Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Nie, nie mogę umknąć, bo wszyscy poznaliby wnet, że nie jestem krajowcem, właśnie muszę stanąć i słuchać, jak gdybym chciał się dowiedzieć o co rzecz idzie“.
„I na cóż ci się to przyda, skoro nie rozumiesz co mówią?“
„O tyle już rozumię, że jest mowa o człowieku, który coś skradł“.
„Gdy nareszcie wszyscy zrozumieli, że już złodzieja więcej nie ujrzą, rozchodzi się tłum i mogę iść dalej. Muszę teraz przejść jeszcze przez ciemną bramę, poczem jestem już na placu przed świątynią. Ale jestem przekonany, że gdy omijam właśnie ostrożnie małe dziecko, śpiące na ulicy jakiś smarkacz podstawi mi nogę, tak że potknę się i wyrwie mi się nagle szwedzkie przekleństwo. Przestraszony, spoglądam na dzieci, czy też niczego nie zauważyły. Lecz widzę, że leżą obojętnie na ziemi i tarzają się w błocie, jak przedtem“.
Ręka Gertrudy leżała jeszcze na ręce Boa, który z tego powodu wpadł wprost w zuchwały humor i czuł, że dla przypodobania się jej mógłby mówić i robić niestworzone rzeczy; zdawało mu się, jak gdyby dziecku opowiadał bajkę i bawiło go to, że opowiadanie swe mógł przeplatać najrozmaitszemu awanturami. „Muszę teraz całą historyę zrobić z tej wyprawy“, pomyślał, „ponieważ