Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dziła, że jestem doprawdy w drodze do rajskiej studni“.
W rzeczywistości jednak, Bo znajdował się w podobnym stanie umysłu, opowiadał teraz z takim zapałem, że widział przed sobą cały plac w świątyni i mówił o swych przygodach, jak gdyby mu się w istocie zdarzyły.
„O, nie zatrzymuję się tam długo“, rzekł, „lecz mijam moszeę Omara i wielkie ciemne cy prysy z południowej strony, oraz wielki basen wodny o którym powiadają, że jest to miedziane morze świątyni Salomona. I gdzie tylko przychodzę, wszędzie leżą ludzie wyciągnięci na płytach kamiennych i smażą się w świetle słonecznem. Tu bawią się dzieci, tam śpią leniuchy, a derwisz jakiś siedzi na ziemi otoczony swymi uczniami. Mówiąc, przegina wciąż ciało wprzód i w tył a patrząc nań myślę mimowoli: Tak z pewnością siedział tu Zbawiciel na placu świątyni i uczył. Gdy o tem myślę, Derwisz podnosi głowę i przypatruje mi się. Zrozumiesz, że czuję przestrach, bo ma wielkie czarne oczy, które wnikają aż do głębi duszy“.
„Oby tylko nie poznał, że nie jesteś prawdziwym woziwodą“ rzekła Gertruda.
„O nie, zdaje się, że nie jest wcale zdziwiony moim widokiem, ale wkrótce przechodzę obok kilku prawdziwych wodziarzy, stojących przy studni i wyciągających wiadra. Wołają mnie, odwracam