Gertruda wstrętu do Ingmara, i chętnie byłaby uprzejmą dla niego, gdyby ktoś nie był jej powiedział, że Ingmar rozwiódł się; z żoną i przybył do Jerozolimy, aby zdobyć napowrót Gertrudę. Przeraziła się tego, i myślała: „Teraz nie mogę nawet mówić z nim, muszę mu bowiem okazać, że jest mi obojętny. Nie mogę ani na chwilę zostawić go w mniemaniu, że mógłby pozyskać mnie znowu. Przyjechał tu, bo sądzi, że postąpił bardzo źle ze mną; ale skoro będzie widział, że nie dbam o niego, wkrótce pójdzie po rozum do głowy i wyjedzie“.
Lecz gdy Gertruda spotkała teraz przed kolonią Ingmara, myślała tylko o tem, że znalazła człowieka, któremu może powierzyć swoje wielkie, cudowne odkrycie. Przypadła więc do niego wołając: „Widziałam Chrystusa!“
Taki okrzyk zachwytu nie zabrzmiał pewnie nad nagiemi polami i górami Jerozolimy od czasu, kiedy nabożne kobiety, wracając od opuszczonego grobu zawołały do Apostołów: „Pan zmartwychwstał!“
Ingmar zatrzymał się i spuścił oczy jak to zwykł był czynić, kiedy chciał ukryć swe myśli. „Czy tak“, rzekł do Gertrudy; „Chrystusa widziałaś?“
Gertruda zniecierpliwiła się, tak jak za dawnych czasów, gdy Ingmar nie umiał się dość szybko oswoić z jej marzeniami i myślami. Żałowała, że zamiast niego nie spotkała Boa; on lepiej ją rozumiał. Ale zaczęła przecie opowiadać, co widziała.
Ingmar ani słowem nie zdradził, że jej nie wierzy, mimoto jednak zdawało się Gertrudzie, że to co miała opowiadać, stopiło się na nic. Spotkała na ulicy człowieka podobnego do Chrystusa, oto i wszystko. Cała rzecz przedstawiała się jakby sen. Wtedy gdy ją przeżywała, wydawała jej się czemś nadzwyczajnem, ale rozpłynęła się zupełnie, gdy próbowała mówić o niej.
W każdym razie Ingmar zdawał się być ucieszony tem, że przemówiła do niego. Z wielką troskliwością wypytywał ją o czas i miejsce, gdzie spotkała owego człowieka. I żądał, aby mu dokładnie opisała jego odzież i wygląd.
Lecz gdy przybyli do Kolonii Gertruda szybko opuściła Ingmara. Czuła ogromne przygnębienie i niepojęte znużenie. „Rozumię, nie jest to zamiarem boskim, abym innym ludziom o tem opowiadała“, pomyślała. „Ach byłam tak szczęśliwa, gdy sama jedna o tem wiedziałam!“
Postanowiła z nikim więcej nie mówić o tem, i chciała prosić Ingmara, aby także milczał. „Wszak to prawda, to prawda“, powtarzała wciąż, „że go spotkałam, tak samo jak wówczas na drożynie leśnej; ale trudno wymagać, aby mi ktoś uwierzył“.
W kilka dni później spotkała Gertrudę wielka niespodzianka; Ingmar zbliżył się do niej po wieczerzy i powiedział jej, że widział tego człowieka w czarnej szacie.
„Odkąd opowiadałaś mi, że istnieje taki człowiek, szedłem codziennie tą ulicą tam i napowrót i czekałem na niego“, rzekł Ingmar.
„A więc przecie uwierzyłeś mi?“ zapytała Gertruda ucieszona. I cała jej wiara i ufność zapłonęły w niej z nową siłą.
„Nie należę przecie do tych, którzy łatwo wierzą w tego rodzaju rzeczy“, rzekł Ingmar.
„Czy widziałeś kiedy taką twarz? zapytała. Gertruda.
„Nie“ odrzekł Ingmar, „nigdy jeszcze nie widziałem czegoś podobnego“.
„Czy i tobie tak jest, że widzisz ją wciąż przed, sobą, gdziekolwiek jesteś?“
„Tak, to prawda, czuję zupełnie to samo“.
„A więc czy wierzysz teraz, że to Chrystus?
Ingmar unikał odpowiedzi na to pytanie. „Jego to rzecz, pokazać nam, kim jest“.
„O gdyby go można raz jeszcze obaczyć! “ westchnęła Gertruda.
Ingmar miał wyraz wątpliwy. „Wiem gdzie będzie dzisiejszego wieczora“, rzekł flegmatycznie.
Gertruda podskoczyła i stanęła jakby w płomieniach. „Nie, co też ty mówisz! Ty wiesz, gdzie On będzie?“ zawołała.
„Możesz mnie więc zaprowadzić tam, abym go znów obaczyła“.
„Ależ zciemniło się już zupełnie“, rzekł Ingmar, „i może niebezpiecznie jest, o tak późnej porze chodzić w Jerozolimie“.
„O nie, nie ma niebezpieczeństwa“, rzekła Gertruda „chodziłam często i później jeszcze do chorych“.
Z wielkim trudem udało się Gertrudzie przekonać Ingmara. „Może dlatego nie chcesz iść ze mną, bo sądzisz że zwarjowałam?“ zapytała, a oczy jej zciemniały i wyglądały niebezpiecznie.
„Głupio zrobiłem, że powiedziałem ci, iż go znalazłem“, rzekł Ingmar, „ale widzę, że teraz najlepiej już będzie, jeżeli pójdę tam z tobą“.
Gertruda była tak uradowana, że miała łzy w w oczach.
„Ale musimy się starać wyjść z kolonii tak, aby nikt tego nie zauważył“, rzekła. „Nie będę z nikim o tem mówiła, zanim ujrzę go raz jeszcze“.
Udało jej się wydostać latarkę i mogli wybrać się w drogę. Powietrze było burzliwe i deszczowe, ale Gertruda nie zważała na nic.
„Czy jesteś całkiem pewnym, że obaczę go dziś wieczorem?“ pytała raz po raz. „Czy doprawdy jesteś pewnym, że go ujrzę?“
Gertruda mówiła bezustannie; jak gdyby nigdy nie było rozdziału między nią a Ingmarem, obdarzała go całem swojem zaufaniem, jak w poprzednich dniach. Opowiadała mu o tylu porankach, które spędziła w oczekiwaniu na Górze Oliwnej, opisywała mu także, jaką to było męką dla niej, że czasami przychodzili ludzie i przypatrywali się jej, gdy leżała na kolanach i spoglądała ku niebu. „Nie było mi to przyjemnie, że wszyscy tak dziwnie na mnie patrzyli, jak gdybym była obłąkaną. Ale byłam tak silnie przekonaną, że Chrystus przyjdzie, że nie mogłam powstrzymać się, aby nie iść. na górę i oczekiwać go“.
„Wołałabym zapewne, ażeby zjawił się był w wielkiej potędze i wspaniałości na skrzydłach zorzy porannej“, rzekła, „ale cóż to wszystko znaczy, skoro tylko przyszedł. Cóż to znaczy, że przybył w ciemnej zimowej nocy, skoro się tylko pokaże, stanie się dzień i światłość“.
„I jakież to dziwne, Ingmarze, żeś ty właśnie teraz przybył, kiedy On zjawił się i zaczyna swe działanie. Jakiś ty szczęśliwy, żeś nie potrzebował czekać. Przybywasz właśnie w szczęśliwej chwili“.
Nagle Gertruda zatrzymała się; podniosła latarkę, aby ujrzeć twarz Ingmara, twarz ta była ponura i smutna.
„Postarzałeś się bardzo w tym roku, Ingmarze“, rzekła, „i pojmuję, żeś się dręczył przezemnie wyrzutami sumienia. Lecz teraz musisz zupełnie zapomnieć o tem, że zawiniłeś w obec mnie. Była to Boża wola, i co się stało, musiało się stać. Bóg chciał tobie i mnie okazać wielką łaskę, chciał na wielką świętą chwilę sprowadzić nas do Jerozolimy“.
„Ojciec i matka będą również zadowoleni, skoro zrozumieją zamiar Boski“, ciągnęła dalej Gertruda. „Tak, nigdy nie napisali mi ani jednego złego słowa za to, że się potajemnie wybrałam z domu; zrozumieli, że nie mogłam wytrzymać w domu, lecz na ciebie byli bardzo rozgoryczeni, wiem o tem. Lecz teraz muszą się przeprosić z dwojgiem dzieci, które wychowały się w ich domu. Czy wiesz, zdaje mi się, że bardziej jeszcze żałowali za tobą niż za mną“.
Ingmar szedł milcząco w deszczu i niepogodzie, nie odpowiadając ani słowa na to, co mówiła Gertruda. „Tak, tak, nie wierzy, że znalazłam Chrystusa“, myślała Gertruda „ale cóż to szkodzi, skoro mnie przecie wiedzie do niego. Jeszcze chwilkę cierpliwości, a ujrzę wnet, że wszystkie narody i książęta ziemi ugną kolana przed nim, który jest Zbawicielem“.
Ingmar poprowadził Gertrudę do mohametańskiej dzielnicy miasta i przechodzili przez wiele ciemnych i krętych ulic. Nakoniec zatrzymał się przed wielką furtką, umieszczoną na wysokim murze bez okien, i otworzył furtkę. Przeszli długi, chodnik i dostali się na oświetlone podwórze.
Kilku sług zajętych było w jednym rogu jakąś robotą, a dwaj starzy ludzie siedzieli skuleni na kamiennej ławce pod murem, ale nikt nie zwracał najmniejszej uwagi na Gertrudę i Ingmara; usiedli na jednej z ławek i Gertruda spoglądała dokoła.
Podwórze, wyglądało tak, jak wiele innych,, które Gertruda widziała w Jerozolimie. Z czterech boków otoczone było krytą kolumnadą a ponad otwartym środkowym placem rozpięty był brudny namiotowy dach, z którego zwieszały strzępy i łachmany.
Miejsce to zdawało się być niegdyś bogate i wspaniałe, lecz teraz podupadło zupełnie. Kolumny wyglądały tak, jak gdyby pochodziły z kościoła. Miały zapewne piękne ornamenta u góry, które jednak były teraz złamane i zeszpecone. Tynk na murze był odbity a z licznych szczelin i otworów wyglądały brudne szmaty. Po jednej stronie nałożony był cały stos starych skrzyń i kojców na kury.
„Czy jesteś zupełnie pewnym, że to jest miejsce, gdzie go obaczę?“ zapytała Gertruda szeptem.
Ingmar zrobił potwierdzający znak głową i wskazał na dwadzieścia małych skór jagnięcych, które w pośrodku podwórza ułożone były w koło. „Tu widziałem go wczoraj z jego uczniami, “rzekł.
Gertruda była trochę rozczarowana, lecz wkrótce uśmiechnęła się znowu. „Dziwna to rzecz, że zawsze oczekujemy go w pośród blasku i wspaniałości“, rzekła. „Ale on nie wie nic o tem i przychodzi wśród ubóstwa i pokory. Zrozumiesz jednak, że nie będę taką jak żydzi, którzy nie chcieli go uznać, ponieważ nie wystąpił jako pan i książę tego świata.“
Po chwili weszło z ulicy kilku mężczyzn. Szli powoli aż do środka placu i usiedli tu na małych skórach baranich. Wszyscy mieli strój orjentalny, zresztą jednak nie byli do siebie podobni. Jedni byli młodzi, inni starzy, jedni okryci byli kosztownem futrem i jedwabnemi szatami, inni ubrani byli jak biedni wodziarze i robotnicy rolni. W miarę gdy wchodzili, Gertruda^opowiadała o nich i nazywała ich po imieniu.
„Widzisz, ten oto, to Nikodemus, który w nocy przybył do pana“, tak skreśliła starszego bogatego człowieka, „a ten z długą brodą, to Piotr, tam zaś siedzi Józef z Arymatei. Nie nigdy jeszcze nie wyobrażałam sobie tak dobrze, jak to jest, gdy uczniowie zbierają się do koła pana. Ten ze spuszczonemi oczami to Jan, a ów człowiek z rudemi włosami pod pilśniową czapką, to Judasz. Ale tamci dwaj, skuleni na ławce, którzy palą swe lulki, nie dbając o to, co usłyszą, to dwaj uczeni w Piśmie. Nie wierzą w Niego i przyszli tylko z ciekawości, albo aby mu się sprzeciwiać.“
Podczas gdy Gertruda mówiła w ten sposób, koło się zapełniło. Wkrótce wszedł mąż oczekiwany i stanął w środku.
Gertruda nie widziała skąd przyszedł. O mało, że nie krzyknęła głośno, gdy go nagle obaczyła. „Tak, tak, to on!“ zawołała składając dłonie.
Przez chwilę wpatrywała się w niego, gdy stał ze spuszczonemi w dół oczyma, jakby pogrążony w cichej modlitwie. Im dłużej się wpatrywała, tem silniejszą była jej wiara.
„Czyż nie widzisz Ingmarze, że to nie jest w człowiek? szepnęła:
Ingmar odpowiedział również szeptem: „Wczoraj, gdy go spotałem po raz pierwszy, sądziłem także, że jest czemś więcej niż człowiekiem“.
„Czuję błogość patrząc tylko na niego/ rzekła Gertruda. „Nie ma takiej rzeczy, którejbym dla niego nie uczyniła, gdyby mnie o to prosił.“
„To stąd pochodzi, że przywykliśmy wyobrażać sobie, że Zbawiciel tak musi wyglądać,“ rzekł Ingmar.
Człowiek, którego Gertruda uważała za Chrystusa, stał teraz w postawie podniosłej i rozkazującej w kole swych zwolenników. Potem wykonał lekki ruch ręką i naraz wszyscy siedzący dokoła niego na ziemi zaintonowali głośno: „Allach, Allach!“ Równocześnie wszyscy poruszyli głowami, zwracając je silnym rzutem to w prawo, to w lewo. Poruszali się wszyscy w tym samym takcie i przy każdym zwrocie w olali: „Allach, Allach!“ Człowiek w środku stojący był prawie nieruchomy i tylko lekkiem skinieniem głowy dawał takt.
„Co to jest?“ zapytała Gertruda. „Co to może być?“
„Jesteś dłużej w Jerozolimie niżeli ja, Gertrudo“ — rzekł Ingmar, „musisz więc wiedzieć co to znaczy.“
„Słyszałam, że są ludzie, których tu nazywają tańczącymi derwiszami,“ rzekła Gertruda, „to jest z pewnością ich kult“.
Siedziała spokojnie i myślała przez chwilę, potem rzekła. „To z pewnością jest tylko początek, może w tym kraju jest taki zwyczaj, i to zastępuje miejsce pieśni, którą my mszę rozpoczynamy. Gdy się to skończy, zacznie wykładać swoją naukę. O jakże się czuć będę szczęśliwą, gdy usłyszę głos jego!“
Ludzie siedzący na środku podwórza wciąż jeszcze wołali „Allah, Allach!“ rzucając głową w prawo i w lewo. Poruszali się w coraz szybszym takcie, czoła ich pokryły się kroplami potu, a wołania: „Allah, Allah!“ brzmiały jak charczenie.
Trwało to przez kilka minut bez przerwy, aż dowódca ich zrobił lekki ruch ręką; uspokoili się natychmiast.
Gertruda przymknęła oczy, aby nie widzieć dłużej, jak ci ludzie się męczyli. Gdy ucichło, spojrzała i rzekła do Ingmara: „Teraz będzie przemawiał. O szczęśliwi są ci, którzy mogą rozumieć jego kazanie! Lecz będę zadowoloną, gdy usłyszę tylko jego głos!“
Przez chwilę panowała cisza, ale wnet dowódca dał znak a zwolennicy jego zaczęli wołać na nowo Allah, Allah! Nakazano im teraz poruszać nie tylko głową, lecz całą górną częścią ciała i wnet wszystko znów było w ruchu. Mąż z czcigodnymi rysami i pięknemi chrystusowemi oczami nie myślał o niczem innem, jak tylko podniecać swych zwolenników do coraz gwałtowniejszych ruchów, trzymał ich w bezustannym ruchu przez wiele minut. Oni zaś wytrzymywali to, jak gdyby gnani nadludzką siłą, o wiele dłużej, niż się to dla sił ludzkich wydało możliwem. Groza przejmowała, widząc tych ludzi, którzy z natężenia zdawali się blizkimi śmierci i słysząc te jęczące wołania, jak gdyby wyrzucane z sapiących gardzieli.
Teraz nastąpiła mała przerwa, poczem gwałtowne ruchy rozpoczęły się na nowo, aż znów nastąpiła przerwa.
Wzrokiem, w którym wyrażała się bezradność i trwoga, Gertruda spojrzała na Ingmara a usta jej drżały gdy rzekła: »Czy nie sądzisz, że się to raz skończy?“ Potem skierowała oko na wyniosłą postać, która z rozkazującym władczym gestem stała wśród swych zwolenników i wstąpiła w nią nowa nadzieja. „Przyjdą wnet z pewnością chorzy i nieszczęśliwi, by go o pomoc prosić“, rzekła z uczuciem.
„I będę świadkiem jak uleczy trędowatych a ociemniałym zwróci światło oczu“.
Ale Derwisz i nadal robił to samo. Dał znak, aby się wszyscy podnieśli z ziemi, a ruchy, stały się teraz jeszcze gwałtowniejsze. Wszyscy stali na swych miejscach, ale biedne ich ciała kołysały się i rzucały się z największą gwałtownością. Oczy bez blasku i krwią nabiegłe patrzyły prosto przed siebie; niektórzy byli już o tyle nieprzytomni, że nie zdawali sobie sprawy z tego gdzie się znajdują, a ciała ich kołysały się jak gdyby mimowoli tam i napowrót z coraz większą gwałtownością.
Nakoniec, gdy tak przypatrywali się już przez kilka godzin, Gertruda w wielkiej trwodze chwyciła Ingmara za ramię. „Czy nie może uczyć ich czego?“ szepnęła.
Zaczęła bowiem pojmować, że mąż którego miała za Chrystura, nie umiał uczyć ludzi czego innego, prócz tych dzikich ćwiczeń. Nie miał innej myśli, jak tylko podniecanie i zapalanie tych szaleńców. Jeżeli jeden z nich poruszał się gorliwiej dłużej, niż inni, wciągnął go do koła i podawał go jako wzór innym, kłaniającym się i sapiącym. I wódz sam stawał się coraz gorliwszym; i jego ciało zaczęło się kołysać i wykręcać i on nie był wstanie stać spokojnie.
Gertruda walczyła z płaczem i z rozpaczą. Wszystkie nadzieje i marzenia zgasły w jej duszy. „Czy nie wożę uczyć ich niczego, niczego innego?“ pytała raz po razie.
Jak gdyby w odpowiedzi na to pytanie Derwisz dał znak sługom, którzy w ćwiczeniach nie brali udziału. Wzięli kilka instrumentów zawieszonych na filarze: były to bębny i tamburyny. Gdy muzyka zabrzmiała, wołania stały głośniejsze i przeraźliwsze, ludzie wykrzywiali coraz gwałtowniej swe członki. Niektórzy pozrywali z głowy fezy i turbany i rozpuścili włosy długie na jakie pół metra. Wyglądali straszliwie, kołysząc się tam i napowrót tak, iż włosy to biły ich w twarz, to znów spływały po plecach. Oczy były coraz bardziej wybałuszone, twarze trupio blade, ruchy przeszły w kurczowe drgania a z ust spływała biała piana.
Gertruda wstała, wszelka radość i natchnienie zamarły w niej, ostatnia nadzieja zgasła. Pozostał jeno wstręt głęboki. Skierowała się do wyjścia, nie oglądając się nawet za tym, którego niedawno uważała za wysłanego na ziemię Zbawiciela.
„Szkoda tego kraju«, rzekł Ingmar, gdy byli na ulicy. „Pomyśl tylko jacy nauczyciele byli tu dawniej, a teraz cała nauka tego męża skierowana jest ku temu, aby zwolennicy jego wykręcali swe członki jak szaleńcy“.
Gertruda nic nie odpowiedziała; szła szybko naprzód. Gdy byli już przed kolonią, podniosła w górę latarnię. „Czy widziałeś go wczoraj w tym samym stanie?“ rzuciła w twarz Ingmar owi z gniewnym błyskiem oczu.
„Tak“, odrzekł Ingmar bez wahania.
„Czy ci tak żal było, że czułam się szczęśliwą, iż musiałeś mi go pokazać?“ rzekła Gertruda. „Tego ci nigdy nie przebaczę“, dodała po chwili.
„Pojmuję to bardzo dobrze“, rzekł Ingmar, „ale mimo to musiałem uczynić, co słuszne“.
Weszli tylnemi drzwiami i Gertruda śmiejąc się z rozgoryczeniem, opuściła Ingmara. „Możesz teraz spać spokojnie, o tak“, rzekła. „Dobrze ci się udało, nie wierzę już w to, że człowiek ten jest Chrystusem. Nie jestem zaślepioną, udało ci się zupełnie“.
Ingmar z cicha szedł ku schodom prowadzącym do sypialni mężczyzn. Gertruda poszła za nim. „Nie zapomnij tylko o tem, że ci tego nigdy nie przebaczę“, powtórzyła.
Potem udała się do swego pokoju, położyła się do łóżka i płakała tak długo, aż zasnęła. Na drugi dzień obudziła się wcześnie, ale leżała spokojnie. Zaczęła się dziwić. „Cóż to takiego, że nie wstaję? Dlaczego nie tęsknię za górę Oliwną?„ pytała w duchu.
Potem zakryła twarz rękami i znów wybuchła płaczem. „Nie oczekuję go więcej. Już nie mam nadziei. Zbyt mnie to bolało wczoraj, gdy widziałam że się pomyliłam. Nie umiem już oczekiwać go. Nie wierzę już w to, że przyjdzie!“ szlochała.
I w istocie prawie przez tydzień Gertruda nie chodziła na górę Oliwną. Ale potem dawna tęsknota i wiara obudziły się na nowo. Pewnego ranka znów się wymknęła; i wszystko odtąd było po dawnemu.
Pewnego wieczora, gdy koloniści jak zwykle żebrani byli w wielkiej sali, Ingmar widział, że Gertruda usiadła obok Boa i coś z wielkiem ożywieniem do niego mówiła.
Po chwili Bo wstał i zbliżył się do Ingmara.
„Gertruda opowiedziała mi, coś niedawno wieczorem starał się uczynić dla niej“, rzekł Bo.
„Ach tak“, rzeki Ingmar, nie wiedząc do czego Bo zmierza.
„Nie sądź, iż nierozumię, że chciałeś uratować jej zdrowy rozum“, rzekł Bo.
„Tak źle chyba rzeczy nie stoją“, rzekł Ingmar.
„O tak“, rzeki Bo, „kto przeszło rok dręczył się tą troską, ten wie, jak źle rzeczy stały“.
Chciał odejść, lecz Ingmar wyciągnął doń rękę. „Powiem ci coś Bo, z nikim tak chętnie nie zawarłbym przyjaźni, jak z tobą“:
„O niezadługo z pewnością znów się posprzeczamy“, rzekł śmiejąc się Bo. Przyjął jednak rękę Ingmara i uścisnął ją.

Groźba nędzy.

Gdy Ingmar był już kilka miesięcy w Jerozolimie, zatrzymał się pewnego dnia przed bramą Jaffa. Pogoda była niezwykle piękna, mnóstwo ludzi przechadzało się i Ingmar z przyjemnością przypatrywał się pstrym tłumom, przechadzającym się tam i napowrót przez bramę.
Nie długo tak stał, a zapomniał zupełnie, gdzie się znajdował. Myśli jego zajęte były pytaniem, które w ciągłem trzymało go napięciu. „Gdybym wiedział tylko, jak nakłonić Gertrudę, aby opuściła kolonię,“ myślał, „ale to wygląda na rzecz, niemożliwą“.
Ingmar był zupełnie świadomym tego, że nie może Gertrudy zostawić w Jerozolimie, lecz musi ją zabrać do domu, jeżeli ma kiedykolwiek dojść do wewnętrznego spokoju. „Ach gdybym ją mógł widzieć z powrotem w domu, w starym domu nauczyciela!“ myślał. „Gdybym mógł zabrać ją z tego strasznego kraju, gdzie tylu jest ludzi okrutnych, tyle niebezpiecznych chorób, tyle dziwnych idei i obłędów. Sprowadzić Gertrudę do Dalarne, to jedyna rzecz, o której mi teraz myśleć wolno. Nie mogę zastanawiać się nad tem, czy ją kocham, lub czy ona mnie kocha, muszę tylko starać się o to, by ją oddać starym rodzicom.“
»Kolonia dziś doprawdy nie znajduje się w tak dobrym stanie, jak wówczas, kiedy tu przybyłem,“ myślał dalej Ingmar. „Nadeszły ciężkie czasy i być może, że już z tego powodu trzebaby uprowadzić Gertrudę. Nie wiem dlaczego koloniści naraz tak zubożeli; zdaje się, że zupełnie pozbawieni są pieniędzy. Nikt nie może sobie sprawić surduta lub sukni, nikt nie śmie kupić sobie pomarańczy, zdaje mi się prawie, że nie mają odwagi najeść się do syta.“
W ostatnim czasie zdawało się Ingmarowi, że Gertruda powzięła skłonność do Boa, i wyobrażał sobie, że może z czasem pobraliby się, gdyby byli oboje w domu. Ingmar wiedział, że to byłoby największem szczęściem, na jakie mógł liczyć. „Wiem dobrze, że nie dostanę napowrót Barbary,“ myślal, „ale byłbym zadowolony, gdybym tylko nie musiał żenić się z inną i mógł żyć samotnie.“ Lecz starał się z pospiechem oddalić myśli te od siebie. Krytykował się sam nader surowo. „Nie wolno ci myśleć o tem ani o owem; nie masz nic innego do czynienia, jak tylko zastanawiać się nad tem, jakby Gertrudę do domu sprowadzić.
Podczas gdy Ingmar stal w bramie pogrążony w swych myślach, widział, iż jeden z Gordonistów wyszedł z amerykańskiego konsulatu, położonege w pobliżu bramy Jaffa, i to w towarzystwie samego konzula, Ingmar był już dobrze obeznany ze sprawami kolonistów i wiedział dobrze, że konsul starał się im szkodzić w każdy możliwy sposób. Między nim i wszystkimi, którzy należeli do kolonii, panowała wielka nieprzyjaźń.
Człowiek, który odwiedził konsula był amerykaninem i zwal się Clifford. Gdy obaj wyszli na ulicę, konsul pożegnał się z nim, i zdawała się być przyjaźń między nimi.
„Zrobisz więc jutro próbę?“ zapytał konsul.
„Tak“, odrzekł amerykanin, „muszę tę rzecz załatwić, zanim pani Gordon wróci.“
Będę dobrej myśli,“ rzeki konsul, „nic ci się nie stanie, jakkolwiek rzecz wypadnie.“
W tej chwili konsul spostrzegł Ingmara. „Czy to nie jeden z waszych?“ zapytał przyciszonym głosem.
Cliffort oglądnął się z przestrachem, lecz uspokoił się poznawszy Ingmara. „Tak, to jeden z tych, którzy cały dzień chodzą jakby we śnie,“ rzekł, nie uważając nawet za potrzebne mówić ciszej. „Nie dawno dopiero przybył i wątpię czy rozumie po angielsku“.
To uspokoiło konsula, który żegnając się z Cliffordem, rzekł jeszcze: „Jutro więc pozbędziemy się całej tej bandy.“
„Tak,“ rzekł Clifford, lecz wyglądał przytem trochę niepewny. Spoglądał przez chwilę za konsulem a Ingmarowi zdawało się, że drżał, a twarz jego była szara jak popiół. Nakoniec oddalił się. Ingmar nie ruszył się z miejsca. Lecz to co usłyszał wywołało w nim pewien niepokój.
„Tak, ten człowiek ma słuszność,“ rzekł Ingmar, »nie wiele rozumię po angielsku, tyle jednak zrozumiałem, że zamierza wykonać coś złego w kolonii właśnie teraz, gdy pani Gordon jest w Jaffie, Chciałbym wiedzieć co ma na myśli. Konsul był tak zadowolony, jakby cała kolonia była już zniszczona.“
„Zdaje się, że człowiek ten jest już od dawna niezadowolony z urządzeń w kolonii,“ myślał dalej Ingmar. „Słyszałem, ze należał z początku do najgorliwszych, ale w ostatnim czasie zapał jego ostygł znacznie. Kto wie, czy w kolonii nie ma może dziewczyny, którą on kocha, i której w inny sposób nie może wydostać z kolonii, a teraz zdaje mi się prawdopodobnie, że kolonia i tak nie może istnieć, bo popadła w nędzę, i że dobrze byłoby, ażeby się rozwiązała i to im prędzej, tem lepiej. Tak im bardziej to rozważam, tem pewniejszym jestem, że to z powodu ubóstwa jest tak niezadowolonym. Od dawna już skrycie buntuje drugich. Słyszałem raz sam, że robił uwagi o pannie Young, że ubiera się ładniej niż inne młode dziewczęta, a innym razem znów twierdził że przy stole, przy którym siada pani Gordon, potrawy są lepsze, niż przy innych stołach.“
„Niech nas Bóg strzeże!“ myślał Ingmar, wyszedłszy na ulicę. „To z pewnością niebezpieczny człowiek. Muszę szybko iść do kolonii i opowiedzieć co słyszałem.“
Ale po chwili stał Ingmar znów na dawnem miejscu pod bramą. „Ty Ingmarze nie powinieneś się wcale spieszyć donieść o tem kolonistom“, mówił do siebie samego. „Pozwól temu człowiekowi działać, a będziesz sam miał ułatwione zadanie. Czy właśnie nie rozmyślałeś nad tem, jak nakłonić Gertrudę, aby opuściła kolonię? A tu rzecz robi się sama przez się. Konsul i ów Clifford są przecież najmocniej przekonani, że wkrótce nie będzie już w Jerozolimie Gordonistów“.
„Tak, gdyby to było dobrze, ażeby się kolonia rozwiązała!“ myślał Ingmar. „Wtedy Gertruda zapewne chętnie wróciłaby do Szwecyi“.
Z chwilą, gdy w Ingmarze powstała myśl o bliskim powrocie, czuł jak bardzo za tem tęskni. „Muszę przyznać, gdy myślę o tem, że teraz w lutym powinienem właściwie być w lesie przy robocie zimowej, to mnie aż z miejsca podnosi i palce mi wprost swędzą z ochoty ujęcia rękojeści siekiery. Nie rozumiem jak Szwedzi mogą tu wytrzymać bez roboty w lesie i na polu. I jestem przekonany, że taki człowiek jak Halfvor byłby żył jeszcze, gdyby był miał do przypilnowania stos węglowy, lub pole do przeorania“.
Ingmar ledwie mógł wytrzymać z gorliwości i tęsknoty. Przekroczył bramę i szedł drogą wiodącą w poprzek doliny Hinnom. Coraz to z większą stanowczością powracała doń, myśl, że Gertruda i Bo pobraliby się, gdyby byli z powrotem w Szwecyi, i że wtedy on, Ingmar zostałby na resztę życia samotny. „Może i Karina wróciłaby do domu i zgodziłaby się, aby być gospodynią na ingmarowskim dworze“, pomyślał. „To byłoby najlepiej, wtedy jej syn oddziedziczyłby kiedyś dwór“.
„A jeżeli Barbara wróci do swej wsi rodzinnej, to nie będzie znów tak daleko, abym nie mógł jej widzieć od czasu do czasu“, snuł dalej swe plany. „Jeżeli zechcę, to będę mógł co niedzieli jechać tam do kościoła, a czasem też spotkamy się przy jakim weselu, lub pogrzebie. A w towarzystwie mogę także usiąść przy niej i rozmawiać z nią. Nie jesteśmy przecież wrogami, chociaż musieliśmy się rozłączyć“.
Ingmar zaczął myśleć nad tem, czy to było słuszne, że cieszył się z możliwego rozwiązania się kolonii. Ale bronił się gorąco przed samym sobą. „Prawdą jest, że ktokolwiek żyje tu, pewien czas między kolonistami, musi przyznać, są to ludzie doskonali“, myślał, „a jednak nikt nie mógłby pragnąć, aby tak dalej wszystko pozostało. Jeżeli się rozważy ilu z nich już umarło, i wiele prześladowań przecierpieli; a teraz jeszcze ta nędza, która na nich zeszła. Tak, teraz, gdy takie ubóstwo jest między nimi, nie można nic innego życzyć, jak tylko najrychlejsze rozwiązanie kolonii“.
Myśląc o tem, Ingmar szedł wciąż dalej. Przeszedł dolinę Hinnom i szedł drogą prowadzącą na „Górę złej rady“. Tu wnosiły się nowe pałacowe budynki i sterczały starożytne ruiny. Ingmar przechodził między niemi, nie myśląc o tem dokąd zaszedł; to zatrzymywał się, to szedł dalej, jak to zwykle bywa, jeżeli ktoś pogrążony jest w swych myślach.
Nakoniec stanął pod drzewem i stał przez dobrą chwilę zanim spojrzał na drzewo. Było to drzewo bardzo wysokie, które różniło się tem od innych drzew, że miało gałęzie tylko po jednej stronie pnia, lecz żadna z gałęzi nie rosła ku górze, tylko tworzyły razem gęstą splątaną masę, która prosto wskazywała w kierunku na wschód.
Gdy Ingmar poznał jakie to było drzewo, przestraszył się. „To drzewo Judaszowe“, pomyślał, „na nim powiesił się zdrajca. Dziwna to rzecz, że tu się dostałem!“
Lecz nie poszedł dalej, tylko wciąż przyglądał się drzewu.
„Chciąłbym wiedzieć, czy Bóg mnie dlatego tu sprowadził, że myślał, iż postępuję w obec kolonii jako zdrajca?
Znów stał przez chwilę myśląc. „A jeżeli to wola Boża, ażeby ta kolonia istniała?“
Ingmar czuł się jak gdyby sparaliżowany na duchu, a wszystkie myśli, któremi się dręczył były gorzkie i bolesne.
„Broń się o ile możesz, a jednak to zły postępek, że nie przestrzegasz kolonistów, wiedząc o tem jakie plany knują przeciw nim“, mówił sobie w duchu.
„Zdaje się, jak gdybyś sądził, iż Bóg nie wiedział, czego chce, gdy twych najbliższych krewnych do tej obcej krainy sprowadził, Ale chociażbyś i nierozumiał Jego zamiaru, to tyle jednak pojmujesz, że nie mógł tego uczynić w myśli, aby to wszystko trwało zaledwie parę lat.
Być może, iż Bóg spoglądał na Jerozolimę i liczne spory, jakie panują w tym mieście, i myślał: Patrzcie, nawet tu potrafię stworzyć osadę, w której jedność rządzić będzie i ustanowię przybytek dla zgody i spokoju!“
Ingmar stał wciąż na tem samem miejscu a myśli jego staczały z sobą walkę. Stały naprzeciw siebie, jakby wojownicy i gwałtownie nacierali na siebie.
Nadzieja powrotu do domu, którą powziął niedawno, głęboko zakorzeniła się już w jego sercu, i walczył uparcie o to, by ją módz zatrzymać. Słońce zaszło ciemność szybko zapadła, a Ingmar stał wciąż jeszcze w cieniu wieczornym i walczył ze sobą.
Nakoniec złożył dłonie i modlił się: „Teraz proszę Cię o Boże, pomóż Ty mi, abym kroczył Twoją drogą“, rzekł.
Ledwie to powiedział, gdy odczuł dziwny spokój w duszy. Równocześnie znikła też z serca jego wszelka osobista wola i zaczął kierować się wolą nie swoją, lecz czyjąś obcą. Czuł wyraźnie jakgdyby ktoś był go wziął za rękę aby go poprowadzić. „To Bóg mnie prowadzi“, pomyślał.
Zszedł z „Góry złej Rady“, przeszedł napowrót przez dolinę Hinnom i minął Jerozolimę. Myślał wciąż o tem, aby pójść do kolonii i donieść kierownikom, co odkrył. Ale skoro doszedł do miejsca, gdzie droga zbaczała do Jaffy, usłyszał nagle poza sobą odgłos kopyt końskich. Obejrzał się. Jakiś dragoman, który był kilkakrotnie w kolonii pędził z dwoma końmi; siedział na jednym koniu, a drugiego prowadził za cugle.
„Dokąd jedziesz?“ zapytał Ingmar, dając mu znak, aby zwolnił w biegu.
„Do Jaffy“, odrzekł ów człowiek.
„I ja chciałbym dostać się Jaffy“, rzekł Ingmar szybko. Przyszło mu w tej chwili na myśl, że powinien użyć tej sposobności aby pospieszyć prostą drogą do pani Gordon, zamiast wprzód wrócić do kolonii.
Obaj zgodzili się wnet, że Ingmar pojedzie do Jaffy na drugim koniu. Koń był dobry i Ingmar kontent był z swego pomysłu. „Przebędę z łatwością w ciągu nocy tych siedem mil do Jaffy“, myślał, „i w ten sposób pani Gordon będzie mogła być w domu jutro popołudniu“. Ale po godzinie jazdy Ingmar spostrzegł, że koń jego kuleje. Zsiadł i przekonał się, że koń zgubił podkowę. „Co teraz uczynimy?“ spytał Ingmar Drogomana.
„Nie zostaje mi nic innego, jak powrócić do Jerozolimy i dać konia na nowo podkuć!“
Ingmar został sam w pośrodku drogi i nie wiedział co począć. Zdecydował się więc szybko, iść pieszo dalej do Jaffy. Nie wiedział wprawdzie, czy to było najlepszą rzeczą, jaką mógł uczynić, ale ta moc dziwna, która była nad nim pędziła go naprzód. Nie miał spokoju, nie mógł powrócić.
Dużymi krokami Ingmar zdążał ku Jaffie i uszedł dobry kawał. Ale po chwili był przecie niespokojny. „Gdybym tylko wiedział jakim sposobem dowiem się, gdzie mieszka w Jaffie pani Gordon. Gdyby Drogoman był ze mną, to inna rzecz, teraz muszę chodzić od domu do domu i pytać się“. Ale chociaż uznawał, że ma wszelki powód do niepokoju, szedł przecie dalej.
Gościniec, którym szedł, był dobry i szeroki i nie trudno byłoby mu znaleść drogę, nawet gdyby noc była ciemna. Ale około godziny ósmej księżyc się ukazał a w jasnem jego świetle wystąpiły wyraźnie wszystkie wzgórza między którymi wiła się droga.
Ponad temi wzgórzami szła droga to w górę, to w dół. Zaledwie Ingmar pokonał jeden pogórek już miał przed sobą drugi. Czasem czuł się bardzo znużonym, ale obca potęga gnała go naprzód, nie pozwolił sobie zatrzymać się chociażby dla kilku minut wypoczynku.
Jedna godzina po drugiej mijała w ten sposób. Nie wiedział jak długo już był w drodze, ale wciąż jeszcze znajdował się między górami. Ilekroć wszedł na szczyt pagórka, sądził, że doszedł już tak daleko, że ujrzy dolinę Saronu i rozlegające się za nią morze. Ale widział tylko szeregi pagórków piętrzących, się przed nim.
Ingmar wyjął zegarek. Blask księżyca był tak jasny, że mógł z łatwością odróżnić tarczę i wskazówki. Było już około jedenastej „Ach więc już tak późno?“ pomyślał. „I wciąż jeszcze jestem wśród wzgórz judejskich.
Opanowywała go coraz większa tęsknota; nie mógł już chodzić, musiał biegać. Sapał, krew mu uderzała o skronie, a serce biło mu gwałtownie „Zniszczę się, rzekł“, „nie mogę iść dalej w ten sposób“. A jednak pędził wciąż dalej.
Z największym pospiechem schodził teraz z drugiego pagórka. Droga wydawała się równa i gładka w świetle księżyca, i Ingmar nie myślał wcale o możliwem niebezpieczeństwie. Ale gdy dostał się do doliny wszedł naraz w ciemny las. Nie widział już drogi przed sobą, ale biegł wciąż z tą samą szybkością. I nagle potknął się o kamień i upadł na ziemię.
Szybko podniósł się, lecz wnet spostrzegł, że zranił się w kolano, tak że z trudem tylko mógł chodzić. Usiadł więc na skraju drogi. „To pewnie wnet przejdzie“, myślał, „muszę tylko odpocząć przez chwilę“.
Lecz nie mógł w żaden sposób siedzieć spokojnie, ledwie, tylko pozwolił sobie odetchnąć.
„Widzę, że nie mam już władzy nad sobą“, rzekł. „Zdaje mi się, że ktoś mię popycha i wlecze do Jaffy.
Wstał znowu i mimo, że miał silny ból w kolanie nie troszczył się to, lecz szedł dalej, Po chwili jednak noga wprost odmówiła mu dalszej służby i Ingmar musiał usiąść na ulicy.
„Teraz koniec ze mną“, rzekł upadłszy na ziemię, jak gdyby przemawiał do obcej potęgi, która popychała go naprzód. „Teraz musisz wynaleść coś, aby mi pomódz“.
Zaledwie Ingmar to powiedział, gdy usłyszał zbliżający się turkot kół. Zbliżały się z ogromną chyżością. Prawie w tej samej chwili, gdy usłyszał turkot w dali, był już tuż blisko i poznał po chyżości że konie pędziły dzikim galopem przez pagórki. Przedewszystkiem słyszano bezustanne trzaskanie z bicza i wołania, któremi woźnica napędzał konie.
Ingmar szybko wstał z ziemi i usiadł na skraju drogi, aby go nie przejechano.
Nareszcie wóz zjechał z długiego stoku, z którego poprzednio zbiegł Ingmar i teraz widział dobrze kto to był. Wóz był prosty, zwykły na zielone pomalowany, z tych jakie są używane w Dalarne. „Ach tak“, pomyślał Ingmar, „jest w tem coś niesamowitego; takich wozów nie ma w Palestynie“. A woźnica wydał mu się jeszcze dziwniejszy. Był także z ich okolicy i wyglądał jak Dalarczyk w małym czarnym kapeluszu i z włosami obciętymi równo dokoła głowy. A do tego jeszcze zdjął surdut i był w zielonej sukiennej kamizelce z czerwonymi rękawami. Był to strój z Dalarne, co do tego nie było wątpliwości. Koń był również dziwny. Było to wspaniałe, duże i silne zwierzę, kruczo czarne i tak czysto i staranne pielęgnowane, że formalnie lśniło się. Człowiek w wozie nie siedział, lecz stał pochylony nad koniem i bił go po głowie biczem, aby go napędzać. Ale koń nie czuł bicia jak się zdawało, nie był też wcale zmęczony od strasznego pośpiechu, lecz pędził jakby dla zabawy.
Gdy człowiek z wozem zbliżył się do Ingmara zatrzymał konia silnem szarpnięciem. „Możesz pojechać ze mną jeśli chcesz“, rzekł.
Ale chociaż Ingmarowi zależało tak bardzo na tem aby prędzej wyruszyć, nie miał jednak ochoty korzystać z propozycyi i to nietylko dlatego, iż wiedział, że wszystko to były widma i czary, lecz także dlatego iż człowiek ów miał bardzo nieprzyjemną twarz pokrytą bliznami, jak gdyby często brał udział w bójkach; a nad jednym okiem miał ponadto świeżą ranę pochodzącą od pchnięcia nożem.
„Jadę prędzej, niżeś ty zwykł jechać“, rzekł człowiek ten, „zdaje mi się, że ci spieszno“.
„Czy koń twój pewny?“ zapytał Ingmar.
„Jest wprawdzie ślepy, ale zupełnie pewny“.
Ingmar drżał na całem ciele. Człowiek wychylił się z wozu i spojrzał mu w twarz.
„Bądź tylko dobrej myśli“, rzekł, „domyślisz się przecie, kto mnie wysyła“. Gdy Ingmar to usłyszał odzyskał całą odwagę. Siadł na wóz i z szaloną szybkością pognali przez dolinę Saronn.


∗             ∗

Pani Gordon przyjechała do Jaffy dla pielęgnowania przyjaciółki, która nagle zachorowała. Była to żona misyonarza, który był zawsze życzliwym dla kolonistów: użyczał im nieraz swej pomocy.
Było to owej nocy, kiedy Ingmar Ingmarson wybrał się w drogę do Jaffy. Pani Gordon czuwała przy chorej do północy i dopiero co zastąpił ją ktoś inny. Gdy wyszła z pokoju chorej widziała, że noc była jasna i przejrzysta, a księżyc świecił tak cudownem srebrzystem światłem, jakie widzi się tylko na wybrzeżu morskiem. Wyszła na balkon i spojrzała na wielkie ogrody pomarańczowe, na stare miasto zbudowane na stoku skały i na bezbrzeżne błyszczące morze.
Pani Gordon nie była w samem mieście, lecz w niemieckiej kolonii, leżącej na małem wzgórzu przed miastem. Właśnie przed balkonem ciągnie się poprzez kolonię szeroki gościniec. W jasnym świetle księżyca mogła pani Gordon widzieć dobry kawał drogi, ciągnący się między domami i ogrodami.
W tem ujrzała pani Gordon, że jakiś człowiek szedł bardzo powoli i ostrożnie gościńcem. Był słusznego wzrostu a w świetle księżyca wydawał się jeszcze słuszniejszym niż był, także wyglądał, jak olbrzym. Ilekroć doszedł do jakiegoś domu, zatrzymywał się i oglądał go dokładnie. Niewytłumaczonym sposobem przyszło pani Gordon nagle na myśl, że człowiek ten miał w sobie coś tajemniczego i nieziemskiego, jak gdyby to był duch, który szukał domu do którego mógłby wniknąć, by śmiertelnie przestraszyć biednych mieszkańców.
Nareszcie doszedł ten człowiek do domu, gdzie na balkonie stała pani Gordon. Dom ten oglądał dłużej niż każdy inny, obszedł go dokoła i pan Gordon słyszała, że pukał do szyb i potrząsał drzwiami. Wychyliła się mocniej z balkonu, aby widzieć, co się stanie, i teraz ujrzał ją ów człowiek.
„Pani Gordon“, rzekł cichem i ostożnym głosem „chciałbym pomówić kilka słów z panią“.
Równocześnie odchylił głowę, aby spojrzeć na nią i poznała Ingmara Ingmarsona.
„Pani Gordon“, rzekł „przedewszystkiem chciałbym pani donieść, że przyszedłem tu sam z własnego popędu i że żaden z braci w kolonii nie wie o tem“.
„Czy stało się jakie nieszczęście?“ zapytała pani Gordon.
„Nie, nie stało się wprawdzie nieszczęście, ale byłoby dobrze, gdyby pani wróciła domu.“
„Jutro przejadę“, rzekła pani Gordon“.
Ingmar namyślał się przez chwilę, potem rzekł najpowolniejszym tonem:
„Najlepiej byłoby, gdyby pani tej nocy jeszcze wyjechała.“
Pani Gordon była cokolwiek zniecierpliwiona; myślała o tem, jakby to było nie wygodne, gdyby musiała budzie cały dom, i zdawało jej się też, że ten chłop nie jest znów tak ważną osobistością, aby miała stosować się do niego. „Gdybym tylko mogła się dowiedzieć, co się stało“, myślała, i zapytała Ingmara, czy ktoś zachorował, lub czy pieniędzy brak w kolonii. Ale zamiast odpowiedzi, Ingmar odwrócił się i zabierał się do odejścia.
„Czy odchodzicie juź?„ zapytała pani Gordon.
„Otrzymała pani wiadomość, i może pani uczynić, co się pani podoba“, odrzekł Ingmar nie odwracając się.
Wtedy zaczęła pani Gordon pojmować, że musiało się stać coś ważnego i szybko powzięła postanowienie. „Jeżeli poczekacie chwilę, to możecie ze mną pojechać!“ zawołała za odchodzącym.
„Dziękuję, ale mam lepszą sposobność do jazdy, niż pani może mi ofiarować.“
Pani Gordon otrzymała od właściciela domu doskonałe konie. Z szybkością lotu przejechała przez równinę Saronu a potem między pagórkami aż do gór Judejskich.
Gdy już zaczęło świtać, powóz wjeżdżał właśnie na długie wzgórze, leżące przed starem gniazdem zbujeckim Obu Gosz. Była bardzo niezadowolona z siebie że tak łatwo dała się nakłonić do powrotu, ten chłop, który nie znał stosunków, nie był przecie dość zaufania godny, aby się do niego stosować! Kilkakrotnie myślała już o tem, aby przerwać podróż i wrócić do Jaffy.
Gdy minęła szczyty długiego szeregu pagórków i zjeżdżała znów na dolinę, spostrzegła człowieka siedzącego przy drodze. Podparł ręką głowę i wyglądał jak gdyby spał. Lecz gdy powóz przejeżdżał, spojrzał w górę i pani Gordon widziała, że był to Ingmar Ingmarson.
„Wszak to nie możliwe, żeby już tak daleko zaszedł?“ pomyślała. Kazała zatrzymać wóz i zawołała Ingmara, a gdy Ingmar poznał jej głos ucieszył się niezmiernie. Wstał szybko, pytając: „Czy pani w drodze do kolonii?“
„Tak“, odrzekła pani Gordon.
„To doskonale“, rzekł Ingmar. „Musi pani wiedzieć, że byłem właśnie w drodze po panią, ale potknąłem się i skaleczyłem się w kolano, i musiałem tu przesiedzieć całą noc“.
Pani Gordon była przestraszona. „Jakto czy nie byliście tej nocy w Jaffie, Ingmarze Ingmarsonie?“ zapytała.
„O nie“, odrzekł. „Nie byłem w rzeczywistości, tylko w śnie; bo skoro zdrzemałem się śniło mi się, że chodzę po ulicach Jaffy, szukając panią“.
Pani Gordon namyśliła się; nie rzekła ani słowa, a Ingmar uśmiechał się z zakłopotaniem, gdy tak długo milczała.
„Czy mogę jechać z panią?“ zapytał. „Nie mogę teraz iść pieszo“.
Pani Gordon natychmiast wysiadła z powozu i pomogła Ingmarowi wsiąść, ale potem stała znów na ulicy w zamyśleniu. „To rzecz niezrozumiała“, rzekła z cicha, a Ingmar musiał ją na nowo obudzić.
„Proszę mi nie wziąść tego za złe“, rzekł, „ale byłoby dobrze, gdyby pani wróciła do domu o ile można najrychlej“.
Wsiadła do powozu, ale znów zapadła w głębokie zamyślenie. Ingmar musiał je przerwać na nowo. „Przepraszam panią“, rzekł, ale muszę pani coś powiedzieć. Nie otrzymała pani żadnej wiadomości od Chlifforda?“
„Nie“, odrzekła pani Gordon.
„Słyszałem, że rozmawiał wczoraj z amerykańskim konsulem; zamierza on popełnić dziś coś złego, podczas nieobecności pani.“
„Co mówicie?“ zapytała pani Gordon.
„Ma na myśli zniszczyć całą kolonię."
Teraz pani Gordon zebrała nareszcie swoje myśli. Zwróciła się do Ingmara i wypytała go dokładnie o to co słyszał.
Siedziała znów przez chwilę w głębokiem zamyśleni., Potem rzekła nagle do Ingmara:
Cieszę się bardzo, żeście już tak pokochali pokochali kolonię, Ingmarze Ingmarsonie.“
Ingmar zarumienił się po uszy i zapytał panią Gordon, skąd wie o tem, że on tak pokochał kolonię.
„Stąd wiem, że byliście tej nocy w Jaffie i prosiliście mnie, abym wróciła do domu.“
I opowiedziała Ingmarowi, że go widziała w nocy i co mówił do niej. Ingmar usłyszawszy wszystko odrzekł, że to jest najcudowniejsza rzeczy jaka mu się w życiu zdarzyła.
„Jeżeli się nie mylę, to dożyjemy do dziś wieczora jeszcze większych rzeczy,“ rzekła pani Gordon, „gdyż teraz jestem pewną, że Bóg chce mam dopomódz.“
Była teraz spokojną i dobrej myśli i rozmawiała z Ingmarem, jak gdyby nie groziło żadne niebezpieczeństwo.
„Musicie mi teraz opowiedzieć, czy nie zdarzyło się coś podczas mojej nieobecności,“ rzekła.
Ingmar zamyślił się a potem zaczął usprawiedliwiać się, że nie umie mówić po angielsku.
„Ale potrafię was zrozumieć,“ rzekła pani Gordon.
„Wszystko szło w ogólności zwykłym trybem,“ rzekł nareszcie.
„Ale macie mi z pewnością coś do powiedzenia,“ rzekła pani Gordon.
„Nie wiem, czy słyszała już pani o młynie Bazama Paszy?“ zapytał Ingmar.
„Nie, o cóż to chodzi? zapytała pani Gordon. „Nie wiedziałam nawet, że Bazam Pasza ma młyn.“
„Tak,“ rzekł Ingmar, „gdy Bazam Pasza został niedawno gubernatorem Jerozolimy, myślał zapewne o tem, że to wielka niewygoda dla tutejszych ludzi, iż mają tylko ręczne młynki do mielenia zboża. Kazał więc założyć w jednej z pobliskich dolin młyn parowy. Nie dziwię się jednak, że pani nie słyszała o tym młynie, gdyż nie był on prawie nigdy w ruchu. Bazam Pasza zatrudniał w nim ludzi, którzy nie umieli się z nim obchodzić, i tak zawsze było coś w nieporządku. Przed kilku dniami Bazam Pasza posłał z zapytaniem czy któryś z Gordonistów nie potrafiłby wprowadzić w ruch młyna. Poszło więc kilku z naszych i naprawili go.
„To dobra nowina,“ odrzekła pani Gordon, {{Korekta|szy|cieszy} mnie to, że mogliśmy Bazamowi Paszy wyrządzić grzeczność.“
„Bazam Pasza był tak uradowany że zaproponował kolonistom, aby się stale zajmowali młynem. Chciał im odstąpić młyn bez czynszu dzierżawnego. „Możecie cały zarobek zatrzymać dla siebie,“ rzekł, jeżeli tylko będziecie utrzymywali młyn w ruchu.“
Pani Gordon spojrzała na Ingmara oczekująco i zapytała: „I cóż odpowiedzieli koloniści?“
„Odpowiedź nie trudna,“ odrzekł Ingmar, „nie mogli przecie odpowiedzieć nic innego, tylko że chętnie zajmą się młynem, lecz nie wolno im za pracę swą przyjąć wynagrodzenia.“
„Tak, to zupełnie słusznie,“ rzekła pani Gordon.
„Nie wiem, czy to tak zupełnie słusznie,“ rzekł Ingmar, „gdyż teraz nie chce im już Bazam Pasza dać młynu. Mówi, że nie może im odstąpić młynu. jeżeli nie chcą przyjmować pieniędzy za pracę. Powiada, że nie powinno się przyzwyczaić ludzi tutejszych, że wszystko mogą dostać darmo. I mówi też że wszyscy ci, którzy sprzedają mąkę, lub posiadają młyn, oskarżyliby go przed sułtanem.
Pani Gordon milczała.
„Tak więc ta sprawa z młynem spełzła na niczem,“ rzekł Ingmar. „A koloniści byliby zarabiali przynajmniej na chleb do własnego użytku a prócz tego byłoby to wielką korzyścią dla ludzi tutejszych, gdyby młyn był w ruchu. Ale teraz nie ma co o tem myśleć.“
Na to również pani Gordon nie dała odpowiedzi. „Czy więcej nic się nie zdążyło?“ zapytała, chcąc rozmowę sprowadzić na inne tory.
„Jeszcze zdążyło się coś z panną Young i ze szkołą. Czy i o tem pani nie słyszała?“
„Nie’“ rzekła pani Gordon.
„Otóż Achmed Effendi, dyrektor szkół muzułmańskich w Jerozolimie, przyszedł przed kilku dniami do nas i rzekł: mamy w Jerozolimie wielką szkołę dla dziewcząt, dla kilkuset dzieci, które jednak niczego tam nie robią, tylko krzyczą i biją się. Kto przechodzi obok szkoły słyszy, że tam huczy i szumi głośniej niż morze śródziemne w porcie jaffejskim. Nie wiem, czy nauczycielki umieją czytać i pisać, ale wiem tyle, że dzieci niczego się od nich nie uczą. Nie mogę zaś sam udać się tam, ani posłać mężczyznę, któryby zrobił porządek, ponieważ religia nasza zabrania nam wejścia do szkoły żeńskiej. Ale wiem o jednej rzeczy, która byłaby dobrą dla tej szkoły, rzekł Achmed Effendi, to jest, gdyby panna Young zechciała ją objąć. Wiem, że jest bardzo uczona i że umie po arabsku. Nie odmówię jej najwyższego wynagrodzenia, jeżeli zechce objąć naszą szkołę.“
„I cóż,“ zapytała pani Gordon,“ jak się ta rzecz skończyła?“
„Zupełnie tak samo jak z młynem,“ odrzekł Ingmer. „Panna Young powiedziała, że gotowa jest objąć szkolę, lecz że nie przyjmie zapłaty za swą pracę. Ale Achmed Effendi odrzekł: Przywykłem płacić tym, którzy dla mnie pracują; nigdy nie przyjmowałem łaskawych darów.“ Ale panna Young nie dała się nakłonić, odszedł zatem nie załatwiwszy sprawy. Był bardzo rozgniewany i powiedział pannie Young, że na nią spadnie odpowiedzialność za to, że tyle biednych dzieci wzrastać będzie bez nauki i wychowania.“
Pani Gordon milczała przez chwilę, poczem rzekła: „Widzę, Ingmarze Ingmarsonie, że sądzisz, iż w tym wypadku źleśmy postąpili. Zawsze to dobrze usłyszeć mniemanie rozumnego człowieka proszę Was więc, abyście mi powiedzieli, co jeszcze macie nam do zarzucenia.“
Ingmar namyślał się długo. Pani Gordon otoczona była taką powagą, że nie było to dla niego łatwą rzeczą podnosić zarzuty.
„A więc powiem,“ rzekł w końcu, „że mojem zdaniem, nie jest to rzeczą tak konieczną, ażeby ażeby koloniści żyli w tak wielkiem ubóstwie.“
„O jakże moglibyśmy tego uniknąć?“ zapytała pani Gordon z uśmiechem.
Ingmar wahał się jeszcze dłużej z odpowiedzią niż pierwszy raz, potem rzekł: „Gdyby pani pozwoliła swoim ludziom pracować za opłatą, nigdy nie byliby w takich kłopotach, jak w obecnej chwili“.
Pani Gordon zwróciła się gwałtownie do Ingmara: „Zdaje mi się, że skoro prowadziłam kolonię tę tak, że żyliśmy przez szesnaście lat ze sobą w zgodzie, w miłości, to nowy przybysz powinien powstrzymać się od wprowadzania zmian“.
„Teraz pani gniewa się na mnie, a sama pani przecie nalegała ażebym mówił“, rzekł Ingmar.
„Wiem dobrze, że jesteście dla nas życzliwi“, odrzekła pani Gordon. „I mogę wam też powiedzieć, że mamy jeszcze dużo pieniędzy, ale w ostatnim czasie posyłał ktoś stąd fałszywe sprawozdania o nas do naszych bankierów w Ameryce, i dlatego nie chciano nam dalszych pieniędzy posyłać. Ale właśnie teraz dowiedziałam się, że pieniądze są już w drodze“.
„To co pani mówi, cieszy mnie bardzo*, odrzekł Ingmar, „ale u nas w domu sądzą ludzie, że lepiej jest polegać na własnej pracy, niż na oszczędzonych pieniądzach“.
Pani Gordon nic na to nie odpowiedziała a Ingmar zrozumiał, że najlepiej będzie milczeć.
Pani Gordon przybyła dość wcześnie do kolonii; było zaledwie pół do dziewiątej: Przez ostatnią pół godzinę była niespokojna, myślała o tem, czego się dowie po przybyciu do koloni. Gdy ujrzała wielki budynek i zauważyła, że wszystko dokoła było spokojnie, westchnęła swobodniej. Oczekiwała była prawie, że jeden z potężnych duchów, o których tak często jest wzmianka w podaniach wschodnich, wziął na plecy całą kolonię i odleciał z nią.
Gdy zbliżyli się do domu usłyszeli śpiew. „Zdaje się, że tu wszystko w porządku“, rzekła pani Gordon, gdy powóz stanął przed bramą. „Słyszę, że właśnie odbywa się modlitwa poranna“.
Miała własny swój klucz do jednych drzwi wchodowych i otworzyła nim, aby nie przerywać modlitwy. Ingmarowi trudno było chodzić, kolano zesztywniało mu zupełnie. Pani Gordon objęła go więc ramieniem i pomogła mu wejść na środkowe podwórze Tu Ingmar szybko usiadł na ławce. „Niech pani szybko wejdzie i zobaczy jak rzeczy, stoją“, rzekł Ingmar.
„Przedewszystkiem muszę wam zrobić okład na kolano“, odrzekła. „Mamy jeszcze dość czasu przed sobą; słyszycie przecie, że odbywają właśnie modlitwę poranną“.
„Nie“, rzekł Ingmar, „tym razem musi się pani poddać mojej woli. Niech pani szybko wejdzie i dowie się, czy coś się tu stało“.
Ingmar spoglądał za panią Gordon, gdy wchodziła na stopnie i szła przez otwartą sień ku sali zbornej. Gdy otworzyła drzwi, słyszał, że ktoś głośno mówił w środku, ale nagle umilkł. Potem drzwi zamknęły się i było znów cicho.
Ale Ingmar czekał ledwie pięć minut, gdy nagle drzwi sali zbornej otwarły się z łoskotem. Ukazało się czterech mężczyzn, którzy nieśli piątego między sobą. Milcząco zeszli ze schodów i przeszli przez podwórze, przechodząc obok Ingmara. Ten przychylił się i spojrzał w twarz temu, którego nieśli był to Clifford.
„Dokąd go niesiecie?“ zapytał.
Ludzie zatrzymali się. „Niesiemy go do trupiarni, gdyż jest nieżywy“.
Ingmar zerwał się przerażony!
„Jakim sposobem umarł? zapytał.
„Ludzka ręka go nie dotknęła“, rzekł Ljung Björn.
„Jakże umarł?“ zapytał Ingmar powtórnie.
„Opowiem ci, jak się to stało“, rozpoczął Ljung Björn. Po skończonej modlitwie porannej, wstał Cliffort i prosił o głos. Powiedział, że chce nam donieść wiadomość, która nas ucieszy. Dalej jeszcze nie doszedł, gdy drzwi otwarły się i weszła pani Gordon. Ale gdy ją ujrzał umilkł i twarz jego posiniała. Z początku stał spokojnie, ale pani Gordon przeszła przez salę, a gdy zbliżyła się do niego, on zasłaniając sobie twarz ramieniem cofnął się wstecz. To wydawało się nam wszystkim tak dziwnem, że powstaliśmy z miejsc, a Cliffort teraz przyszedł do siebie. Wzburzony zacisnął pięści, wyciągnął ją gwałtownie i jakby dla obrony, jak ktoś walczący z ogromnem przerażeniem, i przystąpi!ł do pani Gordon. „Skąd się pani tu wzięła?“ rzekł do niej. Pani Gordon spojrzała nań spokojnie i poważnie i rzekła: „Bóg mi dopomógł“. — „Tak widzę to“, odrzekł, a oczy prawie wystąpiły mu z jam z przerażenia. „Widzę też, kto pani towarzyszy!“ — „Ja zaś widzę, kto tobie towarzyszy“, rzekła pani Gordon. „To szatan towarzyszy ci“.
Wtedy zdawało się, że Cliffort nie może dłużej wytrzymać widoku pani Gordon, i znów cofnął się wstecz zasłaniając ramieniem twarz. A pani Gordon szła naprzeciw niego z wyciągniętą ręką, ale nie dotknęła go ani palcem. „Widzę, że szatan stoi za tobą“, powtórzyła, a głos jej brzmiał głośno i strasznie.
I wszystkim nam wydało się, że widzimy stojącego za nim szatana, wyciągnęliśmy ręce i wskazywaliśmy na tego, któregośmy widzieli. I równocześnie wołaliśmy: Szatan! Szatan!
Ale Cliffort przesunął się przez nasze szeregi, a chociaż nikt z nas nie dotknął się go, krzyczał tak głośno, jak gdybyśmy na niego natarli i go bili. W ten sposób skulony cofał się wciąż, aż doszedł do drzwi. A gdy miał je otworzyć, zawołaliśmy raz jeszcze: Szatan! Szatan! I wtedy widzieliśmy, że upadł twarzą na ziemię i leżał. A gdyśmy się zbliżyli i dotknęli się go, był martwy“.
„Był zdrajcą“, rzekł Ingmar, „i zasłużył na w karę“.
„Tak“, rzekli tamci „zasłużył na karę“.
„Ale cóż on właściwie przeciw nam zamierzał?“ zapytał jeden z ludzi.
„Chciał nas zgubić“.
„Ale w jaki sposób?“
„Tego nikt nie wie!“
„Nie, i nikt się też nie dowie“.
„Dobrze, że zginął“, rzekł Ingmar.
„Tak, dobrze, że zginął“, powtórzyli inni.
Przez cały dzień koloniści byli bardzo zirytowani. Nikt nie wiedział, co Cliffort chciał im wyrządzić złego, i czy niebezpeczeństwo zostało usunięte z jego śmiercią. Godzinę za godziną spędzali na modlitwie i śpiewach w sali zbornej. Czuli się jak gdyby wzniesieni ponad ziemię przez świadomość, że Bóg walczył w ich obronie.
W ciągu dnia zauważyli kilkakrotnie że tłumy ludu, najgorszej hołoty, jaka była w Jerozolimie, zbierały się na pustych polach dokoła kolonii i oglądali dom. Koloniści myśleli że Cliffort może zamierzał urządzić zbiegowisko dzikich tłumów, które miały wypędzić ich z domu. Ale wszyscy ci ludzie odeszli i dzień przeminął bez dalszych wypadków.
Wieczorem przyszła pani Gordon do Ingmara, który siedział na łóżko z podwiązanem kolanem. Dziękowała mu gorąco za pomoc i starała się okazać mu swoją życzliwość!
„Ingmarze Ingmarsonie“, rzekła między innymi, „chciałabym wam powiedzieć, że cieszyłabym się bardzo, gdybym mogła odwzajemnić wam się jakąś usługą. Czy nie chcielibyście powiedzieć mi co wam dolega, aby mogła wam pomódz?“
Pani Gordon wiedziała, co Ingmar chciał uzyskać w Jerozolimie. Innego dnia nie byłaby nigdy przyrzekła dopomódz mu w takiej rzeczy, ale w tej chwili cała kolonia wypadła z równowagi. Pani Gordon nie leżało nic tak bardzo na sercu, jak widzieć Ingmara szczęśliwym, ponieważ oddał jej i kolonii tak wielką usługę“.
Ingmar, usłyszawszy jej propozycyę spuścił szybko oczy. Przez długi czas namyślał się, zanim odpowiedział.
„Musi mi pani jednak przyrzec, że nie weźmie mi pani za złe mojej prośby“, — rzekł. I pani Gordon przyrzekła, że będzie pobłażliwą.
„Zdaje się“, rzekł Ingmar, „że sprawa dla której tu przyjechałem, przeciągnie się jeszcze długo, i będzie mi bardzo nudno, jeżeli nie będę miał roboty, do której jestem przyzwyczajony“. — Pani Gordon dobrze to rozumiała. — „Jeżeli więc chce Pani wyświadczyć mi usługę“, ciągnął Ingmar dalej, „to byłoby dla mnie ważną rzeczą, gdyby pani mogła tak urządzić, abym mógł dostać młyn Barama Paszy. Pani wie, że ja nie ślubowałem, iż nie będę zarabiał pieniędzy, a miałbym robotę, która sprawiłaby mi przyjemność!
Pani Gordon spojrzała bystro na Ingmara, lecz, on siedział z przymkniętymi oczami, a twarz jego była bez wyrazu. Była zdziwioną, że nie prosił o nic innego, ale równocześnie była bardzo ucieszona tą prośbą. „Dlaczegóż nie miałabym pomódz wam w tej sprawie“, rzekła. „Nie może w tem być nic złego. A oprócz tego dobrze będzie, że spełnimy życzenia Barama Paszy“.
„Tak wiedziałem, że mi pani pomoże, rzekł Ingmar. Wyraził jej jeszcze swoją wdzięczność, a gdy się pożegnali byli oboje bardzo z siebie zadowoleni.




Walka Ingmara.

Ingmar objął młyn Barama Paszy.
Jest więc młynarzem a od czasu do czasu przychodzi któryś z kolonistów i pomaga mu przy robocie.
Ale od dawien dawna wiadomą jest rzeczą, że w każdym młynie są strachy i tym podobne rzeczy i koloniści zauważyli wnet, że kto chociażby przez jeden dzień słyszy hurkot kamieni w młynie Barama Paszy, jest jak gdyby oczarowany.
Kto tylko siedzi tam i przysłuchuje się im, zrozumie wnet, że one wciąż śpiewają i brzęczą na tę nutę: „My mlemy mąkę, zarabiamy grosze, przynosimy korzyść, ale co ty robisz, co ty, co ty?“
I ten, kto to słyszy, czuje w sobie niepowstrzymany popęd, zarabiać na chleb w pocie czoła. Gorączka go porywa, gdy słucha melodyi kamieni młyńskich.
Mimowoli zaczyna zastanawiać się do czego mógłby się przydać, i co mógłby uczynić, aby kolonii dopomódz.
Ktokolwiek przez kilka dni pracował w młynie, nie mówi już o niczem, jak tylko o odłogiem leżących dolinach, które możnaby uprawiać, o górach, które możnaby zapuścić lasem; o opuszczonych winnicach, które proszą o robotnika.
A gdy kamienie młyńskie śpiewały swą pieśń przez parę tygodni, nadszedł dzień, kiedy chłopi szwedzcy wydzierżawili w dolinie Saronu kawał gruntu i zaczęli go zasiewać i uprawiać.
Wkrótce potem nabyli kilka wielkich winnic na górze oliwnej.
A po upływie pewnego czasu, zaczęli zakładać w jednej z dolin rozległe wodociągi.
Gdy Szwedzi zrobili początek, zaczęli powoli Amerykanie i Syryjczycy naśladować ich. Zaczęli uczyć w szkołach, sprawili sobie aparat fotograficzny, wędrowali po kraju i robili zdjęcia, które potem sprzedawali podróżnym i urządzili w kolonii warsztat złotniczy.
Panna Yonng jest już od dłuższego czasu kierowniczką szkoły Achmeda Effendi, a młode Szwedki uczą dzieci mohometańskie szycia i robót drutowych.
W jesieni w całej kolonii panuje taki ruch jak w mrowisku, wszędzie pełno życia i czyności.
A, gdy myślą o ubiegłych miesiącach, stwierdzają, że przez całe lato nie zdarzyło się żadne nieszczęście; odkąd Ingmar objął młyn, nie zaszedł ani jeden wypadek śmierci, i nikt nie gryzł się aż do utraty rozumu złością jaka panowała w Jerozolimie.
Każdy jest wesół i zadowolony, a kolonię miłują wszyscy bardziej niż kiedykolwiek; robią plany, przygotowują nowe przedsiębiorstwa.To jedno brakowało im do szczęścia. I teraz wszyscy w to wierzą, że Bóg tego chciał, aby pracą rąk zarabiali na chleb swój.
W jesieni Ingmar odstąpił młyn Ljungowi Björn a sam został w kolonii. Razem z Boem i Gabryelem sporządzili coś w rodzaju szopy na pustem polu przed kolonią. Nikt nie wiedział jakie jej przeznaczenie, nikt nie śmiał widzieć jak wyglądała.wewnątrz; była to tajemnica.
Ale gdy szopa była gotowa, Bo i Ingmar pojechali do Yaffy i wdali się w nieskończenie długie pertraktacye z niemieckimi kolonistami.
Po dwóch dniach wrócili do domu i to na dwóch doskonałych koniach. Konie te miały być własnością kolonii, i to pewne, że gdyby sułtan lub cesarz zapukał do bramy i rzekł, że chce się przyłączyć do kolonistów, nie byłby bardziej pożądanym, niż te dwa gniadosze.
Ach jak chętnie siadają na nie dzieci i koły — zą się! Jak dumnym jest każdy chłop, który niemi orze!
Są czyściej utrzymane, niż jakikolwiek koń na wschodzie i nie ma nocy, ażeby chłopi nie zaglądnęli do szopy, aby się przekonać czy żłoby są pełne.
A którykolwiek ze Szwedów zaprzęga konie, nie może powstrzymać się od myśli: „Nie tak tu trudno doprawdy żyć w tym kraju, teraz dopiero dobrze. Ach, jaka szkoda, że nie ma już między nami Timsa i Halfoora! Nie byłby się zagryzł na śmierć, gdyby był mógł jeździć takimi końmi.


∗             ∗

Było to pewnego poranku we wrześniu; Ingmar i Bo wyszli bardzo wcześnie z kolonii, jeszcze prawie podczas nocy. Mieli się udać do jednej z winnic, które koloniści wydzierżawili na górze Oliwnej.
Obaj ci ludzie rzadko kiedy żyli z sobą w zgodzie. Nie przyszło wprawdzie między nimi do otwartej nieprzyjaźni, ale nigdy nie byli tego samego zdania o jakiejś sprawie. Tak też idąc ku górze Oliwnej zaczęli sprzeczać się o drogę. Bo chciał iść dalszą drogą przez pagórki, mówiąc, że w ciemności łatwiej ją znaleść. Ingmar natomiast chciał iść krótszą a cięższą drogą, przez dolinę Jozafata która stąd prowadzi prosto na górę.
Gdy się przez chwilę o to posprzeczali, zaproponował Ingmar, aby każdy poszedł swoją drogą, wtedy pokaże się kto prędzej dojdzie. Bo zgodził się na to; poszedł w jedną stronę, a Ingmar w drugą.
Gdy Bo oddalił się, opanowała Ingmara wielka tęsknota, która dręczyła go zawsze, ilekroć był sam. „Ach, czyż Bóg nigdy nie zlituje się nademną i nie pozwoli mi wrócić do domu?“ rzekł: „Czy nie pomoże mi zabrać Gertrudę z Jerozolimy, zanim straci rozum do reszty?“
„Dziwna to rzecz, że właśnie to, poco tu przyjechałem, nie udaje mi się wcale“, rzekł półgłosem, idąc poprzez ciemności w myślach pogrążony, „do Gertrudy bowiem nie zbliżyłem się ani o krok.
„Co do innych rzeczy, to lepiej mi się powiodło, niż się spodziewałem. Wątpię, czy ci ludzi byliby się zabrali do pracy, gdyby mi nie przyszło na myśl objąć młyn.
„Bardzo to dla mnie pocieszające że praca tak się rozpowszechniła“, ciągnął dalej; tak widziałem tu wiele dobrego i pouczającego, ale mimo to tęsknię teraz właśnie do domu. Zdaje mi się, że lękam się tego miasta i nie mogą odetchnąć swobodnie, zanim go nie opuszczę. Czasem znów mam takie uczucie, jak gdybym tu miał umrzeć i nigdy już nie wrócił do domu i nigdy nie miał oglądać Barbary i dwór ingmarowski“.
Zajęty tymi myślami doszedł Ingmar do doliny. Ponad nim zarysowywały się wysoko na tle nieba nocnego wyzębione mury i ze wszech stron wznosiły się potężne szczyty i zamykające wyjścia „Groźne to miejsce“, pomyślał. Ingmar i niedobrze chodzić tędy w ciemności. Teraz dopiero przypomniał sobie, że musi przechodzić obok mahometańskiego i obok żydowskiego cmentarza.
Myśląc o tych cmentarzach przypomniał sobie także zdarzenie, które właśnie zaszło w Jerozolimie. Gdy poprzedniego dnia była o tem mowa, nie nie obeszło go to więcej niż inne rzeczy, które opowiadano o mieście świętem, ale teraz pośród cieni nocnych, zdarzenie to nabierało szczególnej zgrozy.
W dzielnicy żydowskiej był mały szpital okrzyczany w całem mieście, ponieważ nie było tam nigdy chorego. Ingmar przechodził tamtędy kilkakrotnie; zaglądał przez okna i widział, że wszystkie łóżka były próżne. Miało to całkiem naturalną przyczynę i nie mogło też być inaczej. Szpital ten urządzony był przez angielskie towarzystwo misyonarskie, które chciało przyjmować chorych żydów, aby mieć sposobność nawracania ich. Ale żydzi bali się iż będą ich tam zmuszali jeść zakazane potrawy i nie chcieli dać się tam zwabić.
Przed ki!ku dniami jednak był przecie jeden chory w szpitalu, a mianowicie biedna stara żydówka, która wyślizgnęła się właśnie przed tym budynkiem i złamała nogę. Wniesiono ją do szpitalu i pielęgnowano tam, ale już po kilku dniach żydówka umarła.
Zanim umarła, musieli dozorcy i lekarz przysiądź jej uroczyście, ze postarają się o to, aby ją pochowano na żydowskie cmentarzu w dolinie Jozafata. Powiedziała im że dlatego jedynie przybyła w tak podeszłym wieku do Jerozolimy, aby mieć to szczęście.
Gdy umarła, anglicy posłali do przełożonego gminy żydowskiej, prosząc go, aby posłał ludzi po zmarłą kobietę i kazał ją pochować.
Żydzi jednak odrzekli, że stara kobieta, która zmarła w chrześciańskim szpitalu nie może być pochowana na cmentarzu żydowskim.
Misyonarze usiłowali gorliwie nakłonić żydów; zwrócili się nawet do głównego rabina, ale nadaremnie. Nie pozostawało im nic innego, jak tylko pochować zmarłą. Nie chcieli jednak, aby utraciła to, na co cieszyła się przez całe swe nędzne życie. Nie troszcząc się więc o zakazy żydowskie, kazali w dolinie Jozafata wykopać grób i pochowali tam zmarłą
Żydzi nie przeszkodzili temu, ale następnej nocy poszli tam, otworzyli grób i wyrzucili trumnę.
Anglikom jednak zależało bardzo na tem, aby staruszce dotrzymać słowa, gdy więc usłyszeli, że zmarłą wyrzucono z grobu, pochowali ją znów na tem samem miejscu.
Lecz następnej nocy znów ją wyrzucono.
Nagle Ingmar zatrzymał się i podsłuchiwał „Kto wie“, pomyślał, może ci przyszli i tej nocy znowu“.
Zrazu nic nie słyszał, ale po chwili usłyszał dźwięk, jak gdyby żelazne narzędzie uderzało o kamień,
Poszedł kilka kroków w tę stronę skąd dźwięk przychodził, potem stanął znów i podsłuchiwał. Słyszał teraz całkiem wyraźnie, że kopano ziemię żelazną łopatą, wyrzucając żwir i kamienie.
Oddalił się i znów usłyszał gorliwe grzebanie. „Przynajmniej pięć lub sześć łopat jest w robocie", pomyślał. „Niech nas Bóg strzeże i broni, jak mogą ludzie prześladować w ten sposób trupa!"
Przysłuchując się temu grzebaniu czuł Ingmar, że powstał w jego duszy straszny gniew, który wzrastał z każdą chwilą. „Nie twoja to rzec“, mówił sam sobie, aby się uspokoić, nic cię to nie obchodzi". Ale krew uderzyła mu do głowy, zdawało mu się, że mu stanęło coś w gardle, że już oddychać nie może. „To ohydne i straszne", myślał, nigdy jeszcze nie widziałem czegoś tak wstrętnego".
Nakoniec stanął. Podniósł zaciśniętą pieść i potrząsnął nią. „Czekajcie łotry, teraz idę do was!“ rzekł. „Dość długo już słuchałem. Nikt nie może wymagać odemnie, ażebym przechodził tędy spokojnie, skoro wy tu zmarłego wyrzucacie:"
Szybkimi i cichymi krokami szedł naprzód. Zrobiło mu się naraz lekko na sercu i był prawie wesół. „Wprawdzie to szaleństwo“, myślał, „ale chciałbym wiedzieć, coby ojciec był powiedziały gdyby owego dnia, gdy wszedł w wodę, aby uratować troje dzieci, ktoś był zawołał aby miał się na baczności i został na brzegu, I ja muszę w tej sprawie mieć swobodę postąpić tak, jak chcę, tak samo, jak ojciec. Gdyż tu płynie przedemną strumień złości ludzkiej, łącząc swą czarną huczącą wodę, porywając ze sobą żywych i umarłych. I nie mogę dłużej stać spokojnie na brzegu. Teraz na mnie kolej iść i walczyć z strumieniem.“
Nareszcie doszedł do grobu, gdzie kilku ludzi gorliwie pracowało. Nie mieli światła ani latarni, lecz kopali w ciemności, jak mogli. Ingmar nie mógł odróżnić ilu ich było, nie pytał też o to lecz wpadł między nich. Jednemu wydarł łopatę, którą tenże grzebał i zaczął nią uderzać w lewo i w prawo. Było to dla ludzi owych tak niespodziewane, że ze strachu byli zupełnie zmieszani i uciekli nie stawiając oporu. Po kilku chwilach Ingmar był już całkiem sam.
Pierwszą jego robotą było wyrzuconą ziemię; wsypać na nowo do grobu, potem zaś zaczął się zastanawiać, co mu teraz czynić wypada. Nie zdawało mu się odpowiedniem opuścić to miejsce przed nadejściem dnia, gdyż gdyby odszedł, wróciliby z pewnością.
Został więc obok grobu i czekał. Podsłuchiwał z napięciem każdego dźwięku, ale z początkiem była zupełna cisza dokoła „Wątpię jednak, czy przed jednym człowiekiem uciekli tak daleko“, myślał. Potem usłyszał szybki szelest po żwirze usypanym na płytach grobowych, i zdawało mu się, że spostrzega ciemne postacie, poruszające się i pełzające po grobach.
„Teraz sprawa zaczyna się na seryo“, pomyślał Ingmar i podniósł łopatę na obronę. W tem nagle upadł na niego gęsty grad małych i wielkich kamieni, tak, że był całkiem ogłuszony. Równocześnie napadło go kilku ludzi i chciało go obalić.
Powstała zacięta walka. Ingmar posiadał olbrzymią siłę i jednego po drugim powalił na ziemię. Ale i przeciwnicy walczyli dzielnie i nie chcieli ustąpić. Nakoniec jeden z nich padł przed same nogi Ingmara. W tej chwili jednak Ingmar postąpił o krok i potknął się się o człowieka leżącego. Upadł całym swym ciężarem na ziemię i równocześnie poczuł kłujący ból w oku. Był jakby sparaliżowany. Czuł, że tamci rzucili się na niego i wiązali go, ale nie mógł stawić oporu. Ból był tak silny i przenikający, że odebrał mu całą siłę i miał w pierwszej chwili uczucie, że już; umiera.
Tymczasem Bo poszedł inną drogą, a idąc, myślał wciąż o Ingmarze. Z początku szedł bardzo szybko, gdyż chciał pierwszy dojść na szczyt góry, ale po chwili zwolnił kroku. Uśmiechnął się smutnie. „Wiem przecie, że nie dojdę tak prędko, jak Ingmar, chociażbym się i jak spieszył. Nigdy nie widziałem nikogo, któremuby się we wszystkiem tak powodziło, który posiadałby taką moc przeprowadzenia zawsze swej woli. Czegóż mogę się spodziewać, jak tylko, że zabierze Gertrudę z sobą do Dalarne, to rzecz pewna. Widziałem przecie, że w kolonii od sześciu miesięcy wszystko poszło podług jego głowy.“
Ale gdy Bo doszedł na miejsce umówione na górze oliwnej, nie zastał tam Ingmara i ucieszył się tem bardzo. Teraz poznał pewnie, że wybrał złą drogę, pomyślał Bo.
Potem zaczął podsłuchiwać, ale gdy Ingmara wciąż nie było widać, zaczął się niepokoić, obawiając się, czy mu się nie zdarzył jakiś wypadek Zaczął schodzić z góry i szukać Ingmara. „Dziwne to przecie“, myślał, „chociaż nie mam powodu kochać Ingmara, byłoby mi bardzo przykro, gdyby mu się stało nieszczęście. Dzielny z niego człowiek i oddał nam tu w Jerozolimie ważne usługi. Zdaje mi się. że gdyby Gertruda nie była między nami, mógłbym zawrzeć z nim przyjaźń serdeczną“.
Wnet zaczęło już świtać, a gdy Bo zeszedł do doliny Jozafata, znalazł wkrótce Ingmara, leżącego między dwoma grobami. Miał ręce skrępowane i leżał nieruchomo, ale gdy usłyszał kroki Boa, podniósł głowę.
„Czy to ty, Bo?“ zapytał.
„Tak“, odrzekł Bo, „co się tu stało?“ Wtem zobaczył twarz Ingmara: oczy jego były przymknięte, jedno oko opuchłe a z kącika spływała krew. „Co się z tobą stało człowieku?“ zapytał Bo, a głos jego brzmiał dziwnie niewyraźnie.
„Musiałem walczyć z tymi gwałcicielami grobu“, rzekł Ingmar, i upadłem na jednego z nich, który miał nóż w ręku, i nóż ten przebił mi oko“.
Bo ukląkł obok Ingmara i zaczął rozwiązywać powrozy krępujące mu ręce.
„Lecz jakim sposobem doszło do sprzeczki między wami?“ zapytał.
„Szedłem przez dolinę i słyszałem, że wygrzebywali trumnę“.
„I nie mogłeś znieść tego, aby zmarła tej nocy znowu wyrzuconą była z grobu?“
„Nie“, rzekł Ingmar, tego znieść nie mogłem“.
„To doprawdy szlachetnie postąpiłeś Ingmarze“, rzekł Bo.
„O nie“, rzekł Ingmar, „to było głupie, ale nie mogłem się powstrzymać“.
„Wiesz, co ci powiem Ingmarze“, rzekł Bo, „chociażby to było głupie, odtąd będę twoim przyjacielem przez całe życie, dlatego iż to uczyniłeś“.




Na górze Oliwnej.



Ingmara leczył jeden z znakomitych angielskich okulistów. Przychodził on codziennie do kolonii, aby odnowić bandaż. Oko Ingmara leczyło się dobrze i szybko i był wkrótce o tyle zdrów i silny, że mógł wstać z łóżka.
Pewnego dnia jednak lekarz spostrzegł, ze nieuszkodzone oko było czerwone i opuchłe. Przeląkł się i dał dokładne wskazówki, jak należy się z nim obchodzić. Potem zwrócił się do Ingmara i powiedział mu wprost, że najlepiej byłoby, gdyby wyjechał z Palestyny możliwie najprędzej.
„Lękam się, czy nie zaraziliście się niebezpiecznem zapaleniem panującem na Wschodzie“, rzekł, „uczynię wprawdzie, co tylko będzie w moich siłach, ale to jedno oko, które wam pozostało, nie jest dość silne, aby oprzeć się zarazkom rozprzestrzenionym wszędzie. Jeżeli tu zostaniecie, to po kilku tygodniach niechybnie utracicie wzrok.“
Wielki smutek panował z tego powodu w kolonii, nie tylko między krewnymi Ingmara, lecz także między innymi kolonistami. Twierdzili oni, że Ingmar uczynił im największą przysługę tem, że skłonił ich, aby zarabiali na życie w pocie czoła, i że taki człowiek nie powinien nigdy opuście kolonii. A jednak wszyscy uznali, iż Ingmar musi wyjechać, a pani Gordon powiedziała zaraz, że jeden z braci musi przygotować się, aby mu towarzyszyć, gdyż nie może sam jechać.
Długo Ingmar przysłuchiwał się milcząco tym naradom o swoim wyjeździe, a w końcu odezwał się: „Może to jeszcze nie takie pewne, że oślepnę, gdy zostanę tu dłużej“.
Pani Gordon zapytała, co przez to rozumie.
„Nie załatwiłem jeszcze sprawy, dla której tu przybyłem“, rzekł powoli.
„Czy to znaczy, że nie chcecie wyjechać?“ zapytała pani Gordon.
„Tak“, odrzekł Ingmar, „byłoby mi bardzo ciężko, gdybym musiał wracać nie załatwiwszy sprawy“.
Teraz okazało się dopiero, jak wysoko pani Gordon ceniła Ingmara, gdyż sama poszła do Gertrudy i powiedziała jej, że Ingmar niechce wyjechać, chociaż grozi mu niebezpieczeństwo, iż wzrok straci, gdy zostanie. „Wiesz przecie z jakiej przyczyny nie chce wyjechać?“ zapytała pani Gordon.
„Tak“, odrzekła Gertruda.
I Pani Gordon patrzała na nią wielkimi oczyma, ale ona nic więcej nie mówiła. Pani Gordon nie mogła żądać od niej wprost, aby złamała regułę obowiązującą w kolonii; ale Gertruda zrozumiała, że wszystko co uczyni ze względu na Ingmara będzie jej przebaczone. „Gdyby to nie o mnie szło, lecz o inną, pani Gordon nie byłaby tak pobłażliwą“, myślała Gertruda z pewnem upokorzeniem. „Ale mnie uważają tu za trochę pomieszaną, i byliby pewnie zadowoleni, gdyby się mnie pozbyli“.
Przez cały dzień, to jeden, to drugi przychodzili do Gertrudy i mówili z nią o Ingmarze. Nikt nie śmiał powiedzieć jej wprost, że powinna z nim pojechać, ale chłopi szwedzcy siadali przy niej i opowiadali jej o bohaterze, który walczył w dolinie Jozafata o zmarłą, i mówili że teraz dowiódł, iż jest prawdziwym potomkiem starego rodu. Byłaby nieodżałowana szkoda, gdyby taki człowiek miał wzrok stracić.
„Widziałem Ingmara w dzień licytacyi na ingmarowskim dworze“, rzekł Gabryel, „i gdybyś go wtedy była widziała, nigdy nie byłabyś się na niego gniewała, jestem tego pewny“.
Ale Gertrudzie zdawało się, że przez cały dzień staczała walkę, jak w jakimś śnie, kiedy chciałoby się uciekać a nie możliwem jest ruszyć się z miejsca. Chciała dopomódz Ingmarowi, ale nie wiedziała skąd weźmie siły do tego. „Jakże mogę zrobić to dla Ingmara, skoro go już nie kocham? pytała. „A czyż mogę znów nie zrobić tego, wiedząc że w takim razie ociemnieje“ pytała znowu.
Wieczorem Gertruda stała przed domem pod wielkiemi drzewami i myślała bezustannie o tem, że ma wyjechać z Ingmarem a nie ma siły, powziąć postanowienia. Wtem Bo zbliżył się do niej.
„Tak bywa czasem“, rzekł, „że ludzie cieszą się swem nieszczęściem a smucą swem szczęściem“.
Gertruda odwróciła się i spojrzała na niego lękliwie. Nic nie powiedziała, ale zrozumiał, że myślała: „Czy i ty jeszcze przychodzisz dręczyć mnie i prześladować?“
Bo ukąsił się w usta i skrzywił się cokolwiek, ale po chwili powiedział przecie, co miął zamiar powiedzieć.
„Jeżeli się przez całe życie kogoś kochało“, rzekł, „to żyje się w ciągłej obawie, że go się utraci. Ale największa trwoga przejmuje nas, gdy go tracimy w ten sposób, że poznajemy iż ma twarde serce, które nie zna przebaczenia i zapomnienia“.
Bo wyrzekł te surowe słowa bardzo łagodnym tonem, i Gertruda nie pogniewała się za nie, lecz zaczęła płakać! Przypomniała sobie, że śniło jej się raz, iż Ingmarowi wykłuła oczy. “Teraz widać, że sen był prawdziwy, i że doprawdy mam twarde i mściwe serce, jak w owym śnie“, myślała. „Ingmar z pewnością straci wzrok z mojej winy“. Zasmuciła się bardzo, ale uczucie niemocy, które nią owładnęło nie opuszczało jej, a gdy nastała noc i udała się na spoczynek, wciąż jeszcze nie powzięła postanowienia.
Rano wybrała się na swą zwykłą wędrówkę i poszła pagórkami na górę Oliwną.
Przez całą drogę walczyła z tem samem uczuciem niemocy. Widziała, co jej czynić wypada, ale wola jej była sparaliżowana i nie mogła pokonać tego, co ją więziło.
Przypomniała sobie, że widziała raz jaskółkę, która upadła na ziemię i uderzała skrzydłami o piasek, a jednak nie mogła pod skrzydła dostać tyle powietrza aby módz się podnieść na nowo. Tak i ona leżała teraz na ziemi i trzepotała skrzydłami, nie mogąc się ruszyć z miejsca.
Ale gdy weszła na górę oliwną i stała na tem miejscu, gdzie zwykle oczekiwała wschodu słońca, spostrzegła tu Derwisza, tak podobnego do Jezusa. Siedział na ziemi z założonemi na krzyż nogami, a wielkie jego oczy spoglądały na Jerozolimę.
Ani na chwilę Gertruda nie zapomniała o tem, że ten człowiek był tylko biednym Derwiszem, którego całą chlubą było, że od zwolenników swych żądał jeszcze dzikszego tańcu, niż inni. Ale gdy ujrzała jego twarz, z ciemnymi kręgami pod oczyma i bolesnym wyrazem ust, drżenie przebiegło jej ciało. Z złożonemi rękami stanęła obok niego i spoglądała nań.
Niebyła pogrążona we śnie, ani nie miała wizy i, tylko to wielkie podobieństwo z Chrystusem było przyczyną, że zdawało jej się, iż widzi Boga w ludzkiej postaci.
I na nowo wierzyła w to, że gdyby zechciał tylko objawić się ludziom, okazało by się wnet, że on zgłębił wątek wszelkiej wiedzy. Wierzyła w to, że wiatr i fale morskie będą mu posłuszne, wierzyła, że Bóg do niego mówił, wierzyła, że wychylił do dna kielich goryczy i wszystkie myśli jego goniły na nieznanemi rzeczami, których nikt inny nie rozumiał.
Czuła, że gdyby była chora, musiałaby wyzdrowieć, patrząc tylko na niego.
„Nie może to być człowiek zwyczajny“, rzekła. „Czuje, że błogosławieństwo niebiańskie schodzi na mnie, skoro tyko patrzę na niego“.
Stała już dobrą chwilę obok Derwisza, zanim on ją spostrzegł. Ale nagle odwrócił się i spojrzał na nią.
A gdy uczula wzrok jego, drgnęła, jak gdyby spojrzenia jego wytrzymać nie mogła.
Cicho i spokojnie patrzył przez minutę może na Gertrudę, potem podał jej rękę aby ją pocałowała, jak to czynili jego zwolennicy. I Gertruda ucałowała ją pokornie.
Potem dał jej uprzejmie znak, aby się oddaliła i nie przeszkadzała mu dłużej.
Gertruda posłusznie odwróciła się i szła powoli do domu. Zdawało jej się, że w sposobie, jak się z nią pożegnał, leżało jakieś znaczenie. Było to tak, jak gdyby jej powiedział był: „Przez pewien czas należałaś do mnie i służyłaś mi, ale teraz oddaję ci wolność. Żyj teraz na ziemi dla swych bliźnich!“
Gdy zbliżyła się do kolonii, znikł czar powoli. „Wiem przecie, że nie jest Chrystusem. Nie, nie wierzę w to, że jest Chrystusem“ powtórzyła jeszcze raz.
Ale widok jego wywołał w niej wielką zmianę. Przez to samo, że przywiódł jej przed oczy obraz Chrystusa, zdawało jej się, że każdy kamień po drodze powtarzał jej święte nauki, które niegdyś Zbawiciel głosił w tej krainie, i że kwiaty sławiły szczęście tego, który kroczy drogami Chrystusa.
Gdy Gertruda doszła do kolonii poszła do Ingmara. „Teraz pojadę z tobą Ingmarze,“ rzekła.
Ingmar odetchnął kilkakrotnie ciężko. Widocznie odczuł wielką ulgę.
Ujął ręce Gertrudy i ściskał je w swych dłoniach. „Teraz Bóg był dla mnie bardzo dobrym“, rzekł.




Niezwykły ruch panował w kolonii. Ludzie z Dalarne byli wszyscy w mieszkaniach swych zajęci gorliwie, tak że nie mieli czasu iść do swej roboty na pola lub do winnic, a dzieci szwedzkie miały wakacye, aby módz w domu pracować!
Postanowiono, że Ingmar i Gertruda wyjadą za dwa dni, i dlatego trzeba było spiesznie przygotować wszystko, co chciano posłać do domu.
Teraz nadarzała się sposobność posłania upominku miłym towarzyszom z ławy szkolnej, lub starym przyjaciołom, którzy pozostali wierni przez całe życie — teraz mogli okazać, że nieraz myśleli życzliwie o tych, z którymi się rozłączyli i z którymi w początkowych ciężkich czasach nie chcieli obcować — a nareszcie także starym mądrym ludziom, których rady przed wyjazdem źle przyjmowano. Teraz można było zrobić małą przyjemność rodzicom albo ukochanej, księdzu i nauczycielowi którzy wszystkich wychowali.
Ljung Björn i Kolas Gunar nie wypuszczali przez cały dzień pióra z sztywnych palców i pisali listy do krewnych i przyjaciół, Gabryel toczył małe czarki z drzewa oliwnego, a córka Ingmarów Karina zawijała w liczne pakiety o rozmaitej wielkości duże fotografie Getzemany i kościoła świętego Grobu, oraz pięknego domu, w którym sami mieszkali i wspaniałej sali zbornej.
Dzieci pracowały pilnie, robiąc tuszem rysunki na cienkich płytkach z oliwnego drzewa, jak ich nauczono w szkole amerykańskiej, lub też robiły ramki do fotografii, które oblepiały rozmaitymi gatunkami ziarn zbożowych, warzywnych i owocowych, właściwych krajom wschodnim.
Córka Ingmarów Karina rozcinała płótno własnej tkaniny, haftowała imiona na ręcznikach i serwetach, które chciała posłać swemu szwagrowi i swej szwagrowej. I uśmiechała się myśląc o tem, że ludzie w domu zobaczą, iż nie zapomniała jeszcze tkać delikatną a trwałą tkaninę, chociaż wyjechała do Jerozolimy.
Obie córki Ingmara, które były w Ameryce? zawiązywały garnki z marmoladą brzoskwiniową i morelową i pisały na nalepionych kartkach miłe imiona, o których nie mogły myśleć, bez łezki w oku.
Żona Izraela Tomasona robiła piernik, a prócz tego pilnowała w rurze tortu. Tort przeznaczony był dla Ingmara i Gertrudy na drogę, ale piernik, który mógł być długo przechowany, mieli przynieść starej żebraczce, która przed ich wyjazdem ze wsi stała przy drodze umyta i uczesana, oraz, córce Gunara Ewie, która raz należała także do ich gminy.
Gdy wszystkie te paczki były już gotowe, przyniesiono je Gertrudzie, która wszystkie posyłki spakowała do wielkiej skrzyni.
Ale gdyby Gertruda nie była sama dzieckiem wsi, nie byłaby mogła podjąć się oddania wszystkich tych rzeczy tym, dla których były przeznaczone, gdyż wiele z tych paczek miało dziwaczne napisy. Musiała długo namyślać się, gdzie miała szukać „Franciszka, który mieszkał przy drodze krzyżowej“, albo „Lizę, która jest siostrą Pera Larsona“, albo „Eryka, który przed dwoma laty służył u burmistrza“.
Gunar, syn Ljunga Björna przyniósł największą paczkę, był na niej napis: „Dla Kariny, która w szkole obok mnie siedziała, a mieszkała w lesie“. Imię jej ojca zapomniał, ale dla Kariny sporządził parę bucików z lakieru z wysokiemi obcasami. Wiedział, że to najlepsza robota szewska, jaką kiedykolwiek wykonano w kolonii. „A powiedz jej, żeby tu przyjechała do mnie, jak umówiliśmy się przed moim wyjazdem“, rzekł, powierzając paczkę swą Gertrudzie.
Gospodarze zaś udali się do Ingmara i wręczyli mu listy i ważne zlecenia. „I musisz iść do księdza, i do burmistrza i do nauczyciela“, prosili go, aby powiedzieć im, że widziałeś na własne oczy, jak się nam dobrze powodzi, i że mieszkamy w porządnym domu, a nie w jaskiniach, i że mamy dość jadła i porządne ubrania i prowadzimy życie moralne.

∗             ∗

Od owej nocy, gdy Bo znalazł Ingmara w dolinie Jozafata, była między nimi wielka przyjaźń, gdy Bo miał tylko wolną godzinę, spędzał ją u Ingmara, który podczas swej choroby mieszkał sam w pokoju gościnnym. Ale tego dnia, gdy Gertruda zeszła z góry Oliwnej i przyrzekła Ingmarowi, że wróci z nim do Dalarne, Bo nie pokazał się w pokoju chorego. Ingmar pytał się kilkakrotnie o niego, ale nikt nie mógł go znaleść.
Gdy schodziła godzina po godzinie, Ingmar zaczął się niepokoić. W pierwszej chwili, gdy Gertruda przyrzekła mu, że pójdzie z nim, czuł się zadowolonym i szczęśliwym. Był wdzięcznym za to, że mógł ją zabrać z tego kraju niebezpiecznego, dokąd dostała się z jego winy. I teraz jeszcze był z tego powodu serdecznie uradowany; ale z każdą chwilą rosła w nim tęsknota za żoną. Wykonanie powziętego zamiaru wydawało mu się wprost niemożliwem. Czasami miał wielką ochotę opowiedzieć Gertrudzie całą historyę, ale po namyśle nie ośmielił się przecie wyznać tego. Gdyby się dowiedziała, że jej już nie kocha, nie chciałaby z nim jechać. Nie wiedział też wcale, kogo Gertruda kocha, czy jego, czy może innego. Czasem zdawało mu się, że Boa, ale w końcu doszedł do przekonania, że odkąd Gertruda mieszkała w kolonii, nie kochała z pewnością nikogo innego, oprócz tego, którego oczekiwała na górze Oliwnej. A gdy teraz na nowo wejdzie w świat, obudzi się w niej może dawna miłość do Ingmara. Jeżeli zaś stanie się to, najlepiej będzie, jeżeli się z nią ożeni i będzie się się starał uszczęśliwić ją, niżeli wiecznie tęsknić za inną, która nigdy już nie może być jego żoną.
Jakkolwiek starał się w ten sposób rozumować, to jednak dręcząca go niechęć wewnętrzna wzmagała się wciąż. Podczas gdy siedział z zakrytemi oczami, widział wciąż przed sobą swoją żonę. „Rzecz jasna, że należę zupełnie do niej“, myślał, nikt inny nie ma takiej władzy nademną“.
„Wiem, z jakiej przyczyny zapuściłem się w to przedsięwzięcie“, ciągnął w myśli dalej: Obciąłem być tak dzielnym, jak ojciec. Tak, jak on wyprowadził matkę z więzienia, tak ja chciałem Gertrudę sprowadzić z Jerozolimy. Ale teraz wiem, że mi się tak nie powiedzie, jak ojcu, wyjdę na tem gorzej, bo kocham inną“.
Nakoniec około wieczora Bo, przyszedł do Ingmara. Zatrzymał się w drzwiach, jak gdyby zamierzał natychmiast odejść. „Słyszałem, że pytałeś się o mnie“, rzekł.
„Tak“, rzekł Ingmar, „muszę wyjechać“.
„Wiem, że tak postanowiono“, odrzekł Bo krótko.
Ingmar miał oczy zabandażowane, zwrócił głowę ku stronie, gdzie stał Bo, jak gdyby chciał go widzieć. „Zdaje się, że ci spieszno“, rzekł.
„Tak, mam jeszcze dużo do załatwienia“, odrzekł Bo i postąpił krok ku drzwiom.
„Chciałbym cię jednak o coś zapytać“.
Bo zbliżył się trochę a Ingmar rzekł: „Chciąłbym wiedzieć, czy byłbyś bardzo temu przeciwny, abyś tak na jeden lub dwa miesiące pojechał do domu?“
„Nie wiem skąd ci to na myśl przyszło?“ zapytał Bo.
„Gdybyś miał ochotę, to chętnie poniósłbym koszta podróży“, rzekł Ingmar.
„Czy tak?“, zapytał Bo.
„Tak“, rzekł Ingmar, zapalając się, „twoja matka jedyną siostrą mego ojca, i chętnie zrobię jej tę uciechę, aby cię przed śmiercią jeszcze raz widziała.
„Chciałbyś zapewne najchętniej zabrać ze sobą całą kolonię“, rzekł Bo trochę pogardliwie.
Ingmar umilkł. Była to jego ostatnia nadzieja, że nakłoni Boa do tej podróży. „Zdaje mi się, że. Gertruda pokochałaby go wkrótce więcej, niż mnie? gdyby nam towarzyszył“, myślał. „Kochał ją zawsze wiernie, a to zrobiłoby w końcu na niej wrażenie“.
Po krótkiej chwili jednak, | nadzieja w nim odżyła. „Może to był błąd z mojej strony, w głupi sposób przedłożyłem mu swoją prośbę“, myślał. „No tak“, rzekł głośno, „muszę przyznać otwarcie, że prosiłem cię głównie w moim własnym interesie.“ Bo nic nie odpowiedział. Ingmar czekał na odpowiedź, ale gdy jej nie otrzymał, ciągnął dalej; „Nie wiem, jak sobie z Gertrudą damy radę w tej podróży. Jeżeli muszę jechać z zawiązanymi oczami, to nie rozumię, jak będziemy mogli wsiadać i wysiadać z tych licznych lodzi, które wiodą do parowców. I nie łatwo też będzie wchodzić na spuszczone schodki, drabiny i tym podobne rzeczy. Obawiam się, ażebym nie upadł w wodę. Dobrze byłoby, gdyby jakiś mężczyzna był z nami“.
„Masz słuszność“, rzekł Bo.
„A Gertruda nie potrafi też kupić biletów“.
„Zdaje mi się w istocie, że powinieneś wziąć jeszcze kogoś z sobą“, rzekł Bo.
„Tak“, rzekł Ingmar z zadowoleniem, „zdaje mi się, że pojmujesz, jak koniecznem jest, aby nam ktoś towarzyszył“.
„Powinieneś prosić o to Gabryela. Ojciec jego ucieszyłby się także, gdyby go widział“.
Ingmar umilkł znowu; był bardzo przygnębionym, gdy odezwał się znowu „Myślałem, że ty zechcesz pojechać“.
„Nie, nie powinieneś mnie o to prosić“, rzeki Bo. „Czuję się tu bardzo szczęśliwym. Każdy inny z kolonii pewnie chętnie będzie ci towarzyszył“.
„Wielka to różnica, ktoby mi towarzyszył. Tyś z podróżą więcej obyty niż każdy inny“.
„Nie mogę jednak pojechać z tobą“.
Coraz większy niepokój opanowywał Ingmara. „Wielkie to rozczarowanie dla mnie“, rzekł. „Myslałem że jesteś naprawdę moim przyjacielem“.
Lecz Bo przerwał mu pospiesznie. „Dziękuję za propozycyę, ale cokolwiek mógłbyś powiedzieć, nie zmienisz mego zamiaru, i dlatego odchodzę teraz do mojej roboty“. Odwrócił się szybko i wyszedł, zanim Ingmar mógł coś odpowiedzieć!
Ale gdy Bo odszedł od Ingmara, nie zdawało się, jak gdyby było mu tak bardzo spieszno. Wyszedł bardzo powoli przez bramę i usiadł tam pod wielkiem drzewem. Był już wieczór i znikł wszelki ślad światła dziennego, ale gwiazdy i blady sierp księżyca rozpościerały łagodny blask.
Bo siedział zaledwie pięć minut, gdy brama otwarła się z cicha i wyszła Gertruda. Oglądała się przez chwilę, potem ujrzała Boa. „Czyś to ty Bo?“ zapytała zbliżając się i siadając przy nim. „Myślałam sobie, że cię tu znajdę“.
„Tak, przesiedzieliśmy tu niejeden wieczór“, rzekł Bo.
„To prawda“, rzekła Gertruda, „a to jest już pewnie ostatni“.
„Tak, pewnie ostatni“. Bo siedział wyprostowany i sztywny, głos jego był zimny i twardy, tak, że wyglądał, jak gdyby mówili o czemś bardzo obojętnem dla niego.
„Ingmar powiedział mi, że będzie cię prosił abyś nam towarzyszył“.
„Tak, mówił już ze mną, ale odmówiłem mu“, odrzekł Bo.
„Myślałam odrazu, że nie zechcesz z nami pojechać“, rzekła Gertruda.
Umilkli oboje, jak gdyby nie mieli sobie nic do powiedzenia; ale Gertruda wciąż zwracała ku niemu twarz i patrzyła na Boa. Podniósł głowę i wpatrywał się w niebo.
Gdy milczenie trwało dość długo, Bo odezwał się nie odwracając oczu od gwiazd i nie ruszając się wcale: „Czy nie zimno ci tak długo tu na dworze?“
„Chciałbyś pewnie, abym sobie poszła?“
Bo zrobił ruch potakujący głową, sądził jednak, że Gertruda w ciemności nie mogła tego widzieć. Głośno zaś rzekł: „I owszem, przyjemnie mi, że tu siedzisz.“
„Wyszłam tu dziś wieczorem“, rzekła Gertruda, „ponieważ myślałam, że nie można wiedzieć, czy się jeszcze przed moim odjazdem będziemy mogli spotkać sam na sam. A chciałam ci jednak podziękować, żeś mi rankami tak często towarzyszył na górę Oliwną“.
„To czyniłem dla siebie samego“.
„Potem chciałam ci jeszcze podziękować za to, żeś poszedł dla mnie do rajskiej studni“, rzekła Gertruda uśmiechając się.
Bo chciał coś odpowiedzieć, ale zamiast słów, wyszło coś, co podobne było do łkania. Gertruda czuła, że w całej istocie Boa było tego wieczora coś nieskończenie tkliwego i miała z nim wielką, litość; „Musi być dla niego bardzo ciężko, że nie ma mnie już widzieć więcej“, myślała. „I jaki jest dzielny, nie skarży się, a wiem przecie, że mnie kochał przez cale życie. Gdybym tylko wiedziała, jak go pocieszyć! Gdybym mu mogła coś powiedzieć o czem mógłby myśleć radośnie, gdy wieczorami będzie siedział samotnie pod tem drzewem!“
Ale myśląc o tem, czuła Gertruda, że i własne jej serce kurczy się z bólu i że dziwne zdrętwienie ogarnia ją“. „Tak, tak, w ostatnim czasie mieliśmy sobie dużo do powiedzenia. Przyzwyczaiłam się do tego, że twarz jego promieniała i rozweselała się, gdy mnie ujrzał, i dobrze mi było, że miałam przy sobie kogoś, który był zawsze zadowolony ze mnie, cokolwiek uczyniłam«.
Siedziała zupełnie spokojnie, czuła jednak już przyszłą pustkę, jakby rodzącą się chorobę. „Co się ze mną dzieje, co się ze mną dzieje? myślała. „Rozłąka z Boem nie może być przecie dla mnie tak wielkim bólem!“
W tem Bo zaczął mówić. „Myślę o czemś, co mi przez cały dzisiejszy wieczór stoi przed oczyma“, rzekł.
„Powiedz mi, co to jest“, rzekła Gertruda z żywością, i było jej lżej, gdy przemówił.
„Widzisz“, rzekł Bo, Ingmar opowiadał mi raz o pewnym tartaku, należącym do ingmarowskiego dworu. Zdaje mi się, że miał zamiar wydzierżawić mi go, gdybym pojechał z nim do domu.
„Zdaje się, że Ingmar jest dla ciebie bardzo przyjaźnie usposobiony“, rzekła Gertruda, „gdyż tartak ten jest u niego ważniejszym, niż wszystko inne!“
„Dziś słyszę turkot tartaku cały dzień w uszach“, rzekł Bo. „Wodospad huczy i belki uderzają w wodzie jeden o drugi. Nie możesz sobie wyobrazić, jaki to piękny dźwięk. A potem myślę o tem, jakby to było ładnie, gdybym pracował na własny rachunek i miał coś własnego i nie był tak zupełnie zależnym od kolonii.“
„A więc o tem myślałeś, siedząc tak milcząco“, rzekła Gertruda bardzo chłodnym tonem, gdyż czuła się słowami Boa poniekąd rozczarowaną“. „Nie masz potrzeby tak wzdychać za tem, możesz przecie pojechać z Ingmarem do domu“.
„Jest jeszcze coś, innego rzekł Bo. „Widzisz, opowiadał mi Ingmar, że sprowadził budulec na dom przy tartaku. Mówi, że wybrał miejsce na wzgórzu, tuż ponad wodospadem, gdzie stoi kilka brzóz. I teraz przez cały wieczór ten dom stoi mi przed oczyma. Widzę go jak wygląda zewnątrz i wewnątrz. Widzę zielone gałęzie jodeł przed drzwiami, i widzę ogień rozniecony w kominie.
I gdy powracam z tartaku widzę kogoś, co w drzwiach stoi i czeka na mnie“.
„Chłodno już Bo“, rzekła przerywając mu Gertruda“. Może lepiej już wejść do domu?“
„Tak, teraz ty chcesz wejść, rzekł Bo“.
Ale oboje nie ruszyli się z miejsca i siedzieli obok siebie pogrążeni w długiem milczeniu.
Raz odezwała się Gertruda: „Myślałam Bo, że ty nadewszystko kochasz kolonię, i że za nic w świecie nie chciałbyś się z nią rozłączyć!“
„O tak“, odrzekł Bo, „jest coś takiego, za co mógłbym poświęcić kolonię“.
Gertruda zamyśliła się znowu, a potem zapytała: „Czy nie powiesz mi, co masz na myśli?“
Bo nie odpowiedział natychmiast, lecz dopiero po długiem namyśle i to głosem przytłumionym: „Mogę ci to powiedzieć. Gdyby się zdarzyło, że dziewczyna, którą kocham, powiedziałaby mi, że mnie również kocha.“
Gertruda siedziała tak cicho, że ledwie odważyła się oddechać.
Ale chociaż nie powiedziała ani słowa, Bo jak gdyby słyszał był jej zapewnienie, że go kocha, lub coś podobnego, zaczął teraz mówić bardzo płynnie: „Zobaczysz Gertrudo, teraz obudzi się na nowo w tobie miłość do Ingmara. Byłaś przez jakiś czas zagniewaną na niego, dlatego, że cię porzucił, ale teraz, kiedy mu przebaczyłaś, będziesz go wnet tak kochała, jak przedtem“.
Umilkł, czekając odpowiedzi, ale Gertruda milczała. „Byłoby straszną rzeczą, gdybyś go nie kochała“, ciągnął Bo dalej: „Pomyśl tylko ile on uczynił dla ciebie! Wolał nawet wzrok stracić, niż powrócić bez ciebie“.
„Tak, to byłoby straszne, gdybym go nie kochała“, rzekła Gertruda zamierającym prawie głosem. Wiedziała, że do tej chwili w głębi duszy wierzyła, iż nigdy innego prócz Ingmara kochaćby nie mogła.
„Nie mogę dziś wieczór wyjaśnić sobie tej rzeczy, Bo“, rzekła Gertruda. „Nie wiem co mi jest, ale nie mów ze mną więcej o Ingmarze“.
Teraz oboje od czasu do czasu mówili coś o tem, że trzeba wejść do domu, ale mimoto siedzieli jeszcze, aż córka Ingmarów Karina wyszła do nich i zawołała ich: Ingmar prosi, abyście przyszli oboje do niego.
Podczas gdy Gertruda rozmawiała z Boem, Karina była u Ingmara, Dawała mu pozdrowienia, dla pozostałych w ojczyźnie, ale potem przewlekała długo rozmowę; widocznem było, że ma Ingmarowi coś jeszcze do powiedzenia, lecz że z trudem jej to przychodzi.
Nareszcie rzekła tak powolnym i obojętnym tonem, że każdy, kto ją znał, mógł zrozumieć, iż teraz występuje z właściwym swym interesem: „Nadszedł list od Peza, brata Ljunga Björna“.
„Czy tak?“ rzekł Ingmar.
Chciałam ci powiedzieć, że krzywdę ci zrobiłam wówczas, gdyśmy, zaraz po twojem przybyciu rozmawiali w moim pokoju“.
„O nie, powiedziałaś to, co uważasz za słuszne.
„Nie, gdyż teraz wiem, iż miałeś słuszność, chcąc się rozwieść z Barbarą“.
„Nigdy nie powiedziałem złego słowa o Barbarze“.
„Mówią teraz, że jest małe dziecko na ingmarowskim dworze“.
„Ile miesięcy ma dziecko?“
„Miało się urodzić w sierpniu.“
„To kłamstwo, to kłamstwo“, rzekł Ingmar, uderzając pięścią o stół. Byłby omal uderzył Karinę w rękę leżącą na stole.
„Bijesz mnie?“ rzekła.
„Nie widziałem, że ręka twoja leżała na stole“, rzekł Ingmar.
Karina mówiła jeszcze więcej o tem, a Ingmar szybko się uspokoił. „Zrozumiesz, że wiadomość ta nie jest przyjemną dla mnie“, rzekł. „Dlatego prosiłbym cię, abyś powiedziała Ljungowi Björn, żeby nie mówił o tem, zanim nie dowiemy się, czy to prawda“.
„Tak, postaram się o to, aby milczał“.
„I chciałbym wiedzieć/ czy mogłabyś przysłać mi tu Gertrudę i Boa?“ rzekł Ingmar.
Gdy Gerdruda i Bo weszli do pokoju chorego, Ingmar siedział skulony w ciemnym kącie pokoju, tak że zrazu nie mogli go widzieć. „Co ci jest Ingmarze?“ zapytał Bo.
„Ach przedsięwziąłem rzecz, która przechodzi moje siły“, rzekł Ingmar, kołysząc się w prawo i w lewo.
„Ingmarze“, rzekła Gertruda, „powiedz otwarcie, co cię dręczy. Od dzieciństwa nie mieliśmy przecie przed sobą tajemnic“. Ingmar milczał. Wtem Gertruda. zbliżyła się do niego, dotknęła ręką jego głowę. „Zdaje mi się, że odgaduję, co cię dręczy“, rzekła.
„Ingmar wyprostował się nagle. „O nie, Gertrudo, nie odgaduj lepiej“, rzekł i wyciągnąwszy z kieszeni swoją notatkę, podał ją jej, „Zobacz, czy jest tam długi list, zaadresowany do księdza?
„Tak“, rzekła Gertruda, „jest tu“.
„Prosiłbym cię, abyś go przeczytała. Ty i Bo, musicie go razem czytać. Napisałem go zaraz po przybyciu do Jerozolimy, ale nie miałem wówczas siły, odesłać go“.
Bo i Gertruda usiedli do stołu i zaczęli czytać. Ingmar został w swoim kącie i słuchał, jak odwracali kartki. „Teraz czytają to,“ myślał, „a teraz to“.’ Teraz doszli do miejsca, gdzie Barbara opowiada mi, że ojciec jej podstępnie zrobił z nas męża i żonę. Teraz czytają, że odkupiła srebrne konwy, a teraz to, co mi powiedział Stig Börjeson. A teraz Gertruda czyta, że jej już nie kocham i poznaje, jakim jestem głupcem“.
W pokoju była grobowa cisza. Gertruda i Bo nie ruszali się, tylko kartki papieru obracały się. Ledwo odważyli się wszyscy oddechać.
„I jak Gertruda może to zrozumieć, że właśnie dziś, kiedy ona mi się oddaje, opanowało mnie to tak, że nie mogę się wstrzymać od powiedzenia jej, że kocham Barbarę“.
„I jakże ja to sam mogę rozumieć, że właśnie wtedy, kiedy słyszałem, że spotwarzają Barbarę, nie mogę znieść tego, bym był związany z drugą? Nie wiem, co mi jest, zdaje mi się, że nie jestem już porządnym człowiekiem“.
Podsłuchiwał pilnie i czekał wciąż, co tamci powiedzą, ale słyszał tylko szelest papieru.
Nareszcie nie mógł już dłużej wytrzymać, lekko podniósł zawiązkę z oka, którem widział jeszcze.
Spojrzał na Boa i Gertrudę. Czytali jeszcze; głowy ich zbliżyły się tak do siebie, że prawie policzki ich dotykały się, i Bo objął ramieniem Gertrudę.
Podczas czytania, z każdą kartką, którą odwracali, tulili się bardziej do siebie. Policzki ich pałały, czasami podnosili oczy z nad papieru i topili wzrok w sobie, a oczy ich były ciemniejsze i bardziej błyszczące niż zwykle.
Gdy nareszcie doszli do ostatniego arkusza, widział Ingmar, że Gertruda przytuliła się zupełnie do Boa, trzymali się w objęciach uroczyście i z wielkiem wzruszeniem. Z wszystkiego, co czytali nie zrozumieli może nic prócz tego, że odtąd nic nie stoi już na przeszkodzie ich miłości. Ingmar złożył w cichości duże swe ręce, które wyglądały, jak ręce starego, życiem steranego człowieka, i dziękował Bogu. I długo trwało, zanim ci trzej ludzie poruszyli się.

∗             ∗

Koloniści zebrali się w wielkiej sali do modlitwy porannej. Była to ostatnia godzina modlitwy w Kolonii, w której Ingmar miał uczestniczyć. Wraz z Gertrudą i Boem mieli za kilka godzin odjechać do Jaffy.
Poprzedniego dnia Bo doniósł pani Gordon i kilku głównym osobom w Kolonii, że ma zamiar towarzyszyć Ingmarowi do swojej ojczyzny i już stale tam pozostać. Był przy tem zmuszony opowiedzieć całą historyę Ingmara. Pani Gordon namyślała się długo o tem co słyszała i rzekła potem: „Zdaje mi się, że nikt nie może wziąć na siebie odpowiedzialności, uczynić Ingmara jeszcze nieszczęśliwszym niż jest, i dlatego nie chcę wstrzymać cię od tego, abyś mu towarzyszył do domu? Sądzę jednak, że mogłoby jeszcze kiedyś i to nastąpić, żebyś ty z Gertrudą do nas powrócił. Jestem przekonana, że nigdzie na świecie nie będziecie się czuli tak zupełnie zadowoleni“.
Ażeby jednak Ingmar i tamtych dwoje wyjechać mogli z Kolonii w zgodzie i pokoju, miano innym członkom powiedzieć tylko, że Bo odprowadzi Gertrudę i Irigmara, aby im być pomocnym w ciężkiej podróży.
W chwili, gdy rozpoczęło się nabożeństwo wprowadzono Ingmara do sali. Pani Gordon wstała i wyszła mu naprzeciw. Wzięła go za rękę i poprowadziła do siedzenia obok siebie. Przygotowano dla niego wygodne krzesło, a pani Gordon starannie pomagała mu wsiąść w niem.
Potem panna Young zaintonowała na organach pieśń i nabożeństwo odbywało się zwykłym trybem.
Ale gdy pani Gordon skończyła mały rozdział biblii, który objaśniała każdego poranku, powstała stara Miss Hoggs i wypowiedziała modlitwę za dobrą podróż i szczęśliwy powrót do domu Ingmara. Potem Amerykanie i Syryjczycy jeden po drugim wstawali i modlili się prosząc Boga, ażeby okazał Ingmarowi prawdziwe światło prawdy.
Niektórzy wyrażali się bardzo pięknie. Przyrzekali modlić się codziennie za Ingmarem, którego uważali za najmilszego swego brata i spodziewali się, że odzyska napowrót zdrowie. I wszyscy wyrażali życzenie, aby wrócił do Jerozolimy.
Gdy ci ludzie obcej narodowości mówili, Szwedzi milczeli. Siedzieli tuż przed Ingmarem i wpatrywali się wciąż w niego.
A patrząc na Ingmara mimowoli musieli myśleć o tem wszystkiem, co było pewne i uczciwie i dobrze urządzone w dawnej ich ojczyźnie. Jak długo on był między nimi, zdawało im się, jak gdyby coś z tego wszystkiego przybyło do nich. Ale teraz, gdy Ingmar wyjeżdżał, opanowała ich trwoga i bezradność. Czuli się jak gdyby zgubieni w tym kraju bezprawia i między ludźmi, którzy bez litości i bezwzględnie walczyli między sobą o dusze ludzkie.
I z wielką żałością myśli Szwedów skierowały się do ojczyzny. Widzieli przed sobą całą okolicę z polami i dworami. Na drogach kroczyli ludzie spokojnie i zgodliwie, wszystko było pewne, jeden dzień schodził jak drugi, a jeden rok tak był podobnym do drugiego, że nie można ich było odróżnić od siebie.
Ale równocześnie prawie, gdy chłopi szwedzcy myśleli o spokojnej swej ojczyźnie, opanowała ich świadomość, jaką to było dla nich wielką i odurzającą rzeczą, ze oni wydostali się na szersze życie, że mieli cel przed sąbą, dla którego mogli żyć i że wyszli z szarej jednostajności codziennego życia.
I jeden z nich podniósł głos i wypowiedział szwedzką modlitwę, mówiąc: „Boże wielki, dziękuję ci, że zawiodłeś mnie do Jerozolimy“.
Poczem powstawał jeden za drugim i wszyscy dziękowali Bogu, że zaprowadził ich do Jerozolimy.
Dziękowali za drogą im Kolonię, która była największą ich pociechą. Dziękowali za to, że dzieci ich uczyły się od młodości żyć w zgodzie z wszystkimi ludźmi. Wyrażali nadzieję, że młodzi postąpią dalej w doskonałości, niżeli oni sami. Dziękowali za prześladowania i cierpienia, i za piękną naukę, której wykonywanie jest ich zadaniem.
Ani jeden z nich nie usiadł napowrót, zanim nie złożył świadectwa, jakie szczęście w nim zamieszkało. I Ingmar zrozumiał to, że wszystko to mówili ze względu na niego, i że pragnęli, aby w domu opowiadał o tem, że są wszyscy szczęśliwi.
Ingmar wyprostował się trochę, gdy słyszał mowę chłopów. Podniósł głowę i ostry rys dokoła jego ust pogłębił się.
Gdy nareszcie akt zeznawania świadków doszedł do końca, panna Young zaintonowała pieśń, i wszyscy sądząc, że uroczystość skończyła się i wszyscy zwrócili się do wyjścia. Lecz w tem rzekła pani Gordon: Dziś, zaśpiewamy jeszcze szwedzką pieśń“.
I Szwedzi zaśpiewali tę samą pieśń, którą śpiewali byli na wyjezdnem z ojczyzny.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Gdy zabrzmiał ten śpiew, wszyscy byli wzruszeni i łzy zabłysły w ich oczach. Gdyż teraz myśleli znów o wszystkich tych, których zostawili w domu i których zobaczyć mieli dopiero w niebie.
A gdy pieśń przebrzmiała, powstał i Ingmar, usiłując wypowiedzieć kilka myśli. Pragnął tym, którzy tu pozostali powiedzieć kilka słów, które miały niejako dojść do nich ze starej ojczyzny, do której wracał. „Wierzę silnie, że jesteście dla nas w domu wielką chlubą“, rzekł. „Sądzę, że wszyscy będą uradowani, gdy zobaczą się z wami, czy to w niebie, czy też na ziemi. Zdaje mi się, że nie ma nic piękniejszego, jak widzieć, iż ludzie z wielkiemi ofiarami wykonują sprawiedliwość“.




W ojczyźnie.



Musimy teraz opowiedzieć jak się powodziło córce Swena, Barbarze, podczas pobytu Ingmara w Jerozolimie.
Gdy Ingmar był już prawie miesiąc nieobecny, stara Liza na dworze ingmarowskim zauważyła, że Barbara dręczyła się jakimś niepokojem i bezradnością. „Dziwna rzecz, jakie ma oczy pomieszane“, myślała staruszka. „Nie zdziwiłabym się, gdyby pewnego dnia dostała obłąkania“.
Pewnego wieczora zaczęła wypytywać Barbarę. „Chciałabym wiedzieć, co ci jest?“ rzekła. „Gdy byłam młodą, widziałam, że przez jedną zimę gospodyni w dworze ingmarowskim także chodziła z takiemi oczami“.
„Czy to ta, która zabiła swe dziecko?“ zapytała Barbara szybko.
„Tak“, rzekła Liza, „i zdaje mi się prawie, że i ty nosisz się z podobnemi myślami“.
Barbara nie odpowiedziała wprost na to, lecz rzekła: „Gdy dowiedziałam się o tej historyi, dziwiłam się tylko jednej rzeczy“. Stara Liza zapytała, co to było. — „Że równocześnie i sobie nie zadała śmierci“.
Stara Liza siedziała przed kołowrotkiem i przędła. Położyła rękę na kółku, aby je wstrzymać, i zwróciła oczy na Barbarę. „Nie ma w tem nic dziwnego, że jesteś nieszczęśliwą, jeżeli spodziewasz się potomstwa w czasie nieobecności swego męża“, rzekła powoli. „Nie wiedział pewnie o tem, wyjeżdżając?“
„Nie wiedzieliśmy oboje o tem“, rzekła Barbara cichym głosem, jak gdyby ciężył na niej smutek tak wielki, że nie mogła mówić.
„Ale teraz musisz go powołać do domu“.
„Nie“, rzekła Barbara, jedyną moją pociechą, jest to, że pojechał“.
Kobieta opuściła ręce z przerażenia. „To ma być pociechą? zawołała.
Barbara stała przy oknie, patrząc prosto przed siebie. „Czyż nie wiesz, jaka klątwa jest złączona ze mną?“ rzekła, usiłując mówić spokojnie.
„O tak, jeżeli się żyje w jakimś domu, to musi się wiedzieć, co się w nim dzieje, rzekła kobieta. Słyszałam, że pochodzisz z pagórka troski“.
Przez chwilę panowała cisza; stara Liza puściła w ruch kółko i rzucała od czasu do czasu spojrzenie na Barbarę, która stała wciąż przy oknie tak rozdrażniona, że od czasu do czasu drżenie przebiegało przez jej ciało.
Po upływie kilku minut, staruszka zaprzestała> roboty i skierowała się ku drzwiom.
„Dokąd chcesz iść?“ zapytała Barbara.
„Mogę ci to powiedzieć. Chcę poszukać kogoś, aby o tem napisał Ingmarowi“.
Lecz Barbara zastąpiła jej drogę. „Ani nie myśl o tem!“ zawołała. „Zanim list będzie napisany, będę leżała w potoku“.
Stały naprzeciw siebie i wpatrywały się jedna w drugą. Barbara była wysoka i silna, i stara Liza myślała, że ona chce ją zatrzymać przemocą. Ale nagle Barbara wybuchła śmiechem i ustąpiła na bok.
„Tak, pisz sobie, skoro chcesz“, rzekła, „nic sobie z tego nie robię. Tylko poprostu zrobię jeszcze prędzej koniec, niż zamierzałam“.
„O nie“, rzekła stara, widząc że musi się ostrożnie obchodzić z Barbarą, ponieważ była w takie: rozpaczy. „Nie napiszę; nie chcę cię pchnąć do nierozważnego czynu“.
„Ale możesz napisać, to nie uczynić różnicy Zrozumiesz przecie, że muszę w każdym razie zrobić z sobą koniec? Nie mogę przecie wziąć na siebie odpowiedzialności za to, aby takie nieszczęście dłużej trwało na świecie“.
Kobieta zabrała się znowu do kołowrotka. „Czy nie myślisz już o liście?“ spytała Barbara.
„Chciałabym wiedzieć, czy można rozumnie pomówić z tobą? rzekła stara Liza.
„I owszem“, odrzekła Barbara, „mów tylko“.
„Myślę tak“, rzekła Liza, „przyrzeknę ci, że nikomu o tem nie powiem, ale ty musisz mi za to przyrzec, że sobie ani dziecku nie zrobisz nic złego, aż nie będziemy całkiem pewni, że jest tak, jak się tego obawiasz“.
Barbara zamyśliła się. „Ale czy przyrzekasz mi, że potem będę już miała wolną rękę?“
„Tak“, rzekła stara, „potem zrobisz co zechcesz, przyrzekam ci to“.
„O zdaje mi się, że mogłabym już teraz koniec zrobić“, rzekła Barbara z obojętnym wyrazom twarzy.
„Myślałam, że pragniesz przedewszystkiem, aby Ingmar naprawił złe, które uczynił“, rzekła Liza, „ale z tego nic nie będzie, jeżeli otrzyma taką wiadomość“.
Barbara drgnęła i podniosła rękę do serca. „A więc niechaj tak będzie, jak ty chcesz, ale to ciężkie przyrzeczenie“, rzekła. „Musisz bardzo uważać, abyś mnie nie zwiodła“.
Umowę tę dotrzymały dokładnie. Stara Lizanie zdradziła niczego, a Barbara odtąd tak się pokonywała, że nikt nie przeczuwał co się święci Poszczęściło jej się o tyle, że wiosna prędko nadeszła. Już w marcu śniegi stopniały w lesie, a skoro tylko ukazały się zielone źdźbła trawy, na paszę dla bydła, Barbara kazała pognać pewną ilość krów na hale, leżące dość odlegle między samotnemi ugorami. Sama sprowadziła się tam wraz z starą Lizą, dla pielęgnowania bydła.
Z końcem maja przyszło na świat dziecko. Był to chłopiec, który wyglądało wiele gorzej, niż dziecko, urodzone poprzedniej jesieni. Było małe i mizerne i krzyczało bezustannie. Gdy stara Liza pokazała je Barbarze, ta zaśmiała się gorzko. „Dla tego dziecka nie warto było, żeś mnie zmusiła do życia“, rzekła.
„Po tak małej istotce trudno wiedzieć, co z niej będzie“, rzekła stara.
„Myśl tylko o tem, że musisz dotrzymać przyrzeczenia i zostawić mi wolną rękę“ rzekła Barbara twardym głosem.
„Tak“, rzekła stara, „muszę jednak wprzód przekonać się, czy jest ślepe“.
„Udawaj tylko, że nie widzisz jakie to dziecko“, rzekła Barbara.
Barbara czuła się tym razem znacznie gorzej niż przeszłej jesieni. Przez pierwszy tydzień była tak osłabiona, że nie mogła wstać. Dziecko nie leżało w pokoju, lecz stara trzymała je w małej stodole, stojącej pod wałem.
Pielęgnowała je dniem i nocą, dawała mu koziego mleka i z trudem utrzymywała je przy życiu. Kilka razy dziennie przynosiła je do izby; ale Barbara wtedy obracała się do ściany, aby go nie widzieć.
Pewnego dnia stara Liza stała przy małem okienku w chacie i patrzyła w okolicę. Miała na ręku dziecko, które jak zwykle krzyczało, a stara myślała właśnie o tem, jakie ono mizerne. „Ale, ale!“ rzekła nagle i przechyliła się, aby lepiej widzieć, „Ktoś tu przychodzi z wizytą. Natychmiast poszła z dzieckiem do Barbary. „Musisz wziąć tymczasem dziecko. Ja wyjdę naprzeciw i powiem, że jesteś chora i leżysz w łóżku, że nie będą mogli wejść“. Położyła dziecko na łóżko, a Barbara zostawiła je tak, nie dotykając się go. Krzyczało wciąż z całej siły. „Dziecko krzyczy tak głośno, że Słychać w całym lesie“, rzekła. „Jeżeli nie możesz go uspokoić to rzecz niemożliwa, ażeby ci ludzie nie dowiedzieli się, że jest tu dziecko.“ Po tych słowach wyszła, a Barbara nie umiała sobie inaczej poradzić, jak tylko kładąc dziecko do piersi.
Stara została przez dobrą chwilę na dworze. Gdy wróciła, dziecko spało, a Barbara przypatrywała mu się. „Możesz być spokokojna“, rzekła stara Liza. „Nie słyszeli niczego i poszli w mną stronę“.
Barbara rzuciła na nią ponure spojrzenie. „Teraz zdaje ci się, że ci się sztuczka udała. Myślisz że nie zrozumiałam, iż nikogo nie było i chciałaś mnie tylko przestraszyć, abym wzięła dziecko?“
„Więc teraz mogę je znów zabrać?“ zapytała stara.
„Zostaw je tu, aż się przebudzi“.
Około wieczora stara chciała wynieść dziecko. Było teraz spokojne i milutkie, zamykało i otwierało rączki. „Cóż ty z nim w nocy robisz?“ zapytała Barbara.
„Leży tam w stodole“.
„Tak, trzymasz go na dworze, jak kociątko?“
„Nie wiedziałam, że to rzecz taka ważna, gdzie to dziecko leży, ale jeżeli chcesz, to może tu być w pokoju“.
Gdy dziecko miało sześć dni, Barbara przypatrywała się z łóżka, jak stara je zawijała. „Trzymasz go źle“, rzekła Barbara, „nic dziwnego, że tak krzyczy“.
„Wiele dzieci już zawijałam“, rzekła stara, „i zdaje mi się, że rozumię się na tem tak dobrze jak i ty“.
Barbara milczała przez chwilę, ale w duchu myślała, że nie widziała, aby się ktoś tak źle z dzieckiem obchodził. „Tak go trzymasz, że mu twarz zsiniała“, rzekła niecierpliwie.
„Myślałam, że z takim potworkiem nie trzeba robić tyle ceremonii, co z księciem“, rzekła stara zagniewana; „ale skoro nie podoba ci się, to spróbuj sama zrobić“.
Barbara wzięła dziecko; zawinęła je i dziecko uspokoiło się. „A widzisz, teraz jest spokojne“, rzekła, gdy Liza weszła znowu do pokoju, i wyglądała jakby dumna z tego.
„Zawsze mi mówili, że umię obchodzić się z dziećmi“, rzekła stara, i długo jeszcze była w złym humorze.
Odtąd Barbara sama starała się o dziecko. Pewnego dnia, gdy jeszcze leżała w łóżku, prosiła Lizę o czyste pieluszki. Stara powiedziała, że nie ma żadnej, ale wypierzę natychmiast.
Barbara zarumieniła się i łzy stanęły jej w oczach. „Biedne dziecko, tak mu źle, jak gdyby urodziło się u żebraczki“. rzekła szybko.
„Powinnaś była sama myśleć o tem“, rzekła stara. „Ciekawam, cobyś była zrobiła, gdybym nie była spakowała trochę rzeczy dziecinnych, ile mogłam znaleść“.
Przeszłość powstała znów przed oczyma Barbary. Ponura rozpacz, która dręczyła ją przez całą zimę, opanowała ją na nowo i uczyniła ją hardą. „Lepiej byłoby nie pielęgnować tego dziecka i nie starać się o nie“, rzekła.
Następnego dnia Barbara wstała z łóżka. Wzięła igłę i nici i zabrała się do rozcinania prześciedła, aby porobić rzeczy dla dziecka, Po chwili pracy wróciły znów myśli ponure, „Na co się to przyda, że staram się o niego? Lepiej byłoby, gdybym z nim poszła do torfowiska, bo tam nas oboje czeka koniec“.
Poszła do starej Lizy, która doiła krowy, zanim je pognała w las. „Czy nie wiesz Lizo, jak długo to jeszcze potrwa, zanim z pewnością będziemy wiedziały, czy dziecko widzi?“
„To potrwa jeszcze osiem do czternastu dni, zanim będzie można powiedzieć z pewnością“, odrzekła stara. Barbara poszła do swej roboty. Gdy wzięła nożyczki, krajała nierówno, gdyż czuła że jej ręka drży. Wkrótce uczuła drżenie w całem ciele, tak że musiała na chwilę przerwać robotę. „Co mi jest, mój Boże? Czyż to możliwe, że cieszę się tak pewnością, że zatrzymam go jeszcze przez kilka tygodni?“
Stara Liza miała ciężką robotę w lesie. Musiała pilnować krów i sama zajmować się mlekiem. Barbara myślała tylko o dziecku i nie pomagała jej w niczem. „Mogłabyś doprawdy co innego robić, niż wciąż wpatrywać się w dziecko“, rzekła stara pewnego dnia, gdy była już ogromnie znużoną.
Barbara wstała i wyszła z chaty. Ale wróciła się z progu. „Później w lecie będziesz miała pomoc“, rzekła, „w tych dniach nie chcę odchodzić od niego“.
Gdy Barbara zaczęła coraz bardziej kochać swego chłopca swego, mówiła sobie w duchu, że najlitościwiej postąpiłaby wobec niego, gdyby wykonała swój poprzedni zamiar. Dziecko było przez cały czas słabe i chorowite. Ledwie rosło i było prawie jeszcze tak drobne, jak kiedy przyszło na świat. Ale najwięcej Barbarę martwiło to, że oczy jego były zawsze opuchnięte i czerwone. Ledwie próbowało podnieść powieki.
Pewnego dnia Liza zaczęła mówić o tem wiele dziecko ma tygodni. „Barbaro, dziś chłopcu właśnie trzy tygodnie“, rzekła.
„Nie“, odpowiedziała Barbara gwałtownie, „jutro dopiero“.
„Czy tak“, rzekła stara, „może się przerachowałam, ale przypominam sobie dokładnie, że urodził się w środę“.
„Zdaje mi się, że mogłabyś mi pozwolić, abym go miała jeden dzień dłużej“, rzekła Barbara.
Gdy stara Liza ubierała się następnego ranka, rzekła do Barbary: „Nie ma paszy tu w pobliżu, muszę pognać krowy dalej w las. Wrócimy dopiero wieczorem“.
Barbara zwróciła się ku niej gwałtownie i zdawało się, że chcę coś mówić, ale zacisnęła wargi i milczała.
„Chciałaś coś powiedzieć?“ zapytała stara. Zdawało jej się, jakby Barbara chciała ją prosić, aby została w domu. Ale Barbara milczała.
Wieczorem stara powracała powoli z bydłem. Popędzała krowy naprzód, które odbiegały w prawo i lewo i zatrzymywały się, gdzie tylko ujrzały zielone miejsce. Liza niecierpliwiła się. Łajała uparte bydlęta. „Nie warto wcale tak się spieszyć, ty stara Lizo“, mówiła do siebie. „Jeszcze dość wcześnie zobaczysz, co cię tam czeka“.
Gdy otwarła drzwi chaty, Barbara trzymała dziecko na kolanach i śpiewała mu. „O Boże, jak późno przychodzisz, Lizo!“ zawołała. „Nie wiem co zrobić; patrz, dziecko dostało wysypki!“ Zbliżyła się i pokazała kilka czerwonych plam na szyi dziecka. Stara Liza stała jeszcze w drzwiach; uderzyła w dłonie ze zdziwienia i zaczęła się śmiać. Barbara spojrzała na nią, z przerażeniem. „Czy ta wysypka nie jest niebezpieczna?“ zapytała.
„Do jutra przejdzie“, rzekła stara i śmiała się wciąż.
Barbara była jeszcze więcej zdziwiona, aż przypomniała sobie, w jakiej trwodze staruszka żyła przez ten cały dzień. „Tak, lepiej byłoby dla nas wszystkich, gdybym to była uczyniła“, rzekła.
„To było zapewne i twojem przekonaniem i dlatego poszłaś dziś na cały dzień“.
„Myślałam w nocy o tem, co mam uczynić“, rzekła stara, „i coś mi szepnęło, że dziecko ustrzeże się samo najlepiej, gdy zostawię je z tobą same“.
Gdy robota wieczorna była gotowa i obydwie udały się na spoczynek, rzekła Liza do Barbary: „Czy teraz jesteś już pewną, że nie zrobisz nic złego dziecku?“
„Tak“, odrzekła Barbara, „jeżeli Bóg da mu zdrowie, ażebym mogła je zatrzymać“.
„A jeżeli będzie ciemne i idyotyczne?“
„Wiem przecie już, że tak jest“ rzekła Barbara. „Ale nie jestem w stanie zrobić mu coś złego. Jakkolwiek jest, cieszę się, że mogę go pielęgnować“.
Stara usiadła na krawędzi łóżka i namyślała się. „Gdy już tak rzeczy stoją, to może napiszesz do Ingmara? rzekła.
„Zdaje mi się, że zależy ci na tem, aby dziecko żyło“, rzekła, „ale jeżeli napiszesz do Ingmara, to nie wiem, co zrobię“.
„Ciekam, czy można inaczej postąpić“, rzekła Liza. „Pierwszy lepszy, który dowie się, że masz dziecko, może napisać do niego i donieść mu o tem“.
Barbara była przerażona. „Chciałabym ukrywać go tak długo, aż Ingmar ożeni się z Gertrudą“.
Stara Liza milczała i myślała długo nad temi słowami. Widziała wyraźnie, że Barbara uwzięła się, aby sprowadzić na siebie nieszczęście, a nie miała odwagi sprzeciwić jej się. „Byłaś bardzo dobrą dla wszystkich ludzi na ingmarowskim dworze“, rzekła nieśmiało, „nie dziw się, że chcięlibyśmy ażebyś została naszą gospodynią“.
„Jeżeli byłam kiedyś dobrą dla ciebie“, odpowiedziała Barbara, „to odwdzięczysz mi się tysiąckrotnie, jeżeli będziesz mi posłuszną w tej sprawie“.
Stało się, jak chciała Barbara i przez całe lato nikt nie dowiedział się o istnieniu dziecka. Gdy ludzie przychodzili do chaty, chowano dziecko do stodoły. Największą troską było dla Barbary, jak to zrobić, aby go ukryć gdy w jesieni będzie musiała wrócić do wsi. Cały dzień o tem myślała.
Ale z każdą godziną kochała dziecko więcej i przez to odzyskała po części dawny spokój duszy. Powoli dziecko nabierało sił, chociaż zawsze jeszcze rosło powoli i nie nabierało ciała. Przez całe lato płakało wciąż, a powieki jego były zawsze zaczerwienione i opuchnięte, tak że ledwie mógł je podnieść. Barbara nie wątpiła ani chwili o tem, że było idyotyczne, a chociaż teraz chciała już aby żyło, to jednak przechodziła z jego przyczyny ciężkie chwile.
Najczęściej działo się to w nocy i wtedy wstawała i przypatrywała się dziecku. Było bardzo brzydkie, miało żółtawą cerę i rzadkie, rudawe włosy. Nos był zbyt krótki, dolna warga zbyt wielka a podczas spania ściągało w ten sposób brwi, że tworzyły się głębokie zmarszczki na czole. Patrząc na dziecko, Barbara myślała, że ma on prawdziwą fizyonomię idioty i płakała całą noc z żalu że syn jej będzie takiem marnem stworzeniem. Ale nad ranem dziecko obudziło się, leżało wypoczęte i wesołe w koszu, który mu służył za kolebkę i wyciągał rączki do Barbary, gdy do niego przemawiała. Wtedy Barbara była znów spokojna i cierpliwa. „Zdaje mi się, że inne matki, które mają zdrowe dzieci, nie kochają ich tak, jak ja kocham to biedne moje“, mówiła do starej Lizy.
Minął czas i lato miało się ku końcowi. Barbara nie doszła jeszcze do decyzyi, jak ma to urządzić, ażeby dziecko po powrocie swym ukryć jeszcze przed ludźmi. Czasami myślała, że nie pozostanie jej nic, jak chyba wyjazd z kraju.
Z początkiem września było pewnego wieczora bardzo ciemno, deszczowo i burzliwie. Barbara i Liza zapaliły ogień w kominie i grzały się przy płomieniu. Barbara miała dziecko na rękach i jak zwykle zastanawiała się nad tem, jak to urządzić, aby Ingmar nie dowiedział się niczego.
„Inaczej powróci do mnie“, myślała. „Nie wiem jak mu to wytłumaczyć, że chcę ciężar mój nosić sama“.
Gdy o tem myślała, otwarły się drzwi chaty niespodziewanie i wszedł wędrowiec.
„Niech będzie pochwalony!u rzekł wchodząc. Szczęście, że znalazłem wasz dom. W tej ciemnej nocy nie mógłbym dojść do wsi; ale przypomniałem sobie że w tej okolicy jest gdzieś chata górska Ingmara.
Człowiek ten był to biedak, który przedtem był wędrownym kramarzem. Teraz nie handlował już, tylko zebrał. Nie był wprawdzie tak zubożałym, aby nie mógł żyć bez odwoływania się do miłosierdzia ludzkiego, ale nie mógł już obejść się bez włóczenia się z dworu do dworu i obnoszenia nowin.
Pierwsza rzecz, którą ujrzał w chacie, było naturalnie dziecko, i był nie mało zdziwiony, gdy je ujrzał.
„Czyje to dziecko?“ zawołał szybko. Obie kobiety milczały przez chwilę potem stara Liza rzekła krótko i stanowczo: „To dziecko Ingmara Ingmarsona“.
Człowiek miał minę bardziej jeszcze zdziwioną. Był także zakłopotany, gdyż oczywiście dowiedział się o czemś, czego nie powinien był wiedzieć. W swem zmieszaniu pochylił się nad dzieckiem. „Ciekaw jestem wiele mieć może taki malec?“ zapytał. Teraz Barbara pospieszyła się z odpowiedzią: „Ma jeden miesiąc“.
Człowiek ów był nieżonaty i nie rozumiał się na dzieciach; nie mógł poznać, że Barbara go oszukuje. Spojrzał na nią z przerażeniem. „Czy doprawdy ma miesiąc?“ zapytał.
„Tak“, odrzekła Barbara tym samym tonem.
Włóczęga zarumienił się i był zakłopotany, mimo że był już dość starym; ale Barbara miała taką minę, jak gdyby ją ta rzecz wcale nie obchodziła. Spostrzegł wprawdzie że stara Liza dawała Barbarze jakieś znaki protestujące, ale ta siedziała z głową dumnie wzniesioną i nie patrzyła na Lizę. „Stara nie lęka się kłamstwa“, myślał, „ale po Barbarze poznać, że uważa się za zbyt dobrą do kłamstwa“.
Następnego ranka uścisnął dobrodusznie rękę Barbary. „Będę milczał“, rzekł.
„Tak, liczę na to“, rzekła Barbara.
„Nigdy nie zrozumię, co cię napadło, Barbaro“, rzekła stara, gdy odszedł: Dlaczego skłamałaś na własną szkodę?“
„Nie miałam innego wyjścia“, odrzekła Barbara.
„Czy sądzisz, że kramarz będzie o tem milczał?“
„Nie chcę wcale, aby milczał“.
„Jakto, więc ludzie mają myśleć, że chłopiec nie jest dzieckiem Ingmara?“
„Tak“, rzekła Barbara, „teraz nie mogę go dłużej ukrywać. Nie zostaje mi więc nic innego, jak rozpuścić tę pogłoskę.
„I tobie się zdaje, że ja zgodzę się na to?“ zapytała stara.
„Musisz się zgodzić, jeżeli nie chcesz, aby taki biedny idyota był spadkobiercą ingmarowskiego dworu.
W połowie września wracają wszyscy, którzy podczas lata byli na halach.
Barbara i Liza sprowadziły się również do dworu Ingmarowskiego i wnet zmiarkowały, że nowina o Barbarze rozeszła się już była po całej wsi. Nie ukrywała się też już wcale z tem, że ma dziecko, ale obawiała się ogromnie, aby je ktoś zobaczył i ukrywała je zawsze u starej Lizy w tylnej komorze gorzelni. Nie mogła znieść myśli, że ktoś mógłby je widzieć i odkryć, że jest chory i że nigdy nie będzie z niego normalny człowiek.
Naturalnie, że przez całą jesień obmawiano i ganiono Barbarę. Ludzie nie zadawali sobie nawet trudu ukrywać się z tem, co myśleli o niej, a Barbara tak się wnet wzdrygała przed nimi, że nie chciała wcale wychodzić z domu. Ale nawet czeladź dworska inaczej się w obec niej zachowywała niż przedtem. Porobcy i dziewki robili złośliwe aluzye, gdy była w blizkości, i trudno jej było uzyskać posłuszeństwo.
Wnet jednak skończyło się to. Odkąd Ingmar bawił w dalekich krajach, mieszkał we dworze Ingmar Silny i rządził jako pan. Pewnego dnia usłyszał, że jeden z parobków dał Barbarze niegrzeczną odpowiedź, wtedy Ingmar Silny dał mu tak silny policzek, że parobek aż się zachwiał i o ścianę oparł. „Jeżeli raz jeszcze usłyszę coś podobnego, to potraktuję cię całą porcyą“, rzekł stary.
Barbara spojrzała z zdziwieniem. „Dziękuję ci“, rzekła.
Zwrócił się ku niej, ale wzrok który na nią, skierował, nie był uprzejmy. „Nie masz mi za co dziękować“, rzekł. „Jak długo jesteś gospodynią na ingmarowskim dworze, będę się starał u to, aby czeladź okazywała ci cześć i szacunek“.
Trochę później w jesieni, nadeszła z Jerozolimy wiadomość że Ingmar i Gertruda wyjechali już. „Być może, że będą już w domu, gdy ten list do was dojdzie“, pisano w liście. Gdy Barbara dowiedziała się o tem, odczuła najpierw wielką ulgę. Teraz była pewną, że Ingmar zgodzi się na rozwód, a gdy będzie wolną nie będzie ani dnia dłużej znosiła brzemię pogardy, które przygniatało ją dotychczas.
Lecz trochę później, w ciągu dnia łzy bezustannie cisnęły jej się do oczu. Serce jej się krajało na myśl, że między nią a Ingmarem wszystko miało być skończone, że miała nastąpić taka pustka dla niej, że odtąd nie mieli mieć nic z sobą wspólnego.

∗             ∗

Pewnego dnia późną jesienią dużo ludzi szło pewnego poranku do budynku szkolnego. Poprzedniego dnia przyjechała Gertruda, a teraz w kuchni matki Stiny ustawiony był duży stół a na nim leżały wszystkie podarunki, które Gertruda przywiozła z Jerozolimy dla ludzi we wsi. Przez, dzieci szkolne dała znać wszystkim w okolicy, którzy mieli krewnych i przyjaciół między kolonistami aby przyszli do szkoły. A teraz przychodzili jeden za drugim, Hök Matts i Per, brat Ljunga Björna i wielu innych. A Gertruda dawała każdemu co było dla niego przeznaczone i opowiadała przytem o Jerozolimie, o kolonii i o wszystkich cudach, jakich koloniści w mieście świętem doznali.
Bo Manson był również obecnym w szkole i pomagał Gertrudzie w opowiadaniu, lecz Ingmara nie widziano. Podczas całej podróży myślał, że to, co Karina opowiadała mu o Barbarze było tylko potwarzą, ale gdy przybył do wsi ojczystej i dowiedział się że to było prawdą, zdawało mu się z początku wprost niemożliwem spojrzeć ludziom w oczy. Pozostawał u rodziców Boa; tam zostawiano go w spokoju, nikt się o niego nie troszczył ani z nim nie mówił.
Około południa jednak zmniejszył się przypływ ludzi do szkoły i przez chwilę Gertruda była sama w kuchni. Wtem weszła słuszna i piękna kobieta do kuchni. „Kto to może być?“ myślała Gertruda. „To dziwne, że jest we wsi ktoś taki, którego nie znam!“
Obca kobieta zbliżyła się do Gertrudy i podała jej rękę. „Przypuszczam że ty jesteś Gertrudą“, rzekła. „Chciałam cię zapytać, czy to prawda, że Ingmar nie ożeni się z tobą?“ Gertruda chciała się już oburzyć, że przychodzi jakaś nieznajoma i pyta się ją tak prosto z mostu o takie rzeczy. Ale nagle przyszło jej na myśl, że to zapewnie jest Barbara, żona Ingmara.
„Nie, Ingmar nie ożeni się ze mną“, rzekła.
Tamta westchnęła i zwróciła się ku drzwiom. „Nie chciałam wierzyć temu, zanim nie słyszałam na własne uszy“.
Barbara myślała też o trudnościach, jakie powstaną dla niej z tej przyczyny. Teraz Ingmar przyjeżdża do domu wolny i zapewne z tą samą miłością dla niej z jaką był odjechał. „Teraz dopiero za nic w świecie nie mogę oświadczyć że to jest jego dziecko“, myślała. „Wiem bowiem, że uważałby się w obec ludzi za nikczemnika, gdyby mnie z chorem dzieckiem porzucił. Prosiłby mnie z pewnością, ażebym dalej została jego żoną, ja zaś nie mogłabym mu odmówić i tak cała nędza zaczęłaby się na nowo. Ale ciężką to będzie dla mnie rzeczą nosić przez całe życie na sobie piętno hańby, na którą nie zasłużyłam“.
Gdy już była w drzwiach, odwróciła się jeszcze do Gertrudy: „Ingmar nie zechce teraz pewnie powrócić do dworu?“ rzekła cichym głosem.
„Może nie wolno mu wrócić, przed dokonanym rozwodem“, rzekła Gertruda.
„Może i bez tego nie chce wrócić do domu“, rzekła Barbara.
Lecz Gertruda szybko zbliżyła się do Barbary. „Teraz mam przekonanie, że ty sama o sobie szerzysz kłamstwa!“ zawołała. „Zawsze to mówiłam, a teraz, gdy cię poznałam, jestem tego pewną“.
„Jakże mogę kłamać?“ rzekła Barbara. Mam przecie dziecko“.
„Niesłusznie postępujesz w obec Ingmara, który tak bardzo tęskni za tobą“, rzekła Gertruda. „Będzie straconym człowiekiem, jeżeli nie powiesz mu prawdy“.
„Nie mam nic do powiedzenia, odpowiedziała Barbara.
Gertruda spojrzała na Barbarę tak, jak gdyby chciała ją zmusić spojrzeniem.
„Czy mogłabyś donieść Ingmarowi pewną wiadomość?“
„Naturalnie, że mogę“.
„Powiedz mu, że Irgmar Silny jest umierający. Niechaj więc przyjdzie, aby się z nim pożegnać; ze mną nie będzie zmuszony spotkać się“.
„Najlepiej byłoby, abyście się spotkali“.
Barbara znów zwróciła się ku drzwiom, ale gdy je otworzyła, odwróciła raz jeszcze głowę. „Wszak nie jest prawdą, że Ingmar ociemniał?“
„Stracił jedno oko, lecz drugie jest teraz zdrowe“.
„Dziękuję ci“, rzekła Barbara. „Cieszę się, że cię widziałam“, dodała, patrząc przyjaźnie na Gertrudę. Potem zamknęła drzwi za sobą i odeszła.
W godzinę później Ingmar był w drodze do ingmarowskiego dworu, aby pożegnać Ingmara Silnego. Nie szedł szybko, widocznem było, że każdy krok był dla niego trudnym.
W pewnym oddaleniu stała mała uboga chata przy drodze. Ingmar z daleka jeszcze widział wychodzącego mężczyznę z kobietą i zdawało mu się, że kobieta wciskała coś w rękę mężczyźnie. Potem wyszła na ulicę i szła szybko ku ingmarowskiemu dworowi.
Gdy Ingmar przechodził koło chaty człowiek stał jaszcze na progu. Obracał w ręku kilka srebrnych monet. Ingmar poznał teraz Stiga Börjesona.
Stig spojrzał dopiero, gdy Ingmar minął już chatę. Zawołał za nim: „Czekaj Ingmarze, czekaj! Zaczekaj, mówię ci, mam ci coś do powiedzenia!“ Wybiegł na ulicę, ale gdy Ingmar szedł dalej nie oglądając się, zaczął się irytować!
„Tak uciekaj tylko“, zawołał, „chciałem ci coś powiedzieć, coby cię ucieszyło!“
Po kilku chwilach Ingmar doszedł do kobiety, która właśnie pożegnała się była ze Stigiem. Było jej widocznie spieszno, gdyż szła bardzo szybko. Gdy słyszała za sobą kroki, sądziła, że to Stig i rzekła nie odwracając się: „Musisz się zadowolić tem, co ci dałam; nie mam więcej“. — Ingmar nie powiedział nic, lecz szedł prędzej. — Na drugi tydzień dostaniesz więcej, jeżeli tylko nie powiesz nic Ingmarowi“, mówiła dalej. W tej chwili Ingmar położył jej rękę na ramieniu. Wyrwała się i odwróciła się z gniewnem spojrzeniem.
Gdy spostrzegła że to nie był Stig lecz Ingmar, klasnęła w ręce, jakby z radosnego zdziwienia. Ale gdy oczy Ingmara ją spotkały, podniosło się ramię jego w górę, a czoło zmarszczyło się groźnie i wyglądał tak, jak gdyby miał ogromną ochotę powalić ją na ziemię.
Barbara nie ulękła się, przez chwilę patrzyła mu spokojnie w oczy, potem cofnęła się zwolna.
„O nie, Ingmarze“, rzekła, „nie unieszczęśliwiaj się z mojej przyczyny“.
Ingmar opuścił ramię. „Przepraszam cię“, rzekł sztywnie i chłodno. „Ale nie mogłem znieść tego, aby cię widzieć w towarzystwie tego Stiga“.
Barbara odrzekła cichym głosem: „Wierzaj mi, że byłabym wdzięczna każdemu, któryby mnie uwolnił od życia“.
Nie mówiąc ani słowa, Ingmar przeszedł na drugą stronę ulicy i szedł milcząco. Barbara również milczała. Łzy stanęły jej w oczach. „Ach, nawet mówić ze mną nie chce, po tak długiem niewidzeniu się! Ach dlczego oboje jesteśmy tak nieszczęśliwi!“
„Lepiej byłoby pewnie, gdybym powiedziała prawdę“, przeszło jej przez myśl. „Nie mogę znieść tego, by mną gardził. Lepiej będzie, jeżeli powiem mu prawdę, a potem zabiję się“.
Nagle zaczęła mówić. „Nie pytasz wcale, jak rzecz stoi z Ingmarem Silnym?“ rzekła.
„Przyjdę jeszcze dość wcześnie, abym mógł sam się przekonać, rzekł Ingmar mrukliwie.
„Przyszedł dziś rano do mnie, mówiła Barbara, „i opowiadał mi, że tej nocy otrzymał poselstwo iż dziś umrze“.
„Czyż nie jest chorym?“ zapytał Ingmar.
„Miał przez cały rok silne rwanie członków, i skarżył się wciąż, że ty nie powracasz i dlatego nic może umierać. Mówił że nie może zejść ze świata zanim ty nie wrócisz z pielgrzymki“.
„Ale czy dziś nie jest bardziej chorym niż był?“
„Nie, nie jest bardziej chorym, ale jest silnie przekonanym, że umrze, i położył się na łóżko w izdebce. Przedsięwziął sobie, że musi zupełnie tak samo umierać, jak twój ojciec i musieliśmy posłać po księdza i po doktora, bo oni byli również u łoża Ingmara Wielkiego. Żądał też tej kapy wspaniałej, którą przykryty był Ingmar wielki, ale nie było jej już we dworze. Sprzedano ją na licytacyi“.
„Tak, przy licytacyi sprzedano wiele rzeczy“, wtrącił Ingmar.
„Jedna z dziewek wspomniała, że Stig Börjeson kupował tę kapę, chciałam więc spróbować odkupić ją, aby spełnić życzenie Ingmara Silnego. I rzeczywiście udało mi się. Oto ją mam“, dodała, wskazując na pakiet który miała w ręku.
„Byłaś zawsze dobrą dla starych ludzi“, rzekł Ingmar. Głos jego był ostry i twardy chociaż słowa uprzejme. Nie powiedział nic więcej i znów zapanowało między nimi milczenie. Tęsknym wzrokiem spoglądała Barbara na drogę przed sobą. „Strasznie jeszcze daleko“, myślała. „Mamy jeszcze przynajmniej pól godziny drogi, i przez ten czas muszę patrzyć na to jak jest nieszczęśliwym. I nie mogę mu pomódz. Byłoby jeszcze gorzej, gdybym mu powiedziała prawdę. Wtedy chciałby znów moje życie połączyć ze swojem. Ale nigdy w życiu jeszcze nie przeszłam tak strasznej godziny!“
Usiłowała iść szybko, ale mimoto, zdawało się obojgu, że bardzo powoli poruszają się naprzód. Ciężkie myśli zawisły na nich i powstrzymywały ich w chodzie.
Nakoniec doszli do sztachetowej bramy podwórza. Tu Ingmar stanął przed Barbarą.
„Muszę skorzystać z sposobności i zapytać cię o coś“, rzekł. „Bo jeżeli nie zgodzisz się na to, to nie spotkamy się już nigdy w życiu. Chciałem ci zaproponować, abyśmy cofnęli podanie o rozwód““.
Ingmara głos brzmiał zimno, a oczy jego nie patrzyły na Barbarę, lecz na stary dwór, leżący przed nim. Kiwał głową do budynków, gdyż zdawało mu się, iż one z otworów na dachu i z niskich okien spoglądają na niego zamyślone. „Tak teraz zwróciły oczy na mnie“, szepnął. „Chcą przecie wiedzieć^ czy nauczyłem się nareszcie kroczyć Bożemi drogami!“
„Myślałem dzisiejszego dnia dużo o przyszłości“, rzekł Ingmar głośno. „Nie mogę dać zginąć takiemu człowiekowi jak Barbara, myślałem sobie. Muszę opiekować się nią, ale zwyczajnym sposobem, mężem i żoną nie możemy być. Chciałem więc zapytać cię, czy nie miałabyś ochoty wyjechać ze mną do Jerozolimy a tam oboje wstąpilibyśmy do kolonii. Ludzie są tam dobrzy i wiele jest naszych, tak że wnet oswoiłabyś się“. Zatrzymał się na chwilę, aby usłyszeć co mu odpowie.
„Więc chciałbyś z mojej przyczyny porzucić dwór?“
„Chcę tylko to uczynić, co jest słuszne“. Ingmar mówił tonem tak rubasznym, że o mało nie zlodowaciała.
„Straciłeś tam już oko, i słyszałam, że musiałeś powrócić do domu, ażeby nie ociemnieć“.
„Oto nie należy nam się troszczyć“, rzekł Ingmar „Wszystko dobrze się kończy, jeżeli ludzie tylko czynią to, co słuszne“.
Barbarze znów zdawało się, że sama litość nakazywałaby jej powiedzieć mu prawdę. W duszy jej wszczęła się gorąca walka, zdobyła się jednak na siłę i milczała. „Nie, nie mogę sprowadzić na niego takiego nieszczęścia“, myślała. „Najlepiej będzie jeżeli drogi nasze się rozdzielą, inaczej wiem, że będę musiała zabić się“.
Gdy milczała, rzekł Ingmar: „Więc będziemy musieli pożegnać się na długo“, Barbaro.
„Tak“, odpowiedziała; podała mu rękę, a on przyjął ją. Gdy ją trzymał w swej dłoni przeszło drżenie przez ciało jego. Przez chwilę zdawało się, jak gdyby chciał Barbarę gwałtownie przycisnąć do serca.
Lecz ona rzekła: „Pójdę i powiem Ingmarowi Silnemu, że przybyłeś“.
„Tak idź“, odrzekł Ingmar rubasznie i puścił jej rękę.

∗             ∗

Ingmar Silny leżał w izdebce swej na łóżku. Nie miał bólu, lecz serce uderzało słabo, a oddech stawał się z każdą chwilą cięższy. „Tak, wiem to z całą pewnością, że umrę dziś“, myślał w duszy.
Jak długo był sam, miał przy sobie skrzypce. Od czasu do czasu poruszał z cicha struną i zdawało mu się że słyszy całe melodye i pieśni. Gdy przyszedł lekarz i ksiądz, położył skrzypce na bok i opowiadał im o cudownych rzeczach, które go w życiu spotkały. Obracało się to głównie około Ingmara Wielkiego i duchów leśnych, które przez długi czas żyły z nim przyjaźnie. Ale odkąd Hellgum ściął krzak róży przed jego chatą, nie wiodło mu się już tak dobrze na świecie. Duchy leśne przestały się nim opiekować, i spadały nań rozmaite nieszczęścia. „Może mi ksiądz proboszcz wierzyć, że ucieszyłem się szczerze, gdy tej nocy przyszedł do mnie Ingmar Wielki i powiedział mi, że nie potrzebuję już dłużej czuwać nad jego dworem, i mogę iść na spoczynek.
Ingmar Silny był w bardzo uroczystym nastroju i widocznem było, że wierzył silnie w swoją śmierć. Ksiądz odezwał się wprawdzie, że nie wygląda wcale na chorego, ale lekarz, po opukaniu go i zbadaniu serca rzekł poważnie: „Nie, nie, Ingmar Silny wie co mówi. Nie daremnie oczekuje śmierci“.
Gdy weszła Barbara i rozpostarła piękną kapę na łóżku, zbladł cokolwiek. „Teraz już zbliża się koniec“, rzekł, gładząc rękę Barbary. „Dziękuję ci to i za wszystko inne. I proszę cię, abyś mi przebaczyła, że byłem w ostatnim czasie tak przykrym dla ciebie“. Barbara łkała. W sercu jej nagromadziło się tyle smutku, że na płacz zbierało jej się bardzo łatwo. Raz jeszcze stary pogładził jej rękę i podroczył się z nią, że płacze. „Nie płacz, Ingmar wnet już będzie z nami“, rzekł.
„Jest już tu“, powiedziała Barbara. „Miałam wejść pierwej i zapowiedzieć jego przybycie“.
Gdy Ingmar wszedł, stary podźwignął się mozolnie na łóżku i wyciągnął do niego rękę. „Pozdrawiam cię w domu!“ rzekł.
Ingmar zasmucił się widząc go. „Nie spodziewałem się, że zadasz mi ten ból, i położysz się w dzień mego powrotu, aby umrzeć“, rzekł.
„Nie gań mnie zato“, mówił stary usprawiedliwiając się niejako. „Przypominasz sobie przecie, że Ingmar Wielki przyrzekł mi, iż będę mógł przyjść do niego, skoro ty powrócisz z pielgrzymki?“
Ingmar usiadł na krawędzi łóżka. Stary gładził mu rękę, ale długo nie mówił ani słowa. Widocznem było, że śmierć nadchodzi. Był coraz bledszy a oddech wydawał się już jak stłumione syczenie.
Barbara wkrótce wyszła z pokoju a wtedy zaczął stary wypytywać Ingmara. „Czy dobry miałeś powrót?“ zapytał, patrząc przytem bystro na niego.
„Tak“, odpowiedział Ingmar, pieszcząc go ręką, „miałem dobrą podróż“.
„Tu opowiadano, że przywieziesz z sobą Gertrudę?“
„Tak, przyjechała istotnie i wychodzi za mąż za mego kuzyna Boa Mansona“.
„Czy jesteś z tego zadowolony Ingmarze?“
„O tak, zupełnie zadowolony“, odrzekł Ingmar stanowczym głosem.
Stary spojrzał na niego badawczo; potrząsnął głową. „Wydawało mu się to niezrozumiałem. „Co z twojem okiem?“ zapytał.
„Straciłem je w Jerozolimie“, odrzekł Ingmar szybko.
„Czy i z tego jesteś zadowolony?“ zapytał stary.
„Wiesz przecie Ingmarze Silny, że Pan Bóg żąda czegoś na zastaw, jeżeli chce kogoś obdarzyć wielkiem szczęściem.
„Czy obdarzył cię wielkiem szczęściem?“
„Tak“, rzekł Ingmar, „pozwolił mi naprawić, to co złe zrobiłem“.
Umierający zaczął rzucać się niespokojnie w jedną i w drugą stronę.
„Czy cię coś boli?“ zapytał Ingmar.
„Nie, lecz jestem niespokojny“.
„Powiedz mi co ci jest“.
„Czy ty nie okłamujesz mnie przypadkiem, abym miał spokojną podróż?“ zapytał stary bardzo czule. Ingmar był do głębi wzruszony. Stracił swój spokój i wybuchł płaczem. „Powiedz mi lepiej prawdę“, błagał stary.
Ingmar uspokoił się natychmiast. „Wolno mi przecie płakać, gdy tracę takiego jak ty przyjaciela“.
Stary był tezaz zupełnie bezradny i zimny pot wystąpił mu na czoło. „Tak niedawno wróciłeś do domu Ingmarze“, rzekł nakoniec, „że nie wiem czy już słyszałeś, co zaszło we dworze.
„O tak“, rzekł Ingmar, „to o czem myślisz, słyszałem jeszcze w Jerozolimie“.
„Powinienm był lepiej strzedz twojej własności Ingmarze“.
„Powiem ci Ingmarze Silny, że niesłusznie czynisz, jeżeli Barbarę posądzasz o coś złego“.
„Niesłusznie czynię?“ zapytał stary.
„Tak“, odrzekł Ingmar silniejszym jeszcze głosem. „Dobrze, że wróciłem, i że ma kogoś aby ją bronił“.
Ingmar Silny chciał coś odpowiedzieć, ale Barbara, która w sali przygotowywała dla gości kawę, słyszała przez wpółotwarte drzwi całą rozmowę. Weszła teraz szybko do izdebki i zbliżyła się do Ingmara, jak gdyby chciała mu coś powiedzieć. Ale w ostatniej chwili namyśliła się; pochyliła się nad staruszkiem zapytała jak się czuje.
„Lepiej mi, odkąd mówiłem z Ingmarem“, odrzekł.
„O tak, z nim dobrze mówić“, rzekła cichym głosem, odchodząc i siadając przy oknie.
Teraz nikt już nie wątpił o tem, że Ingmar Silny gotuje się do odejścia. Leżał z zamkniętemi oczymi z złożonemi rękami. Wszyscy zachowywali się cicho, aby mu nie przeszkadzać.
Ale myśli Ingmara silnego powracały wciąż do dnia, kiedy umarł Ingmar Wielki. Widział przed sobą izbę jak wyglądała, gdy przyszedł pożegnać się z nim. Potem przypomniał sobie dzieci, które pan jego uratował i które siedziały na jego łóżku gdy umierał. Gdy o tem myślał, był bardzo wzruszony. „Widzisz Ingmarze wielki, tyś miał przecie jeszcze lepiej odemnie, szepnął, gdyż wiedział, że przyjaciel jego młodości był w tej chwili nie daleko Od niego. „Ksiądz i doktór są przy mnie, i jestem nakryty twoją kapą, ale nie ma małego dziecka, ktreby siedzieć mógł u stóp moich na łóżku“.
Ledwie to powiedział, usłyszał że ktoś mówi: „Jest tu we dworze dziecko, któremu mógłbyś w godzinie twej śmierci wielkie dobrodziejstwo wyrządzić“.
Gdy to usłyszał Ingmar Silny, zaczął się uśmiechać. Zdawało się, że zrozumiał teraz, co ma uczynić. Zaczął więc głosem słabym już, ale jeszcze wyraźnym biadać nad tem, że ksiądz i doktór muszą tak długo czekać na jego śmierć. „Ale kiedy ksiądz proboszcz jest już obecny“, rzekł, chciałbym uwiadomić go o tem, że jest w tym domu dziecko nieochrzczone, i chciałby zapytać, czy ksiądz proboszcz nie zechciałby ochrzcić go podczas, gdy tu czeka na mnie?“
Było już poprzednio cicho w pokoju ale po tych słowach zrobiło się jeszcze ciszej. W tem ksiądz, rzekł: Dobrą myśl miałeś, Ingmarze Silny. Powinniśmy byli uczynić to już dawno“.
Barbara była przerażona. „O nie“, rzekła „teraz nie czas po temu“. Dawno już myślała o tem, że gdy przyjdzie jej chrzcić dziecko, będzie zmuszoną powiedzieć, kto jest jego ojcem, i dlatego odkładała tak długo chrzest. „Gdy będę już prawnie rozwiedzioną, dam go ochrzcić“, myślała sobie. Teraz zaś była tak przestraszona, że nie wiedziała jak wybrnąć.
„Mogłabyś mi zrobić tę uciechę, abym w mojej ostatniej godzinie wyrządzić mógł komuś dobrodziejstwo“, rzekł Ingmar Silny, powtarzając słowa, które zdawało mu się, że słyszał.
„Nie, to być nie może“, rzekła Barbara.
Ale teraz i doktór wstawił się Ingmarem Silnym, „Jestem przekonany, że Ingmar Silny przez chwilę miałby lżejszy oddech, gdyby myślał o czemś innem, niż o zbliżającej się śmierci“.
Barbarze zdawało się, że ją skuto w kajdany, gdy proszono ją o to w pokoju, gdzie leżał człowiek umierający.
Rzekła tonem cichej skargi. „Czy pan nie rozumie, że to być nie może?
Teraz ksiądz zbliżył się do Barbary i rzeki z powagą: „Wiesz dobrze Barbaro, że dziecko musi być ochrzczone“.
„Tak, ale dziś to niemożliwe szepnęła“. „Jutro przyjdę z dzieckiem na plebanię. Nie można go przecie chrzcić teraz, Gdy Ingmar Silny jest umierający“.
„Widzisz przecie, że Ingmarowi Silnemu sprawiłabyś tem uciechę“, odpowiedział ksiądz. Dotychczas Ingmar siedział cicho nie mieszając się do rozmowy. Był ogromnie wzburzony, gdy widział iż Barbara była tak upokorzona i nieszczęśliwa. „Strasznie ciężkie to przejście, dla tak dumnej jak ona osoby“, myślał w duszy. Nie mógł wprost znieść tego, ażeby ta, którą kochał i szanował nadewszystko była narażona na taka hańbę.
„Porzuć tę myśl, Ingmarze Silny“, rzekł, „Jest to zbyt przykre dla Barbary“.
„Ułatwimy jej to, niech tylko przyniesie dziecko“, rzekł ksiądz. „Może, to co potrzeba napisać na karteczce, a ja to później w domu zapiszę do księgi kościelnej“.
„O nie, o nie to niemożliwe! zawołała Barbara, natężając myśl aby wynaleść coś dla odłożęnia chrztu“.
Lecz Ingmar Silny podniósł się na łóżku i rzeki z wielkim naciskiem: „Będziesz tego przez całe życie żałował, Ingmarze jeżeli nie urządzisz tak, aby ostatnie moje życzenie zostało spełnione“.
Wtedy Ingmar wstał szybko. Zbliżył się do Barbary i pochyliwszy się nad nią szepnął:„Wiesz przecie, że kobieta zamężna nie potrzebuje podawać innego nazwiska, jak swego męża“. I dodał głośno: „Każę zaraz przynieść tu dziecko. Spojrzał na Barbarę. Ona zadrżała, lecz nie powiedziała ani słowa. „Zdaje mi się, że jest bliską obłąkania“, myślał Ingmar.
Wyszedł i wnet były przygotowania do chrztu skończone, z torby podróżnej, którą ksiądz zawsze miał przy sobie wyjęto sutannę i książkę do modlenia i przyniesiono miseczkę z wodą. Potem stara Liza weszła z dzieckiem.
Ksiądz zapiął sutannę. Przedewstkiem muszę wiedzieć, jakie imię mam dać dziecku“, rzekł.
„Barbara sama oznaczy imię“, zaproponował doktór.
Wszyscy spojrzeli na Barbarę; poruszyła wargami, ale nie wydała tonu; wszyscy czekali daremnie.
Widząc to Ingmar pomyślał: „Myśli pewnie o tem, jakie imię miałby jej syn, gdyby wszystko było w porządku. Ze wstydu nie może mówić“. Miał taką litość za nią, że znikł cały gniew do niej i opanowała go zupełnie miłość. „Dziecko jej może przecie nazywać się Ingmarem“, myślał dalej. „Co mi to szkodzi? Tak czy tak rozłączymy się. Najlepiej byłoby, gdyby można wmówić ludziom, że dziecko jest moje, aby odzyskało swe dobra i swój honor“.
Nie chciał jednak wprost powiedzieć tego, lecz znalazł wybieg. „Ponieważ Ingmar Silny zarządził ten chrzest, więc sądzę, że powinniśmy dziecko nazwać Ingmarem“. Spojrzał na żonę swą, mówiąc to, aby wiedzieć, czy rozumiała jego zamiar.
Ale ledwie Ingmar przestał mówić, gdy Barbara odezwała się. Postąpiła zwolna naprzód, aż stanęła przed księdzem i rzekła stanowczym głosem „Ingmar jest dla mnie tak dobrym, że nie mogę już żadną miarą dręczyć go dłużej, lecz oświadczam, że dziecko do niego należy, ale nie może nazywać się Ingmarem, ponieważ jest ślepe i idyotyczne“.
Gdy to mówiła, czuła ogromne rozgoryczenie, że wyrwano jej tajemnicę od której życie jej zależało. Wybuchła gwałtownym płaczem, a czując, iż nie umie się opanować, wybiegła z pokoju, aby nie przeszkadzać umierającemu.
W sąsiedniej sali pochyliła się nad dużym stołem i gorzko płakała. Po chwili podniosła głowę i słuchała co się dzieje w izdebce. Ktoś mówił tam cichym głosem. To stara Liza opowiadała, jak im się wiodło w chacie górskiej.
Barbara znów czuła całą gorycz z powodu zdradzonej tajemnicy i znów wybuchła płaczem. Jakaż to moc zmusiła ją mówić właśnie w chwili, gdy Ingmar wszystko tak dobrze urządził, że mogła jeszcze milczeć przez parę tygodni aż do dokonania rozwodu. „Teraz muszę się zabić“, myślała, „oto ostatnia moja godzina“.
Potem znów podsłuchiwała. Teraz ksiądz odczytywał formułkę chrztu. Mówił tak wyraźnie, że słyszała każde słowo. Nakoniec doszedł do imienia. Wymówił go jeszcze głośniej niż wszystko inne. Słyszała imię Ingmar.
Gdy to usłyszała, zaczęła w uczuciu swej niemocy na nowo płakać.
Wkrótce otwarły się drzwi i wszedł Ingmar. Zbliżył się do niej i zmusił ją podnieść głowę. „Wiesz przecie, że między nami wszystko tak musi zostać, jak postanowiliśmy przed wyjazdem twoim“, rzekła.
Ingmar gładził łagodnie jej włosy. „Nie chcę cię zmuszać do niczego*, rzekł. „Po tem co teraz uczyniłaś, wiem przecie, że kochasz mię więcej, niż owe życie“.
Barbara ujęła silnie jego rękę. „Czy przyrzekasz mi, że będę sama pielęgnowała dziecko?
„Tak“, odrzekł Ingmar a uczynisz co zechcesz. Stara Liza opowiedziała mi, jak walczyłaś o dziecko. Nikt nie miałby serca zabrać ci go“.
Spojrzała na niego z zdziwieniem. Nie mogła pojąć, że wszystko to, czego się lękała rozpłynęło się w nicość!... „Myślałam, że nie zechcesz ustąpić, gdy dowiesz się o prawdzie“ rzekła. „Ale nie masz pojęcia, jak ci jestem wdzięczną. Taka zadowolona jestem, że rozchodzimy się przyjaźnie, i będziemy mogli rozmawiać ze sobą spokojnie, gdy się spotkamy“.
Uśmiech przeleciał przez twarz Ingmara. „Myślę wciąż o tem, czy nie chciałabyś przecie wyjechać ze mną do Jerozolimy? zapytał.
Gdy Barbara spostrzegła, że Ingmar się uśmiecha, spojrzała nań uważnie. Nigdy jeszcze nie widziała Ingmara takim. Zdawało jej się, jakby coś opromieniało jego grube rysy, tak że był prawie pięknym. „Co ci jest Ingmarze?“ zapytała. „Jakie masz plany? Słyszałam że dałeś dziecku imię Ingmar. Jaki miałeś przy tem zamiar?
„Powiem ci coś dziwnego Barbaro“, rzekł Ingmar i ujął ją za obie ręce. Gdy stara Liza opowiedziała nam co zaszło w lesie, poprosiłem doktora aby zbadał dziecko. I doktór twierdzi, że mu nic nie brakuje. Powiada, że jest trochę drobne na swój wiek, ale zresztą zupełnie zdrowe i ma wszystkie zmysły, jak każde inne dziecko.
„Czy doktór nie powiedział, że jest brzydkie i wygląda dziwnie?“ zapytała Barbara prawie bez tchu“.
„Zdaje mi się że w naszym rodzie wszystkie małe dzieci są takie“.
„A czy nie sądzi, że jest ślepe?“
„Doktór będzie się wyśmiewał przez całe życie, że wmawiałaś w sobie coś podobnego, Barbaro. Mówi, że przyśle ci wodę do ócz, którą masz mu przemywać oczy; i za osiem dni będzie miał zupełnie zdrowe oczy“.
Barbara spiesznie zwróciła się ku izdebce, ale Ingmar wstrzymał ją.
„Nie możesz teraz dostać dziecka, rzekł“. „Ingmar Silny prosił, abym mu je położył na łóżko. Mówi, że teraz ma już to samo, co ojciec miał. Nie chce już przed śmiercią rozłączyć się z dzieckiem“.
„Nie, nie chcę zabrać mu dziecka“, rzekła Barbara „chcę tylko mówić z doktorem“.
Gdy wróciła, przeszła obok Ingmara i stanęła przy oknie, „Mówiłam z doktorem i wiem teraz, że to prawda“. Podniosła w górę ramiona jak schwytany ptak, który odzyskawszy wolność rozwija swe skrzydła. „O Ingmarze, nie wiesz, co znaczy nieszczęście!“ rzekła, „nikt tego nie wie, tak dobrze, jak ja!“
„Barbaro“, rzekł Ingmar, „czy mogę teraz mówić z tobą o naszej przyszłości?“ Lecz ona go nie słuchała. Złożyła ręce i dziękowała Bogu. Mówiła cichym, wzruszonym głosem, ale Ingmar słyszał dobrze.
Cały ból, jaki wycierpiała, z powodu swego nieszczęśliwego dziecka, powierzyła teraz Bogu i dziękowała mu, że dziecko będzie takie, jak inne dzieci, że będzie skakało i bawiło się i widziało, i będzie mogło chodzić do szkoły, i uczyć się czytać, i wyrośnie na silnego młodzieńca, który potrafi wywijać siekierą i kierować pługiem, że kiedyś zdobędzie żonę i zamieszka jako pan w starym dworze ingmarowskim.
Gdy podziękowała w ten sposób Bogu, przystąpiła do Ingmara i rzekła z błyszczącemi oczami: „Teraz wiem, dlaczego ludzie mówią, że Ingmarowie to najlepsi ludzi we wsi“.
„To stąd pochodzi, że Bóg ma z nami większe zlitowanie, niż z innymi“, odrzekł Ingmar. „Ale teraz Barbaro, obciąłbym...“
Ale Barbara przerwała mu.
„Nie, to stąd pochodzi, że wy nie macie spokoju, dopóty, dokąd nie przeprosiliście się z Bogiem“, rzekła. „Niech Bóg broni, coby się było stało z mojem dzieckiem, gdybyś ty nie był jego ojcem!“
„O, nie wiele mogłem pomódz dziecku! rzekł Ingmar.
„Przez ciebie Bóg raczył zdjąć zeń klątwę“, rzekła Barbara z uczuciem. „Dlatego odbyłeś pielgrzymkę, która tak dobrze się skończyła. Jedyna rzecz, która w ciągu zimy podtrzymywała mnie, to nadzieja, że Bóg będzie łaskaw dla ciebie i dla dziecka, ponieważ pojechałeś do Jerozolimy!
Ingmar spuścił głowę. „Wiem tylko, że byłem przez całe życie biednym człowiekiem“, rzekł i wyglądał przy tern taki przygnębiony, jak przedtem.
„Czy wiesz, o czem tam mówiono przed chwilą w izdebce?“ zapytała. „Ksiądz mówił że odtąd ludzie będą cię zwali Igmarem Wielkim, ponieważ jesteś w takich łaskach u Boga, że przez ciebie zdjął klątwę, która spoczywała na mojej rodzinie“.
Siedzieli obok siebie na ławce wmurowanej w ścianie. Kobieta tuliła się do Igmara, ale ramię jego wisiało bezwładnie a twarz sposępniała.
„Zdaje mi się, że gniewasz się na mnie, rzekła Barbara. „Myślisz pewnie o tem, jak przykrą i nieprzyjemną byłam dla ciebie, gdyśmy się spotkali na ulicy. Ale wiedz o tem, że nigdy w życiu nie przeszłam gorszej godziny.“
„Nie mogę być zadowolony“, rzekł Ingmar, „ponieważ nie wiem jeszcze wcale, jak z nami będzie. Mówisz mi teraz tyle przyjemnych rzeczy, ale nie odpowiadasz mi na pytanie, czy chcesz zostać przy mnie jako moja żona!
„Czy nie powiedziałam ci jeszcze tego?“ zapytała Barbara zdziwiona i zaśmiała się. Lecz w tejże chwili ogarnęła ją, dawna trwoga i zadrżała. Ale potem obejrzała się dokoła; objęła wzrokiem całą izbę, szerokie nizko osadzone okno, wmurowane ławki i komin, przed którym przy blasku torfowego ognia pokolenia siedziały przy pracy. Wszystko to napawało ją pewnością. Czuła, że wszystko to będzie ją chroniło i strzegło.
„Nigdy nie będę żyła gdzie indziej, jak w twoim domu i pod twoim dachem“ rzekła.
Wkrótce ksiądz otworzył drzwi izdebki i skinął na nich, aby weszli.
„Teraz Ingmar — Silny patrzy w otwarte niebiosa“, rzekł, gdy przechodzili obok niego.

Koniec.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Felicja Nossig.