Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


W pewien piękny poranek wiosenny paonwał wielki ruch w kolonii gordonistycznej: wszystko, co żyło wybierało się na kwiatobranie. Dzieci, którym dano cały dzień wakacyi, biegały pełnej radosnej swawoli, chcąc u każdego pożyczyć kosze do zbierania kwiatów. Kobiety wstały już o czwartej rano, aby sporządzić zapasy i były już w kuchni; w pełnej robocie przy rądlach i garnkach; Niektórzy z mężczyzn pakowali do kuferków chleb z masłem, flaszki z mlekiem i zimne mięsiwa. Inni znów brali do rąk fllaszki z wodą, lub kosze z naczyniem do herbaty. Nareszcie otworzono bramę i dzieci wybiegły naprzód, potem szli starsi w większych, i mniejszych grupach wedle ochoty. Nikt nie został w domu i wielki dom stał zupełnie pusty.
Bo Ingmar Manson był tego dnia bardzo szczęśliwy. Urządził się tak, że szedł z Gertrudą.
Gertruda zasunęła chustkę tak głęboko na czoło, że Bo widział tylko jej okrągły biały policzek i śmiał się z siebie samego, że czuł się tak szczęśliwym, chodząc obok Gertrudy, chociaż ani nie widział jej twarzy, ani nie śmiał do niej przemówić.
Za nim postępowała córka Ingmarów, Karina z swojemi siostrami. Śpiewały one pieśń poranną, którą zwykły były śpiewać z swą matką na ingmarowskim dworze, jeżeli rano siedziały przy kołowrotku. Bo poznał tę starą pieśń.