Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Bo milczał przez chwilę, ale wciąż myślał o tem, co słyszał. „Mógłbym się przebrać za Mohametanina“, rzekł w końcu.
„Nie, nie myśl nawet o tem“, rzekła Gertruda, „to bardzo nierozumnie z twej strony“.
Ale Bo nie chciał porzucić planu. „Pomówię z starym szewcem, który mieszka tam na dole i robi nam trzewiki, on pożyczy mi może ubranie“, rzekł.
Gertruda leżała cicho i rozmyślała. „Czy szewc siedzi dziś?“ zapytała.
„Tak“, odrzekł Bo.
„Ach, wiem, że nic z tego nie będzie“, westchnęła Gertruda.
„Myślę, że spróbuję może zrobić to dziś popołudniu, gdy nie będzie już niebezpieczeństwa dostania udaru słonecznego“, rzekł Bo.
„Czy ty jednak nie boisz się strasznie? Pamiętaj o tem, że Mohametanie zabiliby cię, gdyby poznali, że jesteś chrześcijaninem“.
„Ach, nie będę się lękał niczego, skoro tylko będę dobrze przebrany, z czerwonym fezem i białym turbanem, w podartych żółtych pantoflach i z płótnianką tak podniesioną jak zwykle u woziwody“.
„Ale w co nabierzesz wody?“
„Wezmę dwa duże miedziane cebry i poniosę je koromesłem na plecach“, rzekł Bo.