Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gertrudę widocznie to cieszy, a później znajdę już jakiś sposób zboczenia z drogi“.
„Przychodzę więc na wielki plac przed świątynią i stoję w samem słońcu“, mówił dalej, „ale powiadam ci, że w pierwszej chwili zapominam o wszystkiem, o sobie, o studni i o wodzie, po którą idę“.
„Cóż to dla Boga stało się takiego?“ pyta Gertruda uśmiechając się doń.
„Nic się nie stało“, odrzekł Bo z zupełnym spokojem, „tylko że nagle jest przedemną wszystko tak jasne i piękne i spokojne w porównaniu z czarnem miastem, z którego przyszedłem, że nie mogę iść dalej, lecz muszę zatrzymać się i patrzyć dokoła siebie. I właśnie widzę przed sobą piękną moszeę Omara na wzgórzu wpośród placu i wiele pawilonów i bram i stopni i pięknych murowanych studni dokoła. A potem tyle wspomnień! Jeźli pomyślę, że stoję na starym placu żydowskiej świątyni, pragnę, ażeby dwie płyty kamienne pokrywające ziemię mogły przemówić i opowiedziały, co się tu działo!“
„Ale może to niebezpiecznie, że stoisz tu i patrzysz z takiem zdziwieniem“, rzekła chora.
„Gertruda chciałaby pewnie, abym rychło z tą wodą powrócił“, pomyślał Bo, „dziwne to, z jakiem przejęciem mówi o tem, tak jakby są-