Strona:Selma Lagerlöf - Jerozolima cz. II.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dodała, Bo bezwiednie tak się włożył w bieg jej myśli, że nagle poznał dokładnie, jak Gertruda wyobraża sobie wynik tej przygody i zaczął znów opowiadać z zapałem.
„Zrozumiesz przecie Gertrudo, że w chwili gdy przyniosłem wiadra z El Alaska, nie było w nich nic, prócz czystej wody!“
„A teraz?“
„Teraz, gdy derwisz pochylił się nad niemi, widziałem, że pływało po wodzie parę gałązek; czy nie tak?“
„Tak, tak, byłam przekonana, że tak się stanie“.
„A na tych gałązkach były porozwijane, szare liści; czy tak?“
„Tak, tak, widzę je dokładnie. Ten derwisz jest zapewno jakimś cudotwórcą“.
„Z pewnością“, rzekł Bo, „a ponadto jest też dobry i litościwy“.
„Jak się teraz schyla, wyciąga gałązki i podnosi je w górę“, rzekła Gertruda „a listki rozwijają się i jaśnieją cudnym zielonym kolorem“.
„A teraz cały tłum unosi się zachwytem“, dodał Bo szybko, „derwisz zaś z pięknymi liśćmi w ręku przystępuje do kapłana moszei. I łatwo odgadnąć co mówi: Chrześcijanin ten przyniósł z raju te gałązki i te liście. Czyż nie rozamiecie