Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/182

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Zauważył, że w Gertrudę wstąpiło jakby nowe życie na samą myśl, że pójdzie po tę wodę, chociaż wciąż jeszcze sprzeciwiała się. Ale w tejże chwili zrozumiał także, jak niemożliwem było to przedsięwzięcie. „O Boże mój“, pomyślał, „nie mogę przecie udać się na plac przed świątynią i zaczerpnąć tam wody, gdyż Mahometanie strzegą go tak, że chrześcijanin nie śmie tam przystąpić. Bracia nasi w kolonii nie pozwoliliby mi nawet spróbować tego chociażbym i chciał. A zresztą na nic by się to nie przydało, gdyż w tej tak zwanej rajskiej studni woda jest z pewnością taka zła, jak i wszędzie“.
Podczas gdy to rozważał, Gertruda zadziwiła go bardzo, mówiąc: „O tej porze dnia jest też bardzo mało ludzi na ulicy“.
„Ona teraz z pewnością liczy na to, że pójdę“, pomyślał Bo, „a to się dobrze złapałem. Gertruda ma minę bardzo zadowoloną; nie mam doprawdy odwagi powiedzieć jej, że to niemożliwe“.
„Tak, to prawda“, odrzekł potem wahając się; „aż do bramy Damaszku z pewnością wszystko poszłoby dobrze, gdybym tylko nie spotkał żadnego z kolonistów“.
„Czy sądzisz że oni zabroniliby ci iść tam?“ zapytała Gertruda z wyrazem trwogi.
Bo chciał właśnie powiedzieć coś w tym ro-