Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


że znajduje się pod specyalną bożą opieką, i że nie wolno go zabijać?“
„Potem przystępuje znów do mnie, trzymając wciąż lśniące liście w ręku. Widzę jak zmieniają się w świetle słonecznem, są raz to miedziano czerwone, to znów stalowo niebieskie. Pomaga mi podniećć na plecy jarzmo i daje mi znak abym odszedł. Idę więc, jak szybko nogi mnie niosą, lecz nie mogę się powstrzymać, aby się kilka razy nie oglądnąć. A on wciąż jeszcze stoi z podniesionemi w górę liśćmi, które zmieniają barwę, a tłum ludzi stoi z zapartym oddechem i wlepia we mnie oczy nieruchome. I stoi tak długo aż wyszedłem poza obręb placu świątyni.
„Ach niech go Bóg błogosławi!“ rzekła Gertruda, patrząc z promiennym uśmiechem na Boa. „I teraz możesz bezpiecznie wrócić do domu?“
W tej chwili Gertruda podniosła głowę pełna oczekiwania i uśmiechnęła się na nowo. „O Boże, ona pewnie myśli, że przyniosłem wodę“, pomyślał Bo. „Strasznie to źle, że ją tak oszukałem. Umrze pewnie, skoro jej powiem, że wody tej, za którą tak tęskni, nie można wcale dostać“.
W rozpaczy chwycił szklankę z wodą stojącą na stole, tę samą, którą Betsy przedtem dawała Gertrudzie i podał jej.
„Czy skosztujesz teraz tej wody z raju Gertrudo?“ zapytał głosem drżącym z wzruszenia. Zląkł